© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
poniedziałek, 03 grudnia 2012
"Antyk po antyku" wydany na Ukrainie!
Nakładem lwowskiego wydawnictwa "Piramida" ukazał się "Antyk po antyku" ("Antycznist pislia antycznosti") Jacka Bocheńskiego w przekładzie Wiktora Dmytruka na język ukraiński.

.

 

czwartek, 23 czerwca 2011
"Antyk po antyku" - najnowsza książka Jacka Bocheńskiego

"Antyk po antyku" nominowany wstępnie wśród 20 książek do Nagrody Literackiej Nike (2011) !

*   *   *

Świat Książki 2010

Premiera: 27 października 2010 r.

Cena: 26 zł

Zapowiadając  ukazanie się "Antyku po antyku" wydawca pisze między innymi:

Na jakie trudności – językowe, obyczajowe, mentalne – napotyka ktoś, kto chciałby nam przybliżyć dziedzictwo antyku? Do jakiego stopnia możemy dziś zrozumieć dawne epoki? Jak znaleźć „odpowiednik” czy „znak” konkretu historycznego? (…)

Teoretyczne rozważania są świetną podstawą, by czytelnik zagłębił się w opowieści o pracy Bocheńskiego nad słynną „trylogią rzymską” (...). Sekrety warsztatu pisarza i badacza idą tu w parze z analizą skutków systemów totalitarnych: "Boski Juliusz", powstały w czasach Gomułki, jest przecież rozprawą o dyktaturze w ogóle. Autobiograficzne wątki rozwijane są w pięknym eseju o przyjaźni Bocheńskiego ze Zbigniewem Herbertem, zawiązanej dzięki wspólnemu uwielbieniu dla starożytnej kultury. Pełne tyleż wnikliwych, co zaskakujących konstatacji, szkice zawarte w tej książce powstawały od wielu lat. Zebrane, stanowią wzruszający hymn na cześć bogactwa antyku, mądrego, obdarzonego subtelnym poczuciem humoru, ze wszech miar wyjątkowego intelektualisty.

.

*   *   *

23 października 2010 r. w "Gazecie Wyborczej" ukazał się fragment książki Jacka Bocheńskiego "Antyk po antyku".


Zobacz więcej:

"PRL i literatura - Awantura o Boskiego Juliusza"

"Poland: In a Crooked Circle" ("Time", January 19, 1962) - przyczynek do historii "Boskiego Juliusza"

.

*   *   *

.

Pierwsza opinia prasowa o nowej książce:

Jacek Bocheński, "Antyk po antyku" , Świat Książki 2010

Autor tłumaczy nam świat antyczny, przybliża jego dziedzictwo  i pozwala lepiej go zrozumieć. Wracamy w ten sposób do korzeni naszej kultury, co ma sens, bo to pozwala nam lepiej rozumieć także współczesny świat. Poza tym zawsze warto jest zapoznać się z przemyśleniami mądrego człowieka, co ostatnio w Polsce nie jest regułą, wręcz odwrotnie. Nie traćcie więc tej szansy.

"Nowa Trybuna Opolska", 23 października 2010 r., witryna

.

*   *   *

"Polska" - "Gazeta Krakowska", 8 listopada 2010 r.

.

*   *   *

O "Antyku po antyku"

w sobotę, 8 stycznia 2011 r., o godz. 10:10, w Programie 2 Polskiego Radia,

mówili: Tomasz Burek, Piotr Matywiecki, Iwona Smolka, w audycji "Tygodnik Literacki".

.
Zobacz informację o audycji pt. "Antyk Boskiego Jacka" na stronie internetowej Polskiego Radia (z możliwością wysłuchania  rozmowy o książce "Antyk po antyku")

Nike 2011: Jacek Bocheński "Antyk po antyku"

"Gazeta Wyborcza" (Warszawa)

21. 06. 2011 r.

Prezentujemy dwadzieścia książek nominowanych do nagrody Nike 2011. Dziś na pytania ankiety odpowiada Jacek Bocheński, nominowany za tom esejów "Antyk po antyku"

1. O czym jest pana książka?

Tytuł "Antyk po antyku" sugeruje, że o starożytnościach. Ale w głębszym sensie jest to książka o kłopocie człowieka współczesnego z pamięcią. Świat zmienia się z coraz większym przyśpieszeniem, a człowiek nie może nadążyć. Są daleko idące konsekwencje tego kłopotu, na przykład postmodernistyczna rezygnacja z rozróżniania wartości. Albo poczucie młodych ludzi, że pamięć historyczna i kulturowa jest czymś ponad ich siły. Nie warto przeżywać tego, co nieaktualne, zdarzeń, książek, klasyki, nie opłaca się w ogóle obciążać głowy przeszłością. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

"Antyk po antyku" opowiada też o kłopocie samego autora, który usiłował przez pięćdziesiąt lat zrozumieć i opisać nasz zmieniający się stosunek do przeszłości w sposób czytelny dla kolejnych pokoleń. Zrobił to w trzech, może w czterech opowieściach, jeśli do trylogii rzymskiej ("Boski Juliusz", "Nazo poeta", "Tyberiusz Cezar") doliczymy "Antyk po antyku". Ogarnąć czas tej zmiany osobistym doświadczeniem mógł tylko dlatego, że dość długo żyje.

2. Jak pan sobie wyobraża swojego czytelnika?

Różnie. Najchętniej pod postacią nieznajomej pani, która siedziała niedawno obok mnie w wagonie warszawskiego metra i z widocznym zainteresowaniem czytała "Antyk po antyku", nie zdając sobie sprawy, że siedzi koło autora. Nie rozpoznała mnie, chociaż miała w książce fotografię, tak była zaczytana. To miłe. Autor może to rozpamiętywać z lubością każdego dnia przed zaśnięciem. Ale ogół czytelników wyobrażam sobie inaczej - jako ludzi, którzy mimo życia w ustawicznym pośpiechu odrywają się na chwilę od pilniejszych prac albo przyjemności, bo zauważyli, że mój tekst da się stosunkowo łatwo czytać. Zaczęli, a ja drżę, jak długo to potrwa.

Prawdę mówiąc, lubię pisać tak, żeby nawet ciężkie rzeczy lekko było czytać. To nie jest wykalkulowany zabieg wobec czytelnika. To się dzieje samorzutnie. Dlatego refleksja zamienia mi się raz po raz w akcję, moje eseje stają się zazwyczaj opowiadaniami.

3. Jaka jest najważniejsza książka w pana życiu?

Właściwie w "Antyku po antyku" odpowiedziałem już na to pytanie, z tym tylko, że tam byłem pytany nie o książkę, lecz o najbliższego mi pisarza. W moim życiu stał się nim Owidiusz, bohater powieści "Nazo poeta". Jeszcze raz to potwierdzam. A gdyby chodziło o jedną tylko książkę Owidiusza? Miałbym trudności z wyborem, bo najważniejsze są wszystkie razem, niezależnie od tego, czy mówią o miłości, czy o cierpieniach skazańca na wygnaniu. Skoro już koniecznie trzeba wskazać jedno dzieło, wybieram "Metamorfozy".

4. Za żadną cenę nie chciałbym pisać jak...

Jak ktoś inny, obojętne, geniusz czy grafoman. On już swoje zrobił i wystarczy, a ja za wszelką cenę chcę zrobić swoje, czyli pisać jak ja.

5. Co jest ważniejsze - literatura czy polityka?

Jako pisarz powinienem może mówić z pogardą o polityce i nadymać się wielkością literatury. Tymczasem polityka może być wielka, choć to rzadko się zdarza, a literatura może być mała. W takim zestawieniu na pewno polityka jest ważniejsza od literatury. Polityka bywa wielka, kiedy zmienia coś na lepsze w historii, ale rzeczywistą wagę tych dokonań najczęściej da się ocenić dopiero po dłuższym czasie. Wagę literatury też.

6. Jeśli nie pan, to kto z dwudziestu nominowanych powinien dostać w tym roku nagrodę Nike i dlaczego?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie z dwóch powodów. Po pierwsze, nie przeczytałem większości nominowanych książek. Po drugie, to nie jest nagroda przyznawana przeze mnie, tylko przez różnych jurorów według, jak się zdaje, różnych kryteriów. Przychodzi na myśl niby oczywiste kryterium estetyczne, ale czy zgodnie z ewolucją, o której mówiłem na początku, estetyka w ogóle jeszcze istnieje w naszych czasach? Ważne bywa kryterium tematu, ideologicznej aktualności, płci i wieku autorki/autora. Dlatego, zamiast wyznaczać określoną książkę do nagrody, wolałbym wskazać kryterium najbardziej tym razem prawdopodobne. Sądzę, że będzie to kryterium gatunku. Nagrodzony zostanie gatunek niekanoniczny (nie proza, nie poezja). Przemawia za tym wielka liczba takich nominacji. Jednak w praktyce dochodzi czasem do nieoczekiwanej decyzji jurorów. Nieprawdopodobna decyzja na małą skalę już w tym roku się zdarzyła. Za taką uważam nominowanie do nagrody "Antyku po antyku".

Jacek Bocheński, "Antyk po antyku", Świat Książki, Warszawa 2010.

Uwaga : W sprawie tego wywiadu zobacz wpis autorski z 23 czerwca 2011 r. na Blogu

niedziela, 26 grudnia 2010
Prezentacja "Antyku po antyku" w Warszawie (9 listopada 2010 r.)

.


.
W szczelnie wypełnionej publicznością kawiarni warszawskiej "Antrakt" (Pl. Piłsudskiego 9, na zapleczu Teatru Wielkiego) odbyło się spotkanie poświęcone najnowszej książce Jacka Bocheńskiego "Antyk po antyku".

Rozmowę z autorem przeprowadziła Katarzyna Marciniak z Instytutu Badań Interdyscyplinarnych "Artes Liberales" Uniwersytetu Warszawskiego, badaczka łącząca kompetencje w zakresie historii literatury i filologii klasycznej, autorka m.in. książki o Cyceronie jako tłumaczu z języka greckiego, a ostatnio "Mitologii greckiej i rzymskiej" wydanej przez PWN. Twórczością Jacka Bocheńskiego interesuje się od dawna, opublikowała m.in. obszerny wywiad z pisarzem w „Gazecie Wyborczej” [zobacz więcej...]  i recenzję-esej o "Tyberiuszu Cezarze" w "Meandrze" [zobacz więcej: cz. 1  2  3 ].

Fragmenty "Antyku po antyku" przeczytał zgromadzonym aktor Andrzej Ferenc.

Po programie autor, zgodnie ze zwyczajem, podpisywał książkę i rozmawiał przy stoliku z podchodzącymi osobami.

.

Autor z czytelniczkami na spotkaniu

Katarzyna Marciniak


Aktor Andrzej Ferenc czyta przed publicznością fragment książki 

.

 Czytelniczka z „Antykiem po antyku”

.

Wśród publiczności był m.in. Michał Głowiński (z prawej)

.

Autor i Katarzyna Marciniak

.

Warszawa, Café Antrakt, 9 listopada 2010 r.

© Fot. Mariusz Kubik

Konrad Zych - "Eseistyka maski" (1)

Portal „Literatki – w stronę książki” (literatki.com)

6 grudnia 2010 r.

.

Jacek Bocheński

© Fot. Włodzimierz Wasyluk
.

Posągi greckich bogów nie były białe i zimne jak marmur, z którego je wykonano. Były pełne życia. Miały umalowane oczy i usta. Zmysłowe karminowe wargi. Różowe sutki. Umalowana i obnażona Wenus z Milo wyglądała bardzo ponętnie. Choć, według dzisiejszego smaku, nieco zbyt swobodnie. Ktoś mógłby pomyśleć: jak prostytutka. Do tego miała ręce. Państwa to gorszy? Szokuje? Zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że starożytni, patrząc na wymalowaną Wenus nie czuli zgorszenia, ani niezdrowego podniecenia. Widzieli piękno. Dość jednak o posągach. Przechodzimy do kolejnej sali. Ależ proszę się nie krępować. W naszym muzeum można dotykać eksponatów. Radzę jednak uważać: pod warstwą kurzu może być zakrzepła krew.

Żeby była jasność: jesteśmy w muzeum. Państwo są turystami. Ja państwa przewodnikiem. Cóż w tym dziwnego? Bohater tych rozważań, Jacek Bocheński, był antykwariuszem. Potem konferansjerem i pilotem wycieczki. Jako antykwariusz pytał o boskość władzy. Konferansjerką parał się na koncercie rockowym. W roli pilota zabierał czytelników na wycieczkę z „Tyberiuszem w tle”. Ja, chcąc opowiedzieć historię trzech ważnych książek ważnego dla mnie pisarza, idę tylko w jego ślady i zakładam maskę skromnego muzealnika, oprowadzającego wszystkich chętnych po zakurzonych salach Muzeum Historii Wszelakiej. Tu antyczne posągi z utrąconymi rękami i głowami, tam średniowieczne machiny tortur. Jeszcze gdzie indziej – prototyp telefonu. W sali, do której teraz chcę państwa zaprosić czeka inne niecodzienne zjawisko. Pisarz polski. Autor powieści historycznych przy pracy. Czas: druga połowa XX w. Miejsce: Polska Rzeczpospolita Ludowa. Autor wkrótce wywoła skandal, lecz teraz, kiedy pisze, nic jeszcze o tym nie wie.

Satyra na łysych

 A wszystko przez jedno zdanie. Fragment sprośnej żołnierskiej piosenki. „Moechum calvum ducimus” – śpiewali ponoć legioniści Cezara, co w tłumaczeniu antykwariusza znaczyło: „wieziemy łysego kurwiarza”. Dodam, że antykwariusz cytował tylko Swetoniusza, od którego pożyczył również tytuł: Divus Iulius. Boski Juliusz. Książka wywołała burzę. Co ciekawe, nie wulgarny epitet pod adresem Boskiego tak bulwersował opinię publiczną. Cezar Bocheńskiego był łysy. ŁYSY!

. 

Juliusz Cezar (prawie łysy)

.

Przypadek czy sprytna aluzja? Łysy był przecież Cyrankiewicz, ówczesny premier Polskiej Republiki Ludowej. Do tego, jakby to powiedzieć, czołowy polityk PRL, podobnie jak Cezar był znanym… playboyem. Playboyem – bo chyba tak w czasach poprawności politycznej należałoby przełożyć łaciński rzeczownik „moechus”. A może to tylko domysły? – zapyta ktoś nieśmiało. Może nie o Cyrankiewicza autorowi chodziło…? Tym gorzej dla autora! Pierwszy sekretarz też nie mógł pochwalić się zbyt bujną czupryną. Bocheński więc w swojej powieści atakuje Gomułkę! Nie bądźmy jednak małostkowi. Katalog prominentnych łysin nie wyczerpuje się na przywódcach jakiejś mało ważnej republiki w Europie Środkowej. Wszak i Chruszczow do włochaczy bynajmniej nie należał…

Co ciekawe w interpretacjach tego typu przodowały raczej media zachodnie. „Pamflet” – stwierdziły zgodnie amerykański „Time”, niemieckie „Süddeutsche Zeitung”, „Die Welt” oraz „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Najdalej posunęli się Amerykanie, publikując na pierwszej stronie zestawione ze sobą zdjęcia popiersia Cezara i premiera Cyrankiewicza. Niemcy byli bardziej powściągliwi. Wspominali jedynie, że „niektórym ludziom z komitetu centralnego partii […] wydało się, że pewne fragmenty [powieści] mogą odnosić się do rozmaitych form cezaryzmu, także poststalinowskich”, jednak i tam prędzej czy później uwagę komentatorów przykuwał pewien anatomiczny szczegół… „Coś pornograficznego musiało być nie w kurwiarstwie, lecz w łysości” – zachodził w głowę zdezorientowany pisarz, zadając sobie tysiące pytań. „Czy gonię za sensacją polityczną jak brukowy szmirus? Jestem barbarzyńcą bez szacunku dla klasycznej poezji?” – indagował sam siebie, wciąż nie znajdując jednoznacznej odpowiedzi.

Początkowo jednak nic nie zapowiadało skandalu. Chodziło raczej o to, by go uniknąć. Jest rok 1958. Książki o Cezarze nie ma nawet w planach. Są za to felietony o dziełach pisarzy starożytnych, stała rubryka w „Przeglądzie Kulturalnym”, co dwa tygodnie odcinek. Żadnych podtekstów politycznych, wyłącznie komentowanie lektur. „Miałem trzydzieści dwa lata, koszmar młodzieńczego opętania marksizmem zdecydowanie już za sobą, przezwyciężony jak uzależnienie narkotyczne” – pisze Bocheński, dając tym samym do zrozumienia, że doraźną publicystyką parać się nie zamierzał. Na pierwszy ogień poszły Pamiętniki z wojny galijskiej… sami wiecie kogo.

Stop! Wzorem Sofoklesa trzeba wprowadzić na scenę trzeciego aktora. Po autorze i władcy starożytnego Rzymu wkracza na nią Gustaw Gottesman, redaktor „Przeglądu Kulturalnego”. To on odpowiada za publikację esejów. Z czasem aktorów będzie przybywać. W rolach głównych wystąpią: Irena Szymańska – osoba nr 2 w wydawnictwie „Czytelnik”, a zarazem pomysłodawczyni książki o Juliuszu Cezarze oraz – last but not least – zespół redakcyjny „Nowej Kultury”: redaktor Stefan Żółkiewski i jego młoda zastępczyni, Alicja Lisiecka, która na redaktorskim stołku zastępowała sędziwego już profesora nie tylko tytularnie (zdaniem niektórych sprawując dyktatorskie niemal rządy). To właśnie Lisiecka i Żółkiewski najbardziej przyczynili się do wywołania skandalu.

 Przejdźmy jednak do kolejnej sali. Miejsce: Związek Literatów Polskich w Katowicach. Czas: grudzień roku 1961. Towarzysze partyjni przekazują sobie z rąk do rąk gazetę. Choć może wyglądało to inaczej: może każdy miał swój egzemplarz. Może żadnej gazety na posiedzeniu nie było. Tylko pogłoska przekazywana z ust do ust. Szepty w kuluarach. Dla lepszego efektu załóżmy jednak, że gazeta była. 50. numer „Nowej Kultury” z 10 grudnia 1961 roku. Na pierwszej stronie duże zdjęcie Jacka Bocheńskiego i tytuł „Boski Cezar”. Podpisano: Alicja Lisiecka. Zaskoczeni byli wszyscy. Czytelnicy – ponieważ zgodnie z zapowiedzią tego dnia miały zostać ogłoszone wyniki nagrody literackiej „Nowej Kultury”. Owszem, Bocheński był faworytem. Po kawiarniach szeptano, że nagrodę dostanie. Jednak w artykule nie ma na ten temat ani słowa! Jest za to obszerna recenzja książki… Nie mniej zaskoczeni musieli być też nasi towarzysze. Ktoś z niedowierzaniem pokręcił głową. Ktoś zaczerwienił się ze złości. Ktoś wybuchnął spazmatycznym śmiechem. Kto jest cezarem? On? Ten dysydent? Ten…? Przecież nagrody dla Bocheńskiego miało nie być! Więcej: miało nie być słowa o książce! Nagle zapada milczenie. Rozmowy milkną jak nożem uciął. Wchodzi przewodniczący. Nie jest zadowolony. Bierze do ręki gazetę, ale nie patrzy. Los Żółkiewskiego i Lisieckiej w redakcji jest przesądzony. A wszystko z powodu książki o Juliuszu Cezarze, której akcja rozgrywa się prawie 2000 lat wcześniej!

.


Winieta 50. numeru „Nowej Kultury” z 10 grudnia 1961 r.
© Fot. Archiwum Jacka Bocheńskiego
 

.

Dalszy ciąg już państwo znają. Cyrankiewicz i Boski patrzą na siebie z pierwszej strony amerykańskiego „Time’a”. Obaj łysi jak kolano…

W takt rocka i dystychu elegijnego

 Zanim przejdziemy do kolejnej sali zadam państwu podchwytliwe pytanie: kto był pierwszą w historii gwiazdą rocka? Elvis? Chuck Berry? Może Bill Haley? Otóż nie, nic z tych rzeczy. Pierwszy był Owidiusz. Publius Ovidius Naso, król rock&rolla.  On pierwszy poczuł ten rytm. Rytm dystychu elegijnego z przyciętą stopą. Wsłuchajcie się uważnie. Takie „Rock, rock, rock everybody” i „Audentem forsque Venusque iuvat” („Odważnym sprzyja okazja i Wenus”) to w gruncie rzeczy to samo. Tak, proszę państwa, wchodzimy do starożytnej Rock&Roll Hall of Fame. „Gdy wystąpił przed publicznością z erotykami o Korynnie, […] cały Rzym je skandował i szalał” – pisze autor Boskiego Juliusza. Zupełnie jak na koncercie rockowym. Nic więc dziwnego, że i powieść o jego życiu zaplanowana została jako koncert. Narrator zaś z nieco przykurzonego antykwariusza przedzierzgnął się w dziarskiego konferansjera. Sex, drugs and… Stop! O narkotykach biografowie poety nie wspominali. Co innego polityka. Seks i polityka to zresztą dwie główne przyczyny upadku Nazona.

.

Owidiusz

.

Tu jednak pojawia się pierwszy (i nie ostatni) problem z biografią poety. Opowiadać o życiu Owidiusza równa się streszczać jego poezję prozą. Już wcześniej zarzucano autorowi, że pisząc Boskiego Juliusza – nieważne: dla rozgłosu czy z niedouczenia – uciekł się do manipulacji. Własnymi słowami streszczał źródła. Co jednak począć, gdy poezja jest jedynym źródłem wiedzy o bohaterze? Mimo tych i wielu innych trudności powieść zostaje ukończona. Gotowy tekst oddano do składania we wrześniu 1968 roku. Mniej więcej w tym samym czasie Jimi Hendrix wydaje kultową Electric Ladyland. Niecały rok później festiwal Woodstock zgromadzi tysiące młodych ludzi spragnionych pokoju, muzyki i wolnej miłości. Czy można wymarzyć sobie lepszy czas na powieść o niekoronowanym pierwszym królu rock&rolla? A może wręcz przeciwnie? Nie można wyobrazić sobie czasu… gorszego? W Polsce trwają zamieszki po zdjęciu z afisza Dziadów Kazimierza Dejmka. Milicja i ORMO przemocą tłumią demonstracje studentów. Władza obarcza odpowiedzialnością Syjonistów. Tysiące ludzi pochodzenia żydowskiego emigruje do Izraela. Sala, do której teraz państwa prowadzę jest wilgotna i ciemna. Przypomina więzienną celę.

.

Czy w tej sytuacji nowa powieść umieszczonego na partyjnym indeksie autora mogła ujrzeć światło dzienne? „Sytuacja pisarzy: Słonimskiego, Andrzejewskiego i Jasienicy, zrobiła się fatalna, nie wiadomo, co jeszcze będzie” – wspomina tamte czasy Bocheński. Słowa te miał wypowiedzieć w prywatnej rozmowie z autorem Ryszard Matuszewski, ówczesny kierownik działu literatury współczesnej w wydawnictwie „Czytelnik”. Niewykluczone, że zawiesiwszy głos, chwilę później dodał: twoja, Jacku, też nie wygląda najlepiej. To jednak tylko gdybanie. Faktem jest jednak, że podobnie jak wspomnianych wyżej autorów, Bocheńskiego nie wolno było drukować. Nic dziwnego. Tym razem rzeczywiście chodziło o Gomułkę. W efekcie powieść przeleżała w wydawnictwie blisko rok i ukazała się dopiero w październiku 1969 (nie bez znacznych ingerencji cenzury). Dwa miesiące wcześniej na scenie festiwalu Woodstock Jimi Hendrix grał amerykański hymn. Odurzona narkotykami publiczność szalała. Następca Owidiusza?

Konrad Zych - "Eseistyka maski" (2)

Projekt „Tyberiusz 2000 ileś”

.
Wilgoć ciągnie od ścian i podłogi. Łamie w kościach. Opuszczamy więc duszną celę ’68… to znaczy muzealną salę i wychodzimy na powietrze. Cudowne, rześkie powietrze wyspy Capri. Starożytne Kapreje, które tak kochał cesarz Tyberiusz. Tu jednak kończy się moja – muzealnika – rola. Dalej niech prowadzi państwa ktoś inny. Pilot śródziemnomorskiej wycieczki. Zupełnie jak w ostatniej, wydanej rok temu, powieści Bocheńskiego. Powieści, która o mały włos nigdy by nie powstała.

.

Tyberiusz Cezar

.

Już sam wybór bohatera i tytuł sugerują, że ostatnia część jest nie tyle uzupełnieniem, ile zaprzeczeniem pierwszej. Tam wsławiony wojownik i mąż stanu, tu podejrzewany o pedofilię i homoseksualizm starzec. Tam „boski”, tu zaledwie „cezar”. Wyraźna antyteza. Co więcej, zmieniło się także podejście pisarza. „Tym razem postanowiłem rzeczywiście pisać nie tylko o historii rzymskiej, ale niejako równolegle o nas” – przyznaje Bocheński. Stąd wybór kolejnej roli-maski. Po antykwariuszu i konferansjerze przyszedł czas na przewodnika wycieczki, lepiej – zdaniem autora – przystającego do naszej „płynnej nowoczesności” (jak pewnie powiedziałby Bauman). Zamierzenia zamierzeniami, jednak i tym razem ostateczny efekt zadziwił pisarza. „Zamierzałem rozróżnić dwa światy, tymczasem one znowu się dwuznacznie mieszają” – pisze, jakby wciąż nie mogąc się nadziwić temu, co wyszło mu spod pióra. Czy może raczej maszyny do pisania. A może jednak komputera? W końcu tekst powstawał przez 38 lat.

.

.

Mamy więc wycieczkę. Żeby nie było wątpliwości: wycieczkę jak najbardziej współczesną. Bogaci zagraniczni turyści, młodzi archeolodzy, studenci-marksiści oddychający atmosferą Paryskiego Maja, a także – gdzieś na szarym końcu – wstydliwie wcinający kiełbasę przybysze z demoludów, którym w odróżnieniu od młodych Francuzów rok 1968 kojarzy się z Marcem… Mamy też to, co z nich po tych wszystkich latach zostaje. Byłych buntowników pozatrudnianych „w bankach, mediach, agencjach, radach nadzorczych, i tak dalej”. Nieunikniona konfrontacja współczesności z przeszłością. Także tą oddaloną o całe stulecia. A wszystko po to, by sprawdzić, czy rację miał sędziwy stróż Willi Jowisza na Monte Tiberio, niejaki Peppino, który z pełnym przekonaniem twierdził, że człowiek jest zawsze takim sam…

 Długo wydawało się jednak, że wycieczka nie dojdzie do skutku i zostanie z niej jedynie prospekt. Czy może raczej: Prospekt – tak bowiem zatytułował Bocheński jeden z rozdziałów swej ostatniej powieści (przemianowany ostatecznie na Prospekt 1970). Znów interweniowała cenzura. Tym razem jednak nie polityczna, lecz… obyczajowa. Co ciekawe, cenzorem okazał się nie któryś z siedzących za urzędniczym biurkiem funkcjonariuszy, lecz jeden z najbliższych przyjaciół autora. Ówczesny redaktor „Twórczości” (gdzie pisarz pojawił się z rękopisem), Julian Stryjkowski. „Byliśmy zaprzyjaźnieni, toteż ta niechęć, jak gdyby odraza wyraźnie przebijająca z twarzy Juliana, bardzo mnie stropiła” – wspomina zajście Bocheński. Pisarz domyślał się, co przyczyniło się do odmowy, na ujawnienie prawdy trzeba było jednak poczekać do opublikowania całej Trylogii rzymskiej i wydanego właśnie tomu Antyk po antyku. „Są trzy nieszczęścia, trzy przekleństwa losu, trzy osobliwości i trzy wielkie kłopoty człowieka, które nam przedstawiasz – mówił w laudacji z okazji 90. rocznicy urodzin Stryjkowskiego autor Boskiego Juliusza – Być Żydem to pierwsze nieszczęście, być komunistą – drugie, być homoseksualistą – trzecie”. Nietrudno zgadnąć, które treści z życia znanego z seksualnej indyferencji cesarza tak oburzyły redaktora.

To nie koniec problemów. Tekstu nie puścił „Tygodnik Powszechny”. Na domiar złego przyszło wypalenie. Powieść utknęła na pierwszym rozdziale. Utknęła – jak pamiętamy – na blisko 40 lat. Już sam fakt, że ujrzała w końcu światło dzienne należałoby uznać za wielkie wydarzenie. Nie dlatego jednak Tyberiusz Cezar jest powieścią genialną. Genialną i co ważne, mimo przedłużającego się terminu publikacji, ani trochę nie spóźnioną. Bez skrępowania i uprzedzeń pytającą o naszą moralność, poruszającą kwestie uchodzące za tabu, ukazującą relatywizm ocen i norm postępowania. Niejednoznaczną jak jej bohater. Nieudolny monarcha i uzurpator czy pierwszy polityk nowoczesny? Zbrodniarz i zwyrodnialec czy niedoszły reformator? A może tylko schorowany starzec, próbujący ukryć swoją słabość przed światem? Bocheński mnoży pytania, lecz nie daje odpowiedzi. „A pan mógłby? Chciałem tylko sprawdzić czy pan mógłby” – prowokuje czytelnika, każąc mu się wcielić w oddającego się rozpuście Tyberiusza. A państwo? Czy państwo by mogli?

.

.

Dobrze, już dobrze. Nie wymagam odpowiedzi. Nasza wycieczka zbliża się już zresztą do końca. Mamy rok 2010. Nie 1968, ani 37, kiedy umierał Tyberiusz. W księgarniach pojawił się właśnie wybór esejów Jacka Bocheńskiego, swoisty suplement do omówionej wyżej "Trylogii rzymskiej". Tom "Antyk po antyku", bo o nim właśnie mowa, to jednak coś więcej niż tylko rozbudowany przypis do Boskiego Juliusza, Nazona Poety czy Tyberiusza Cezara. To także wiele cennych refleksji na temat historii (ze szczególnym uwzględnieniem antyku), współczesności, książek (także tych potencjalnych) oraz przyjaciół. To Herbert jakiego nie znamy i nigdy nie napisany esej Jerzego Stempowskiego. To także Jacek Bocheński, próbujący opowiadać o historii tak, jak tylko on potrafi. Co do mnie zaś to, oprowadzając państwa po salach Muzeum Historii Wszelakiej, nie robiłem nic, czego wcześniej nie zrobiłby bohater tego tekstu. Streszczałem źródła własnymi słowami.

KONRAD ZYCH

Jacek Bocheński, Tyberiusz Cezar, „Świat Książki”, Warszawa 2010.
Jacek Bocheński, Antyk po antyku, „Świat Książki”, Warszawa 2010.

piątek, 12 listopada 2010
Anna Nasiłowska - "Antyk dla zaawansowanych"
„Gazeta Wyborcza”
23 listopada 2010 r.

Eseje Bocheńskiego dostarczają sporo pytań o nieprzystawalność sposobów myślenia starożytnych i dzisiejszych norm rozumowania.

Typowa odpowiedź na pytanie, dlaczego właściwie studiowanie łaciny i greki jest wciąż ważne: antyk to źródła naszej cywilizacji i kultury. W tym obiegowym sądzie jest mnóstwo uproszczeń, bo gdyby się zastanowić, co właściwie uważamy za "nasze" i jaki antyk, byłby to temat na całkiem sporą książkę eseistyczną, która mogłaby się nawet nazywać tak jak wydany właśnie tom Jacka Bocheńskiego "Antyk po antyku". Byłaby to książka dająca wyraz konserwatywnemu stanowisku, że kultura europejska ma pewną stałą bazę i opiera się na niezmiennym kanonie wartości. Sięganie do antyku ma wobec tego sens powrotu do źródeł.

Bocheński jest pisarzem zanurzonym w starożytnościach rzymskich, przede wszystkim jako autor powieściowej trylogii ("Boski Juliusz" (1961), "Nazo poeta" (1969) i wydany niedawno "Tyberiusz Cezar"). Jego sąd o relacji współczesnej kultury i starożytności jest jednak bardzo ostrożny. Przede wszystkim pisarz nie udaje, że nic się w tej sprawie nie zmieniło za jego życia. Szczegółowa znajomość kultury antycznej przestała być traktowana jako element potwierdzający wysoki status społeczny, możliwość posługiwania się łaciną przestała pełnić funkcję nobilitującą, choć oczywiście istnieje grono specjalistów, którzy wciąż kultywują pewne umiejętności.

Poza tym Bocheński zbyt dobrze zna antyk, by nie dostrzegać odmienności. Nawet próba przełożenia siatki podstawowych pojęć człowieka współczesnego przeprowadzona w eseju "Rzeczy stare i nowe" dowodzi, że mamy inne skojarzenia, odmiennie wartościujemy. Taki np. wyraz jak "praca" ktoś pobieżnie znający łacinę  przełożyłby jako labor, tymczasem pole skojarzeń tego wyrazu wskazuje na ciężki, hańbiący znój, jaki biorą na siebie ludzie niższego stanu i niewolnicy. Wykształceni mają swoje otia, takie jak zajmowanie się sztuką czy rozważaniami filozoficznymi. Nawet ze zwykłym słowem "morze" jest problem - pisarze łacińscy używali tu kilku pojęć w zależności od ukształtowania wybrzeża, ale żadne z nich nie kojarzyło się z wakacjami i odpoczynkiem. Wszystkie sugerowały śmiertelne niebezpieczeństwo. Żaden pisarz starożytny nie chwalił morskich kąpieli, gdyż w ogóle nie przyszłoby mu to do głowy.

Wobec tego jeśli pisarz współczesny chce zbudować prawdopodobną fabułę na podstawie źródeł, miewa kłopoty. Np. co począć z wiadomościami o tym, że Tyberiusz, bohater ostatniej z części "Trylogii rzymskiej", uprawiał igraszki erotyczne z dziećmi? Pominąć? Przedstawić jako pedofila? To jednak anachronizm, czyli przenoszenie współczesnych kategorii w odległą przeszłość. I tak źle i tak - niedobrze. Autor, zachowując znane fakty, posłużył się więc w opisie zdarzeń literackim prawdopodobieństwem i sprawdził po reakcji pierwszych czytelników, że sprawa nie jest prosta. W ostatnim eseju ten powód, obok perypetii politycznych jest wymieniony jako przyczyna wieloletniego opóźnienia w dokończeniu trylogii.

Eseje Bocheńskiego dostarczą czytelnikowi sporo problemów do przemyślenia na temat nieprzystawalności sposobów myślenia starożytnych i współczesnych norm rozumowania. Jak właściwie rozumieć zamiłowanie starożytnych do wróżb? Oczywiście naukowiec może tu sporo wyjaśnić, opisując rytuały, śledząc ich pochodzenie i funkcje. Zadanie pisarza jest w tym wypadku trudniejsze, bo dokonując rekonstrukcji, powinien doprowadzić do tego, że jego czytelnik, dysponujący pojęciami  typowymi dla współczesnego człowieka, wyobrazi sobie i uzna za prawdopodobne przedstawiane mu fakty. A już Arystoteles wiedział, że z prawdopodobieństwem w literaturze nie ma żartów, jeśli fakty brzmią nieprawdopodobnie - tym gorzej dla literatury i na nic zda się argument, że tak rzeczywiście było.

Najważniejszą przesłanką, patronującą rozważaniom Bocheńskiego, jest relatywizm historyczny. Nie ten wzięty z marksizmu, ale doświadczony w życiu i bardzo dobrze poświadczony w esejach o losach własnych utworów... Niespodziewana kariera (i to międzynarodowa) "Boskiego Juliusza" jako powieści z kluczem, odnoszącej się  do Stalina czy do Cyrankiewicza, możliwa była tylko w czasach realnego socjalizmu. Autor, nie posuwając się do interpretowania własnych książek, opisuje ich losy. Na ukształtowanie legendy pierwszej powieści wpływ mieli też krytycy, o których w tej chwili pamięta się jako o socrealistach. Sława utworu "politycznego" spowodowała z kolei ogromne perypetie cenzuralne "Nazona poety". Rozbudziła też oczekiwania czytelników, którzy nie byli gotowi zaakceptować erotyzmu. Wobec tego ukończenie trzeciej powieści zostało odłożone - aż zmieniła się epoka.  

Najciekawsze w esejach Bocheńskiego są jego porachunki ze współczesnością. Można powiedzieć, że był on świadkiem kilku epok: w młodości uległ czarowi ideologii, potem był bardzo czynnym działaczem opozycji politycznej, teraz- inteligentem, może nieco oszołomionym zawrotnym tempem zmian, ale nie kwestionującym samej zasady zmiany.  Esej o labiryntach Herberta, lojalny wobec wieloletniej przyjaźni i współpracy w PRL-owskiej opozycji , odsłania różnice ich postawy. Nie tak zasadnicze, jak by się wydawało. Za pomocą relatywizmu Bocheńskiego można jednak przekonująco wyjaśnić i zacietrzewienie Herberta, i meandry PRL-owskich odchyleń ideologicznych, a także niejedno zjawisko z czasów cesarstwa rzymskiego. Konserwatysta - może tylko płakać nad upadkiem... ale czego właściwie? Własnego mitu. Nie jest w stanie zaakceptować tego, co stało się w 1989 roku, gdyż nie nastąpiło wtedy „przywrócenie ładu”, ale jedynie – uruchomiony został ciąg nieustannych zmian.

ANNA NASIŁOWSKA

Jacek Bocheński, „Antyk po antyku”, Świat Książki 2010.

Krzysztof Lubczyński - "Epitafium dla antyku"


Portal
www.pisarze.pl

2010 r.

„Antyk po antyku” Jacka Bocheńskiego to książka wielowarstwowa. Brzmi to jak banał, ale - nomen omen – w epoce triumfującego banału z wolna banałem być przestaje, jako że wielowarstwowość staje się coraz bardziej rarytasem we współczesnej kulturze. Wielowarstwowość nie zaskakuje u autora, który niewątpliwie jest - nie tylko w przestrzeni polskiej literatury – mistrzem misternych dygresji, układających się w wyrafinowane i logiczne wzory. Z takich dygresji zbudowana była choćby najwspanialsza proza J. Bocheńskiego – „Boski Juliusz” sprzed 46 lat.

„Antyk po antyku” może, po pierwsze, spełnić rolę balsamu i odtrutki w jednym dla tych wszystkich, którzy doznają bólu zębów oglądając konfekcyjne produkcje filmowe z dziejów starożytnego Rzymu. Ich bohaterowie, ubrani w pseudostarożytne stroje, w pseudostarożytnej scenerii zachowują się i mówią tak, jakby dopiero co zeszli z łamów tabloidów i kolorówek. Rzymscy herosi przypominają młodzieńców z kilkudniowym – podobno kokieteryjnym - zarostem reklamujących płyny po goleniu lub dezodoranty. I nie jest to błąd w sztuce prezentowania historii. To świadoma metoda. A przecież ludzie ukształtowani kilka tysięcy lat temu, w warunkach diametralnie odmiennych od dzisiejszych nie mogli się zachowywać tak, jakby wzorce zachowań wszelakich czerpali z internetu lub telewizji. Bocheński zwraca uwagę na starą, choć dziś wyjątkowo silną, dążność do tego, by ukazywać i interpretować historię sprzed setek czy tysięcy lat za pomocą pojęć i klisz nam współczesnych, w imię komunikatywności, w imię porozumienia się z cieniami dawnych bohaterów. To dlatego rzymskie zalotnice rozmawiają w serialach typu „Rzym” jakby były celebrytkami z „Sukcesu” lub czytelniczkami tegoż. To dlatego rzymscy patrycjusze rozprawiają ze sobą tak, jakby spotkali się na grillu. To dlatego Cycero, Juliusz Cezar czy August muszą przypominać Radka Majdana albo przynajmniej biznesmena z sąsiedztwa. Cały ten redukcjonizm do współczesności i to najprymitywniej pojmowanej, dokonuje się w imię przystępności historii. A przecież, zdaje się mówić Bocheński, sens poznawania historii polega na tym, że przeszłość była inna niż teraźniejszość. Jeśli bowiem była taka sama, po cóż zawracać sobie nią głowę? Wywód Bocheńskiego jest oczywiście nieporównywalnie bogatszy niż powyższe nawiązanie do jednego tylko wątku, ale przywołuję go po to, by uzmysłowić zakres podjętej przez niego problematyki. Warto przy tym zwrócić uwagę, że szkic „Rzeczy stare i nowe” powstał w 1973 roku i od tamtej pory zjawisko, o którym mowa zaostrzyło się radykalnie.  Aby się o tym przekonać, wystarczy porównać krytykowane wtedy hollywódzkie superprodukcje „Kleopatra” i „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” z dzisiejszymi produkcjami.

Wprowadziwszy czytelnika w tę zasadniczą dla pojmowania historii kwestię, J. Bocheński zaprasza go do udziału w swoich wędrówkach po antyku - po antyku, który umarł, jak zdaje się mówić w szkicu „Noster,  a nad którym to antykiem „zamyka wieko trumny” w końcowym akordzie książki. Pochylamy się więc wraz autorem nad dokonana przez niego próbą rekonstrukcji „dzieła niestworzonego”, jakim miała być zamyślana przez Jerzego Stempowskiego rzecz o poecie Owidiuszu. W eseju „Z Herbertem w labiryntach” wracamy do herbertowskiej optyki patrzenia na starożytność, a ściśle biorąc na antyczną Grecję, którą twórca „Barbarzyńcy w ogrodzie” przedkładał – w przeciwieństwie do Bocheńskiego – nad Rzym. W tryptyku przypisów do „Boskiego Juliusza”, „Nazona poety” i „Tyberiusza Cezara”, jego rzymskiej trylogii, odnajdujemy alchemię tworzenia tych dzieł i warunki w jakich postawały, włącznie z perypetiami polityczno-cenzuralnymi pierwszej z nich - opowieść o tym, jak wymyślony przez Bocheńskiego Gajusz Juliusz Cezar zawędrował do gmachu Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej czasów Gomułki i Cyrankiewicza, czyniąc tam prawdziwy ambaras, a nawet popłoch.

„Antyk umarł” – powiada Bocheński w konkluzji książki. I wiedziony uzasadnionym pesymizmem nie dodaje do tego zdania frazy: „Niech żyje antyk”. „Antyk, jaki  w kulturze europejskiej istniał dzięki humanizmowi, przestał istnieć” – powiada. Szybko dodaje jednak pytanie: „A czy coś pod inną postacią nie kontynuuje mimo wszystko antyku? Uczestniczę w tym, czy się tylko łudzę?”.

Czy antyk będzie miał „życie po życiu”? Zeus raczy wiedzieć.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI

Jacek Bocheński – „Antyk po antyku”, Świat Książki, Warszawa 2010.

piątek, 22 października 2010
Wojciech Kaliszewski - "Rytm antyku"

"Nowe Książki"
nr 3 (1105), marzec 2011 r.
                         

            Przypominam sobie, że Boskiego Juliusza Jacka Bocheńskiego czytałem przed laty uprzedzony o drugim dnie tej opowieści. Chodzić miało, rzecz jasna, o ukryte pod antyczną maską znaczenia polityczne,  odnoszące się do rzeczywistości, w której wówczas żyliśmy. Potrzeba deszyfrowania aluzji, odniesień i nawiązań była tak wielka, że prawdziwe intencje pisarza sięgającego po temat historycznie odległy zupełnie się nie liczyły. A przecież to one właśnie powinny ujawnić się w perspektywie całego pisarskiego przedsięwzięcia w sposób zdecydowany i oczywisty. Książka o Juliuszu Cezarze miała być przede wszystkim  pozbawiona aktualizującego mrugania okiem do czytelnika, miała być historią, która toczyła się kiedyś w odmiennych realiach i swoistym  czasie. Stało się jednak inaczej. Pojawiły się podejrzenia, zwyciężyły emocje i Boski Juliusz – paradoksalnie przez podobieństwo łysiny Cezara i głów partyjnych wodzów – stał się książką polityczną. Tak więc i sprawą polityczną stała się próba wyróżnienia  opowieści o Cezarze nagrodą literacką „Nowej Kultury”.

Wszystkie te zamierzchłe epizody przypomina  sam Bocheński w wydanej ostatnio pracy Antyk po antyku.  Ta na poły wspomnieniowa, na poły eseistyczna opowieść sięga jednak dalej niż tylko do autorskich i wydawniczych perturbacji lat sześćdziesiątych peerelu. Bocheński stawia nas i siebie przed znacznie bardziej ważkim i ciekawszym problemem. Lapidarnie i w całości ujmuje to już tytuł książki. Cóż bowiem znaczy tytułowe wyrażenie, o co chodzi w tym frazeologicznie ujętym następstwie rzeczowników? Najprościej mówiąc, cała rzecz sprowadza się do kwestii korzystania przez nas z grecko-rzymskiego dziedzictwa. Czy ma ono dzisiaj takie samo znaczenie, jak kiedyś? 

Otóż droga między antycznymi źródłami a rozlewiskami naszych czasów nie jest prosta. Bocheński, odwołujący się do postaci z przeszłości, do Cycerona, Owidiusza, Katullusa, piszący o namiętnościach i przeżyciach obywateli Rzymu i rzymskich prowincji, wie, że jest to wyzwanie niełatwe. Narracyjne przeobrażanie i przybliżanie historycznie zamkniętego świata, jest działaniem anachronicznym, jest – używając neologizmu – „odwiecznianiem”  czegoś, co istniało, miało swoja formę.  Dla nas bardziej bowiem uchwytna jest istota antycznych faktów, niż ich istnienie, a pisarz sięga właśnie po to drugie. Bocheński powiada, że „Autor zaczyna wnioskować o przeszłości na podstawie teraźniejszości. Gdy tylko spotyka w historii obcość, niejasność, lukę, dziwność albo zgoła absurd, przywołuje na pomoc doświadczenie współczesne.”  Trudno odciąć się od świata, który nas otacza i w którym rodzą się nasze doświadczenia.  Każda próba przedstawienia tamtego życia napotyka więc na podstawowe trudności z uchwyceniem i rozpoznaniem antycznego istnienia. Każde użyte przez pisarza słowo, każdy zwrot i skrót otwierają natomiast perspektywę interpretacyjną, są przybliżeniem, ujęciem, wizja, zależą od wiedzy i wyobraźni autora.

Jacek Bocheński cierpliwie próbuje zrozumieć obecność „antyku po antyku”.  Nie ma bowiem prostego przełożenia epoki na epokę. Przed tłumaczem, przed autorem sięgającym do motywów antycznych, przed każdym w końcu, kto stara się słowo „dziedzictwo” traktować poważnie, staje zawsze ten sam problem  rozszyfrowania znaczeń pozostawionych nam słów, fraz i wersów. To jest wielka kwestia semantyczna i w końcu kulturowa. Jej centrum stanowią zmiany i przesunięcia, nad którymi trzeba się nieustannie zastanawiać. Życie w języku podsycają konteksty, barwy znaczeniowe, uzusy i uczucia tych, którzy mówią i piszą. To splot czynników , niestety, ulotnych i dla następnych pokoleń niemy, zamknięty, martwy Na czym więc oprzeć przekonanie, że pisząc o Owidiuszu, pisze się naprawdę o kimś, kto kochał, czuł, przeżywał i tworzył?

Dla Bocheńskiego nie było to proste.  Krok po kroku odkrywa przed nami tajniki warsztatowe swojego historycznego pisarstwa. Przywołuje wątpliwości, przypomina pytania, odtwarza napięcia, które stale były obecne, kiedy budował swoje książki. Pisząc o Owidiuszu, wiedział jedno –  że musi jego biografię wywieść z samej poezji, z jej rytmu, z tego, co Owidiusz pisał, w co wkładał swoje życie. Źródła pozapoetyckie takiej „żywej” biografii –  uważa Bocheński – nigdy nie stworzą. Przezwyciężenie zrozumiałych oporów wymagało więc wysiłku nie tylko intelektu, ale i woli. Potrzebny był wręcz upór, aby działać według intuicyjnie stworzonego planu: „Wpadłem na trop istoty wszystkiego, co dotyczy tematu. Wszystko od razu wyjaśniło się samo przez się, wszystko się skomponowało w spójną całość, zmieniło w gotowy plan powieści, już tylko pisać. Pisać tak, jak pisał on, Owidiusz, jego metodą, w jego rytmie, to znaczy w rytmie rocka, różnymi przemiennymi wersjami naraz, zgodnie z filozofią Metamorfoz, to znaczy zwykłymi w dwudziestym wieku technikami prozatorskimi.”  Urywany, zaskakujący rytm muzyki rockowej stał się dla pisarza swoistym objawieniem, pomógł mu przebić się do właściwego rytmu istnienia świata Owidiusza.  Dla czytelnika może to być zaskakujące, ale dla artysty nie.

            Bocheński – doskonały znawca nie tylko antyku, łaciny, ale i czasów współczesnych – powiada, że kultura antyczna rozumiana i przeżywana wedle humanistycznych wzorców i klasycznego wychowania skończyła się bezpowrotnie.  Czy jednak – zastanawia się w związku z tą hipotezą – „coś pod inną postacią nie kontynuuje mimo wszystko antyku?”

            Antyk po antyku jest książką zbudowaną wokół tego pytania. Jest książką o pisaniu, o trudzie opowiadania, który pisarz, sięgający do odległej przeszłości musi pokonać przede wszystkim w sobie. To także książka wyrastająca z pytań o miejsce kultury antycznej w świadomości każdego z nas. Ale to również  opowieść o ludziach , którzy wiary w sens humanistycznej edukacji do końca nie stracili.  Dlatego wątki tej książki nieustannie wywodzą się i jakby powracają do wnętrza pisarza, do przestrzeni jego myśli.  Dzięki autorowi uczestniczymy  w żywej lekcji korzystania z tradycji.  Bocheński otwiera przed nami  przestrzeń działań artysty-pisarza, ukazuje proces tworzenia na poziomie podejmowania decyzji w świecie, który – śmiem twierdzić - do końca związków z humanizmem się jednak nie wyrzekł.  Dlatego  nie są to proste decyzje.

.

                                                                                     WOJCIECH KALISZEWSKI