© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
poniedziałek, 22 lutego 2010
2010 - wznowienie książki "Stan po zapaści"

 

"Stan po zapaści" - Wydawnictwo BELLONA - Oficyna Wydawniczą Wolumen 2010, ISBN 978-83-111-16-72-6 (seria wydawnicza: "Kanon Literatury Podziemnej").

*   *   *

Poprzednie wydania: NOWA 1987 (II obieg), Aneks 1988, NOWA 1990.

.

.

.

Okładki i strona tytułowa pierwszego wydania, opublikowanego poza cenzurą

Okładka wydania londyńskiego (Wyd. Aneks)

Wydanie oficjalne, po przełomie 1989 r.

*   *   *

Przedmowa autorska do nowego (czwartego) wydania "Stanu po zapaści" (2010)

Był rok 1984, gdy przyszło mi do głowy, że mógłbym opisać Polskę, korzystając z tego, czego się napatrzyłem i nasłuchałem podczas bytności w kilku szpitalach, a najbardziej właśnie w Orwellowskim roku 1984. Przez dwie doby leżałem wtedy na korytarzu wypełnionym chorymi, widziałem, co się dzieje, słyszałem, co kto mówi. Wszystko z pozycji poziomej łóżka i z ograniczonej perspektywy korytarzowej, jedynie z nieco szerszą przestrzenią dla słuchu, bo docierały też echa spoza budynku. Świat w takim skrócie. Trzy lata po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego. Żeby zaznaczyć jakoś własną postawę, przywiesiłem sobie nad łóżkiem chytrze pomyślaną pocztówkę, wydaną przez kogoś z ówczesnego podziemia solidarnościowego: ROK 1984. Niby życzenia noworoczne. W istocie była to aluzja do powieści fantastycznej Orwella, pisarza angielskiego z pierwszej połowy XX wieku, o koszmarach totalitaryzmu.

Tymczasem liczni polscy czytelnicy, krytycy, teoretycy i wizjonerzy literaccy, zapaleni młodzi patrioci czekali od dawna na książkę rodzimego autora, która by „prawdziwie", bez cenzury, rzecz jasna, lecz w dodatku bez artystycznych ogródek, metafor, języka ezopowego i innych wieloznaczności, przedstawiła w sposób właśnie jednoznaczny, „tu i teraz", nagą rzeczywistość życia w Polsce rządzonej przez komunistów, nie pomijając elementów politycznych, a jeszcze w miarę możności pokrzepiając serca. Strasznie trudne zadanie, sprzeczne prawdopodobnie z istotą sztuki. Literatura miała jednak, nie po raz pierwszy w historii, wesprzeć dążenia wolnościowe i patriotyczne społeczeństwa poddanego opresji. A zarazem wiernie opisać je takim, jakim jest. Moją ambicją i - jak uważałem - powinnością było wywiązać się z tego zadania w stopniu, w jakim potrafię.

Sądząc, że znalazłem w szpitalu dobry skrót dla rozległego tematu (a pisarz zawsze potrzebuje skrótów, bo nie może opisać wszystkiego), zająłem się przez następne dwa lata (1985, 1986) w tajemnicy przed wszystkimi pisaniem powieści. Jej narratorem i głównym bohaterem uczyniłem - najprościej - pisarza, który w szpitalu pisze powieść o tym, co tam przeżywa. Ale na tym koniec treści autobiograficznych. Mój powieściowy pisarz nie jest mną. Jego historia, powody przebywania w szpitalu, rozmowy, znajomości i wszystkie perypetie losu są zmyślone. Także reszta powieściowych postaci jest zmyślona. Autentyczne, nie zmyślone, lecz zasłyszane, są ich sposoby mówienia, przypisane jednak zupełnie innym osobom. Autentyczne, nie zmyślone, lecz podpatrzone, są zachowania ludzi w pewnych sytuacjach, też przypisane innym osobom.

.

Jacek Bocheński - lipiec 1981 r. (Fot. Archiwum Jacka Bocheńskiego)

.

Swoją powieść zatytułowałem "Stan po zapaści". Jest to termin medyczny. Nie znaczy "stan wojenny".

Dla przypomnienia: stan wojenny zarządziły w Polsce władze komunistyczne 13 grudnia 1981, aby stłumić ruch "Solidarności", istniejący wówczas od szesnastu miesięcy, legalny i liczący ponad 9 milionów członków. Związkowi zakazano wszelkiej działalności i postawiono go poza prawem. Opór, na przykład próby strajku w zakładach pracy, zdławiono siłą, niekiedy krwawo, jak w kopalni "Wujek", gdzie padli zabici. Tysiące ludzi internowano na dłużej lub krócej (ale nie dotyczy to mojego pisarza powieściowego, który jest bezpieczny w szpitalu, nawiedzają go tylko zmory senne i lęki związane z jakimś dramatycznym położeniem, śniegiem, wojskiem i poczuciem osamotnienia). Formalnie stan wojenny zniesiono 22 lipca 1983, co jednak nie zmieniło stosunków politycznych w kraju.

Nie wiadomo, kiedy dokładnie rozgrywa się akcja powieści, przeniesiona wkrótce z korytarza na salę szpitalną, lecz na pewno nie w grudniu 1981, skoro ubrany w piżamę pacjent może wychodzić na balkon lub dostaje świeże pomidory ("pomidorowe", gruntowe, rzecz w tamtych czasach zimą niemożliwa), a sanitariusz Leszek opowiada, że służbę wojskową odbył (zatem kiedyś w przeszłości) w roku 1982. Ogólny nastrój, marazm, poczucie bezsilności, wyrzuty, jakie w pewnej chwili czyni sobie bohater lub może antybohater-pisarz z powodu niedostatecznego zaangażowania - wszystko to sugeruje, że chodzi już o „znormalizowany" czyli spacyfikowany kraj po stanie wojennym, chociaż działalność podziemna opozycji nie wygasa.

.

Ludzie opozycji demokratycznej w Polskim PEN Clubie - koniec lat 70. XX w. Widoczni na fotografiach m.in. Adam Michnik, Bohdan Cywiński, Maria Wosiek...

... Jan Lityński, Stanisław Stomma (Fot. Archiwum Jacka Bocheńskiego)

.

Czasu akcji nie da się określić precyzyjnie, bo wolałem uniknąć w tym względzie zbyt daleko posuniętej ścisłości. Ograniczyłem wymóg realizmu do możliwie autentycznego, wręcz werystycznego przedstawienia realiów życia powszedniego.

W swojej twórczości lubiłem zawsze mieszać gatunki, dlatego krytycy mieli często kłopot z orzeczeniem, czy coś jest powieścią, esejem, czy może reportażem. Także na "Stan po zapaści" składa się mieszanina gatunków. Powiedziałbym tylko, że dołączyły się dwa nowe: jak gdyby elementy słuchowiska radiowego i ryzykownej w literaturze publicystyki. Oczywiście, zmyśliłem również te treści publicystyczne, dysputy pisarza, profesora czy docenta, lub na przykład artykuły z podziemnego „Tygodnika". Nie było takiego pisma w rzeczywistości (istniały „Tygodnik Wojenny" i „Tygodnik Mazowsze").

Proszę pamiętać: to jest literatura, fikcja, nie dokument. Czy jest to dobra literatura, warta czytania po 22 latach od ukazania się książki, czy poroniony pomysł, nie mnie oceniać. Starałem się opowiedzieć o czymś bardzo potrzebnym człowiekowi uciśnionemu, mianowicie o możliwej solidarności drugiego człowieka z nim. Zdawało mi się, że szansę takiej solidarności mimo wszystko ukazuje tragiczna, zarazem trochę komiczna, a w gruncie rzeczy koszmarna migawka ze szpitala, zobaczonego przeze mnie w Orwellowskim roku 1984.

Powieść wyszła po raz pierwszy nakładem podziemnej Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA w roku 1987 i otrzymała nagrodę kulturalną podziemnej „Solidarności". Drugie wydanie, zagraniczne, opublikował „Aneks" (Londyn, 1988). W tymże roku 1988 udało mi się wyjechać do Niemiec i zainteresować Radio Wolna Europa wyemitowaniem książki na falach eteru. Zaproponowano mi, żebym sam przeczytał tekst przed mikrofonem. Tak się też stało. Nagrałem całość w Monachium, wróciłem do Polski, a radio zaczęło w odcinkach, regularnie, dzień za dniem nadawać „Stan po zapaści". Była to sensacja, bo żaden krajowy pisarz nie występował jeszcze w taki sposób. Audycja cieszyła się fantastycznym powodzeniem. „Wszyscy" słuchali, a nigdy "wszyscy" nie sięgali po moje książki. Również BBC w programie polskim nadało "Stan po zapaści", ale tam czytał go zawodowy aktor.

.

Z pisarzem i publicystą "Tygodnika Powszechnego" Janem Józefem Szczepańskim (1919-2003), ówczesnym Prezesem Związku Literatów Polskich na spotkaniu Komitetu  Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, Warszawa, rok 1988 (Fot. Archiwum Jacka Bocheńskiego)

Po rychłym upadku władzy komunistycznej w Polsce ukazało się trzecie, legalne już wydanie (NOWA, 1990) oraz przeróbki na spektakl telewizyjny i słuchowisko radiowe, po czym książka została na długo zapomniana. Wyszła jeszcze w przekładzie na język francuski (Noir sur Blanc, 1995).

Gdy piszę tę przedmowę, jest rok 2009. Od Orwellowskiego roku 1984 minęło równo ćwierć wieku. Przypadek zrządził, że niedawno trafiłem do pewnego warszawskiego szpitala. Brak miejsc, przepełnienie, kolejka do łóżek. Po 25 latach położyli mnie znów na korytarzu i spędziłem tak dobę. Jedną, nie dwie. Oczywiście, myślałem o „Stanie po zapaści". Czy nic się nie zmieniło? Owszem. Nowością był zgiełk telefonów komórkowych. Każdy pacjent raz po raz do kogoś dzwonił. Choroba, interesy, zlecenia, terminy. A tamta, jak mi się kiedyś wydawało, rzecz najważniejsza, szansa solidarności człowieka z człowiekiem? Nie. Tego nie spotkałem. I to by mi w nowych warunkach nie przyszło na myśl, gdybym chciał „Stan po zapaści" napisać dzisiaj.

JACEK BOCHEŃSKI

Anna Sobolewska - "Chory kraj?"

 

„Res Publica” (Warszawa)
Nr 10 / 1988 r.

Jacek Bocheński, Stan po zapaści, Warszawa 1987, s. 108

Bohater nowej powieści Jacka Bocheńskiego Stan po zapaści leży w szpitalu po zapaści sercowej i co chwila wyciąga gruby zeszyt, by w nim coś zanotować: a to powiedzonko salowej, a to komentarz polityczny pana docenta. Czytelnik otrzymuje książeczkę zapisków szpitalnych stylizowanych na autentyk. Wiemy, że autor miał kłopoty z papierem - gdy zeszyt się kończy, zapiski robią się bardziej skrótowe.

Treścią książki jest szpitalna codzienność. Rzecz dzieje się w dobrze znanych dekoracjach: łóżka na korytarzu, wózki szpitalne, baseny. Po Zawale Mirona Białoszewskiego nie łatwo jest zaskoczyć czytelnika zapisem szpitalnej egzystencji, niektóre motywy zostały przez niego wyeksploatowane, tracąc swoje humorystyczne i poetyckie właściwości. Bocheńskiemu czasem się udaje wydobyć humor ze znanego motywu. Oto Ojciec chrzestny oglądany na szpitalnym korytarzu:

„Don Corleone wrócił do domu. - »Gdzie Michael« - szepcze.

- A to na basenie - mówi siostra Małgosia w ciszy. - Na basenie pan zrobi. (...)

- Zrobił?

- A gdzie on tam, kurwa, zrobi!

l nie zrobił."

Szpitalne realia rozbrajają krwawe widowisko amerykańskie z wszelkiej grozy. Prawdziwa groza jest tutaj - w ataku duszności, w niewygodzie zmaltretowanych ciał. W Stanie po zapaści przeważa zapis dialogów. Narratora-pacjenta atakują szpitalne dźwięki i wonie, za to niewiele widzi leżąc na niskim polowym łóżeczku. Opisuje fakt po fakcie szpitalną drogę pacjenta: miejsce na korytarzu, przejście do sali, rekonwalescencja, wypis, l szpitalne atrakcje: obchody lekarzy i księdza, przyjazdy „Batorego” - wózka z jedzeniem, operacje kolegów z sali, wizyty żon z kompotami i cielęciną. Od pierwszej do ostatniej kartki szpitalnego pamiętnika.

W ostatnich czasach pojawiło się kilka utworów zainspirowanych podobnym doświadczeniem życiowym autora - przeżyciem zawału i przewlekłym leżeniem w szpitalu: Stan nieważkości Kuśniewicza, Zawal Białoszewskiego oraz Zawał serca Jana Kotta, Białoszewski rejestruje chwila po chwili swoją szpitalną historię. W szpitalu na Lindleya powtórzył się, wielokrotnie opisywany przez krytyków, cud bezpośredniej przemiany żyda w literaturę. Szpital został oswojony, obłaskawiony, zamieniony w dom, a przymusowe leżenie pacjenta okazało się tym samym, co ulubione „leżenie” umożliwiające poetycki ogląd rzeczywistości. Natomiast narrator Stanu nieważkości odbiega pamięcią i wyobraźnią od szpitalnej egzystencji kreując rzeczywistość fikcyjną, oniryczną. Potok retrospekcji, wymyślanych fabuł i stylizacji skutecznie odrywa uwagę bohatera (i czytelnika) od tego, co niewygodne - fizycznego bólu i widma śmierci.

Jana Kotta, z racji preferencji zawodowych, interesuje „dramaturgia" zawału, a wszystkich trzech pisarzy - jego metafizyka. We wszystkich utworach metafizyka i fizjologia sąsiadują ze sobą - tylko jeden krok dzieli bowiem szpitalną codzienność od spraw ostatecznych. Stan wyjątkowy zawału zmusza do skupienia i kontemplacyjnej zgody ze światem. Rzecz interesująca, że wszyscy trzej pisarze - mimo diametralnych różnic stylów i technik literackich - uosabiają podobny typ „pacjenta doskonałego” - cierpliwego i szukającego porozumienia z losem, który przecież znienacka ich zaatakował.

Bohater Bocheńskiego nie jest pacjentem doskonałym. Nie ma zaufania ani do losu ani do lekarzy. Nie staje twarzą w twarz z przeznaczeniem. Przeszkadza mu w tym... komunizm. Komunizm jest tu wszechobecny w otaczających realiach, w szpitalnych rozmówkach, a także w mowie wewnętrznej bohatera. Nie ma od niego ucieczki. „Czy X jest ubekiem?” - zadaje sobie nieustannie pytanie narrator. Prześladuje go wspomnienie pierwszej nocy stanu wojennego powracające w szpitalnych rojeniach. Nawiasem mówiąc na naszych oczach powstaje w polskiej literaturze topos „13 grudnia” z odpowiednim zespołem motywów - głuche telefony i radio, czołgi, młodzi żołnierze na mrozie.

W szpitalu toczą się równocześnie dwie akcje konspiracyjne - „solidarnościowa” i zwykła, peereIowska - kradzież kół od szpitalnego wózka potrzebnych panu Heniowi do wożenia trawy dla królików. Każdy tu ma coś do ukrycia: narrator chowa gazetki, i pan Henio - torbę z narzędziami ślusarskimi.

Atrakcją szpitala jest milicja czuwająca na korytarzu, zwłaszcza na chirurgii, na terenie szpitala przyczaił się bowiem działacz Wiadomy. Sam narrator został przetrzymany w szpitalu w gorącym momencie - w jego mieszkaniu była rewizja. Wariat biegający nago po korytarzu, sądząc z jego monologu, jest również ofiarą stanu wojennego, a nawet szerzej - całej naszej historii: „Wałęsa zwyciężył! Wałęsa!!! Niech żyje! Zwycięstwo! Ale nie ma jeszcze różyczki. Do wiary, do wiary, do wiary! l garbatej i kulawej! Dla wszystkich, dla wszystkich, tara-raj, tara-raj! A dzień to będzie! Już nie mogę... Nasza Polska niech żyje... Bo już nie mogę!!! Z domu na kasztanie swoim, na kasztanie...”

Akcji szpitalnej towarzyszy określona akcja symboliczna, obecna już w tytule. Stan wojenny przeszedł niepostrzeżenie w „stan po zapaści”, który jest stanem przewlekłym, chronicznym. W książce Bocheńskiego natrafiamy na popularną socjologię tego stanu. Na każdej sali szpitalnej, wczasach, dłuższej kolejce toczy się ta sama dysputa na temat komunizmu. Czytelnik Stanu po zapaści spotka tu wszystkie obiegowe diagnozy, co nie pozostawia jednak żadnego śladu w umyśle: „No jest ten komunizm i teraz dodatkowo jest w nim kryzys. A ona pracuje, a kto w komunizmie pracuje gdziekolwiek, w szpitalu, w sklepie, na poczcie, ten jest przeważnie zły i smutny. Jest zły i smutny, bo pracuje w złych warunkach, źle mu płacą, czuje się sponiewieranym niewolnikiem, palce gryzie i chciałby pracować jak najmniej. Więc diabli go biorą, kiedy podchodzi do niego drugi człowiek, który nie ma władzy, jedynej liczącej się rzeczy w komunizmie, i mimo to żąda obsłużenia, mówi na przykład, żeby mu zrobić zastrzyk albo nakroić sera, albo podać paczkę.”

Dwa wątki książki Bocheńskiego to szpital i komunizm: [- - - -] [Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk artykuł 2 punkt 2 i 3 (Dziennik Ustaw nr 20 pozycja 99; zmiany:1983 Dziennik Ustaw nr 44 pozycja 204)]. „Chory kraj"- lubią powtarzać starzy ludzie. Temat szpitala i niebezpiecznej choroby stwarza okazję do szczególnej gry sensów. Bocheński usiłuje pokazać, na czym polega atrakcyjność szpitala, w szpitalu „żyje się poza rzeczywistością”. Równocześnie rzeczywistość szpitalna staje się jakby mikromodelem całej rzeczywistości. Tak dzieje się w powieści Sołżenicyna Oddział chorych na raka, w filmie Loseya Szpital Britannia. Metaforykę choroby serca spotykamy ostatnio w filmie Riazanowa Zapomniana melodia na flet zawieszonym między dramatem obyczajowym a przypowieścią. Bohater konformista dwukrotnie dostaje zapaści. Ratuje go cud - bezinteresowna miłość pięknej pielęgniarki. Zapaść w tym „pieriestrojkowym” filmie jest udziałem również całego kraju, podobnie jak u Bocheńskiego.

W Stanie po zapaści sensy symboliczne nie przenikają jednak w sposób naturalny realistycznej warstwy opowieści. Wydają się narzucone, zwłaszcza w znaczących punktach fabuły, na początku i na końcu książki. Choroba ma swoje wymagania - izoluje, tyranizuje, okrada - bywa gorszą niewolą [- - - -] [Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk artykuł 2 p. 2 i 3 (Dziennik Ustaw nr 20 pozycja 99; zmiany: 1983 Dziennik Ustaw nr 44 pozycja 204)]! Dlatego pacjent powracający do zdrowia po niebezpiecznej chorobie, który dostrzega wokół siebie tylko wrogą ideologię, nie jest portretem wiarygodnym. W przeddzień wypisu narrator spotyka dziewczynę chorą, być może, na raka piersi, czekającą na diagnozę i operację. Spotkanie z dziewczyną staje się okazją do podsumowania akcji symbolicznej książki - wątku „szpital-Polska": „Piszę powieść, jednak chory może jestem rzeczywiście, razem z innymi, ja wśród wielu. A wszędzie dokoła leżą ci ludzie z pękającymi głowami, (...). Czuję: rosną nowotwory, guzy, nie wiadomo jeszcze jakie. Złośliwe, nieuleczalne? Przyjdzie dopiero chwila, gdy pierś nam rozkroją, zobaczą. A wtedy się wyjaśni. Jest wyjście czy nie? Wytną czy zaszyją tego raka już na zawsze? Tak czy nie?"

Kim są ci „oni”, którzy najpierw nas „zgnoili”, a teraz oczekujemy od nich zbawczej operacji? Może to my sami powinniśmy się wziąć za tego naszego „raka”? Zresztą rak piersi nie wydaje się szczęśliwie dobraną metaforą. Przecież to nie rak nas toczy, tylko wciąż „diarrhea za diarrheą”...

ANNA SOBOLEWSKA

Wiesław Kot - "Rekolekcje w szpitalnym brulionie" (1)

„Wprost”
Nr 7 (378) / 18.02.1990 r.

Swoją ostatnią powieścią „Stan po zapaści” Jacek Bocheński powraca z bardzo daleka. Tę odległość można odmierzać wielorako. Na przykład można oceniać dystans, jaki pisarz przebył od zbeletryzowanych esejów, oświetlających dylematy historii na kanwie losów znakomitości świata starożytnego („Boski Juliusz" 1961, „Nazo poeta" 1969), ku współczesnej powieści politycznej. Można też odnotować jego wyjście z długiego niebytu w oficjalnym obiegu literackim, które nastąpiło w wiele lat po tym, jak z grupą kolegów-pisarzy organizował niezależny obieg literacki. No i zauważyć trzeba koniecznie przejście od sceptycyzmu, chłodnej, dystansującej się wobec dziejów ironii, która tak świetnie przylega do wielkiej historycznej paraboli, ku pasji, przejęciu, żarliwości w opisie dzisiejszej Polski.

Powieść „Stan po zapaści" pojawiła się w szczególnym momencie. Wydana przez NOW-ą w 1987 roku, echem wróciła do kraju w wydaniu londyńskiego ANEKS-u (1988 r.). W swoim czasie autor osobiście czytał jej fragmenty w „Wolnej Europie". Był to czas niecierpliwego wyczekiwania na pojawienie się arcydzieła-książki, która w doskonałej formie artystycznej zamknęłaby doświadczenia szoku, jakim był stan wojenny. Poczucie rozchwiania wartości i upadku autorytetów potęgowało niecierpliwość i nadzieje, że zjawi się talent, który utrwali obraz tamtych lat w zbiorowej pamięci i uporządkuje wartości. Tymczasem szczęścia do tego tematu nie miał już Bratny („Rok w trumnie"), niespecjalnie powiodło się Łozińskiemu („Sceny myśliwskie z Dolnego Śląska") i Głowackiemu („Moc truchleje"), obronną ręką wyszedł z tych zmagań chyba tylko Siejak („Próba", „Pustynia"). Inni czekali, aż rzecz się uleży. Na tym tle powieść J. Bocheńskiego okrzyknięto zjawiskiem, ale co do jego rangi to już wątpliwości pojawiło się wiele. Przybierały formę utyskiwania, zniesmaczenia, a nawet pamfletów tak niewybrednych, jakie tylko Jan Marx potrafi preparować. Wydaje się jednak, że to czas, a nie ludzie będą sprawiedliwsi dla tej powieści. Choćby dlatego, że jej czytanie wymaga wniknięcia w głębsze, podskórne warstwy opisywanych faktów, które mogą zmylić swym weryzmem.

Pomysł, na którym opiera się konstrukcja powieści, ma długi literacki rodowód, w książce zresztą skrupulatnie odnotowany - świat jako szpital, życie jako choroba. Wypada jednak poszerzyć tę tradycję - szpital jako miejsce, gdzie na krótki czas spotykają się dobrani losowo ludzie, którzy inaczej nigdy by się nie zetknęli i nie powiedzieliby sobie tylu ważnych rzeczy - o podobną karierę sanatorium, przedziału kolejowego, a zwłaszcza wesela. Ale czasy takie, że szpital najodpowiedniejszy. Polski szpital i polska choroba. Ciężka i przewlekła. Rozpoznanie pierwsze brzmi -

ZAPAŚĆ.

Stało się. Był stan wojenny. Do szpitala dochodzą echa walk ulicznych, karetki przywożą rannych, których potem pilnuje milicja, ktoś szpera w kartotekach, słychać o nagłych rewizjach, procesach przed wojskowymi trybunałami. Starzy ludzie w ciężkich snach powtarzają swoją lekcję historii: krzyczą, że nie ujawnią adresów, nie złożą broni. Jakiemuś wariatowi śni się Polska. U podzielonych, bezradnych, przyduszonych strachem ludzi pojawiają się alergie. Choćby na Żydów, których u nas nawet nie wypada spytać o narodowość. U nas teraz nie wypada, ale w takiej Szwecji można: „Dlatego, że podczas drugiej wojny światowej po takim pytaniu Żydów w Polsce zabijano, a w Szwecji nie. I myśmy to widzieli i nic na to nie poradzili albo prawie nic, więc zabito prawie wszystkich. Bo tak się zdarzyło, że naziści przyszli mordować do Polski, nie do Szwecji". Rozdrapuje się stare rany z dziejów polsko-ukraińskiego sąsiedztwa, we wspomnieniach pojawiają się, jako przedmiot rachunku sumienia, Rosjanie. Jeden z pacjentów „do ludzi ruskich nic nie ma, bo trzeba powiedzieć, że Rosjanie, jako, znaczy się, ludzie, nie tam co, tylko jako ludzie, to naprawdę są dobrzy ludzie i on to zawsze powie". Jest to czas Polski konspiracyjnej, szeptanej, czasy półgębkiem wypowiadanych deklaracji i ostentacyjnego asekuranctwa, jak u pewnego docenta: „siwizna, odpowiedzialność i krawat". Czasem pojawia się słowo-klucz do całej sytuacji - „komunizm". Raz jako stróż ludzkiej niewiedzy o sobie samym i o innych, najbieglejszy w wymyślaniu podziałów, przedziałów i granic. Innym razem jako bardzo dziwny wynalazek; „teoretycznie powinien był wszystko w świecie naprawić, a taką ma jakąś naturę, że każdą rzecz psuje, zwłaszcza gospodarkę, samego człowieka i przyrodę". Ale jego ciężką, dychawiczną agonię wyczuwa się już w powietrzu. Ludzie przyczajają się, boją się odruchów konającej bestii. Dla autora trwa ciągle tamta grudniowa zima. Pisze: „Nasypało jednak. Ubieliło. (...) A ja muszę się kryć. Bo chodzą. Patrzą. Dlatego tak spłaszczony leżę. A oni patrolują. W polskich mundurach, z pistoletami Kałasznikowa". Pilnują, aby utrwalała się inna polska dolegliwość -

PARALIŻ.

Wiesław Kot - "Rekolekcje w szpitalnym brulionie" (2)

.

Szpital rozrośnięty do rozmiarów ojczyzny Bocheński rekonstruuje mozolnie, ze ściśniętym gardłem, zdanie po zdaniu. Kondensacja cierpienia tworzy polskie inferno - nieustanny szum, szelest, jęki, dudnienie, łomot i charkot. Opis sal szpitalnych przekazuje w mowie przesadnie rozwlekłej, w gadaniu o niczym i międleniu słów, co odpowiada atmosferze sennego poruszania się w lepkiej rzeczywistości. Wszyscy cierpią na niedowład woli, myślenia, zbiorowego działania. Chorym trudno porozumieć się z zabieganym personelem, który jest nie tyle inny, ile uwikłany w sytuację przymusowego absurdu. Trwa chocholi taniec Polski lat osiemdziesiątych. W krótkich odsłonach pojawiają się polskie zmory: dzieci, które czekają przy łóżku umierającego ojca, aby go obrabować z kosztowności, obcy i nieczuli opiekunowie, odsunięci i gwałtownie postarzali aktywiści o grubo ciosanych, chłopskich twarzach.

Szpitalnym życiem rządzi plotka, oszczerstwo, intryga. Jeżeli konspiracja, to żałosna i licha - palenie papierosów cichcem w ubikacji, drobne kradzieże „na państwowym". Opisywane w języku potoczystym rozmowy rwą się niechlujne, zachwaszczone. Układa się z nich narodowa kabała, gdzie śmieszność przylega do podłości, a wzniosłość do banału. Taka jest Polska, gdzie wszystko „dalej się; kręci, miele w młynie dookoła Wojtek, huczy, łomocze po piętrach, otchłaniach", A przede wszystkim szumi i szumi w ludzkich głowach. I ten szum właśnie powinien pisarz wytłumić, złagodzić -

STAN POURAZOWY.

Zaczyna od siebie, od upartego przepowiadania sobie prawd podstawowych, które rejestruje na kartkach, pisząc z mozołem, jakby na czworakach szedł".

Jako zasadniczy pojawia się problem wiary - tej osobistej, przeżytej i odczutej, odniesionej do Boga i drugiego człowieka. I rozrachunek z wypełniania obowiązków wobec niego. Mimo woli układa się w spowiedź, np. z grzechu obojętności. „Może do wyspowiadania jest grzech taki: ja, właśnie ja, żyłem, widziałem, słyszałem, i milczałem. Teraz na przykład milczę, Bo nie wiem, co mówić, nie mam do kogo, nie mogę, bo spętany jestem, jak wszyscy", A także z wielu innych grzechów, a właściwie całego, nieskończenie długiego ich katalogu, którymi obciążony jest naród. Jednocześnie pisarz nie jest ani bohaterem, ani świętym, „tylko robakiem, jak większość. Chociaż ja wiem - pisze - że nie powinno się być robakiem, ale że właśnie powinno się być bohaterem i świętym. Może tylko tą wiedzą różnię się od większości". I dlatego z taką skrupulatnością odnotowuje w tych czeluściach i otchłaniach każdy odruch dobra. Podnosi go, oświetla i błogosławi, bo będzie on potrzebny już jutro, aby budować nowe życie, które niewątpliwie zaraz się zacznie.

Jak teraz, w nowej już, wyczekanej rzeczywistości ocenić powieść Bocheńskiego? Najpierw oddać jej trzeba tę sprawiedliwość, że do opisania polskiej rzeczywistości nie brakło tu ani talentu, ani odwagi autora, który nie dał się omotać bogoojczyżnianej tonacji i w surowości swego opisu zawarł prawdę o naszej powszedniości, którą nie każdy zawodowy piewca wolności narodowej chce w ogóle dostrzegać. Sprawa druga to jednak symptomy

PORAŻENIA.

Najczęściej syndromem komunizmu, który wciąga autora hipnotyczną siłą - nie jako przedmiot obserwacji i analizy, ale jako zagrożenie, oblepiające całego człowieka. Gdyby był on zrównoważony jakąś dawką pogody życia, powiedzmy, w formie plebejskiej równowagi życiowej, do której tak wielu się w tamtych czasach odwoływało, pewno nie byłby tak groźny i nieustępliwy, Ale autor oddaje mu należne miejsce, nie szuka taniej pociechy i kompensacji.

Jeżeli mam nadzieję, to budowaną na ludzkim porozumieniu. Wprawdzie tak przelotnym, krótkim, nietrwałym, jakie można wiązać w szpitalnej sali, jakie można przywołać we wspomnieniu bodaj, gdzie swoje ciepłe miejsce mają ludzie innych narodów, teraz oddzieleni murem urzędowej niechęci. Nazwałbym to trwałą nieustępliwością i równomiernością nadziei, która jest jedynym remedium na powszechną dolegliwość.

I jeszcze jedna sprawa. Tryb przypuszczający, w jakim autor formułuje swoje sądy o ludziach i świecie, „Powiedzmy, że to tak jest, powiedzmy. Delikatność i dyskrecjonalność literatury. Odwaga, która samą siebie powściąga i ogranicza. Sądy o ludziach pewne, a jednocześnie zawieszone do czasu rozstrzygnięć ostatecznych, które nie są z tego świata. I niechęć do wymierzania doraźnej sprawiedliwości. „Dla cudzych, czyli naszych (grzechów - W.K.) powinienem tylko prosić o miłosierdzie! Tylko z taką intencją wolno mi o nich mówić. Inaczej wyznanie będzie denuncjacją. I uchowaj mnie. Boże od pokusy demaskatorstwa! Niskie, wstrętne. Popisy w literaturze".

W ostateczności to, co Bocheński ma do powiedzenia o ludziach, przechodzi w modlitwę. Nieraz tak piękną, że warto jej fragment zacytować: „Przebacz już wszystkim Ukraińcom i Polakom, Chryste Panie. Już odcierpieli dość. Okaż łaskę tym umęczonym narodom, zmyj z nich krew, zasklep ich rany, zasyp ich pogorzeliska, oświeć Panie te narody, daj im sprawiedliwe sumienie, daj im rozum, przywróć im zdrowie! I przywróć im jeszcze kiedyś te cudowności, które były ich! Na przykład sady owocowe, wody czyste, miód i mleko i trzmiele nad gorącymi łąkami. Zrób ten cud, Panie".

Amen.

WIESŁAW KOT

Wszystkie cytaty za wydaniem ANEKS-u, Londyn 1988.

Krzysztof Majchrowski - Kisielewski, Bocheński, Bartoszewski (fragment większej całości)

„Życie Literackie” (Kraków)

20. 03. 1988 r.

ZAPAŚĆ LITERACKA

W jednym z zeszłorocznych numerów paryskiej „Kultury" (1987) ukazały się, przedrukowane z krajowej prasy „drugiego obiegu" rozpaczliwe skargi na sytuację panującą na rynku wydawniczym książki nielegalnej. Coraz trudniejsza staje się praca „podziemnych kolporterów". Drugoobiegowe książki są bardzo drogie i coraz droższe - drożeją środki techniczne - a podziemnemu wydawcy zależy na solidnym zysku i nakłada duże marże edytorskie. Wydawanie książek w drugim obiegu przestało już być działalnością polityczną, stało się biznesem, który czas jakiś, owszem, rozwijał się dość zachęcająco, a teraz popadł w ekonomiczny kryzys. Ludzie coraz mniej chętnie kupują te książki, straciły one nimb, działalności zakazanej, a równocześnie ich wartość - szczególnie tych z literatury pięknej – jest, co tu dużo mówić, niezmiernie niska. Nie udało się projektowane przed paru laty wyprowadzenie literatury polskiej na emigrację, nie udało się jej wprowadzenie w podziemie.

Jaskrawym przykładem tego kryzysu treści jest powieść Jacka Bocheńskiego zatytułowana „Stan po zapaści”, wydana w 1987. Niewielka, 108 stron jak zawsze w „drugim obiegu" źle czytelnego druku, powieść zaczyna się od bardzo charakterystycznego oświadczenia. Zacytuję je w całości:

„Książka ta jest fikcją literacką. Wszystkie przedstawione tu zdarzenia, instytucje, rozmowy, postacie, nie wyłączając osoby narratora, są tworami fantazji. Nie dotyczy to jedynie wzmiankowanych przygodnie postaci historycznych i publicznych, jak Napoleon. Beck, Bierut, Wałęsa, Lipski itp. Inne nazwiska użyte w powieści nie mają nic wspólnego z osobami, które mogłyby takie nazwiska nosić w rzeczywistości, Także opisywane wypadki, które mogłyby komuś wydać się podobne do epizodów z czyjegokolwiek życia osobistego nie mają związku z żadnymi takimi faktami. Autor".

Tego rodzaju oświadczenia mają już w literaturze współczesnej - polskiej i obcej - ustaloną markę: autor pragnie zwrócić w ten sposób uwagę czytelników, że wszystko, co napisał w powieści, jest całkowitą prawdą zaczerpniętą z rzeczywistości.

.

.

Po lekturze powieści Jacka Bocheńskiego - zgodnie z datą autorskiego „copyright by Jacek Bocheński, Warszawa, 1987" - na przełomie lat 1987 i 1988 musimy jednak skonstatować, że tym razem autor był rzeczywiście szczery: ta mała powieść istotnie niczego wspólnego nie ma z żadną rzeczywistością historyczną. Już kiedyś Jacek Bocheński uprawiał tego rodzaju opowiadania, w których świat przezeń opisywany niewiele miał wspólnego z rzeczywistością, był to świat mocno fikcyjny, realność opisów została zastąpiona woluntarystyczną wizją autora, Jego „Fijołki przynoszą nieszczęście", jego „Zgodnie z prawem” były tak odlegle doświadczeniom i gustom czytelników pierwszych lat pięćdziesiątych, że nawet sam autor w informacji bibliograficznej na okładce swej ostatniej książki starannie o nich zapomina. Przedstawia się natomiast jako pisarz startujący dopiero  w latach sześćdziesiątych i podaje wiadomość, że w latach 1976-1981 objęty był zakazem druku. Czytamy tą informację nieco rozbawieni. Zakaz druku dla Bocheńskiego dlatego, że „był - jak informuje - jednym z redaktorów niezależnego kwartalnika «Zapis»"? A przecież inni redaktorzy „Zapisu" swe książki jednak wtedy wydawali. Chyba nie zakaz lecz po prostu dość słaba aktywność pisarska autora „Zgodnie z prawem", który nader rzadko proponował nowe książki wydawcom. Kiedy bowiem, właśnie w owych latach 1976-1981, taką nową książkę im zaproponował – „Krwawe włoskie specjały” - to zaraz się ona ukazała i to w... stanie wojennym, w 1982, więc już wcześniej musiała być przygotowywana u edytora. Tak robi się legendy!

Po prostu Jacek Bocheński nigdy nie był twórcą zbyt płodnym. Nie był również specjalnie szeroko czytany. Może najbardziej popularny był jeszcze w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych jako autor... socrealistyczny - i dlatego zapewne dzisiaj chętnie sam o swojej literackiej przeszłości zapomina.

Jako pisarz największe budził zainteresowanie - pamiętamy - wówczas, gdy sięgał po tematy ze starożytności, gdy pisał powieści o Cezarze i o Owidiuszu Wtedy nie opatrywał ich żadnymi zastrzeżeniami dotyczącymi autentyczności opisywanych postaci i wydarzeń nikt go z tego nie rozliczał. Bocheński lepiej się czuje jako autor w czasach odległych o tysiąclecia niż wtedy, gdy musi się zmagać z otaczającą go rzeczywistością. Mało z niej pojmując musi bowiem fantazjować. Raz będą to bajki w stylu socrealistycznym, raz - obecnie - w stylu post solidarnościowego horroru politycznego.

Pod tym względem Marek Nowakowski był szybszy i sprawniejszy. Swoje fantastyczne obrazki ze stanu wojennego pisał i wydawał błyskawicznie - w połowie 1982 była jeszcze pewna ilość czytelników w kraju, a szczególnie za granicą, która chciała wierzyć w koszmarny horror „stanu wojennego” w terror straszliwych władz bezpieczeństwa. Pod koniec 1987 już nikt - nawet najbardziej Polsce Ludowej nieprzychylni zagraniczni politycy - ani nie wierzy w straszne okrucieństwo „stanu wojennego", ani w to, że ten „stan wojenny” był jakąkolwiek państwową i społeczną „zapaścią". Wiedzą to już dobrze, że był on najlepszym i najłagodniejszym ratunkiem przed tą prawdziwą zapaścią, chaosem, dramatem domowym, który nam groził w grudniu 1981. Dziś już wszyscy wiedzą dość wyraźnie - a paryska „Kultura” wydrukowała, na ten temat dziesiątki artykułów, z artykułami i książkami Kisielewskiego na czele - jak bardzo nierozumnymi byli polityczni szefowie b. „Solidarności” i czym krajowi naszemu wtedy ich działania groziły Jacek Bocheński za swoją książką spóźnił się jako literat i propagandysta horroru o dobrych sześć lat. Zawsze był i jest na bakier z rzeczywistością! Cezar i Owidiusz są dlań bohaterami poręczniejszymi, a Afryka czy Italia krainami, które - przynajmniej w jego mniemaniu - rozumie lepiej. Z Polską miał i ma niezmiennie kłopoty.

Fabuła powieści „Stan po zapaści" jest wątła i prosta. Narrator - człowiek piszący i działacz b. „Solidarności” - zostaje przez swą rodzinę i przyjaciół umieszczony w szpitalu, aby w ten sposób mógł się ukryć przed represjami władz bezpieczeństwa, jest już bowiem stan wojenny. Symulując stan ciężki - w czym dyskretnie pomagają mu lekarze - narrator odbiera szpitalne wrażenia: strumień zalewających go rozmów, gadań, szumów. Szpital jest fatalnie przeładowany. Chorzy gadają jeden przez drugiego. Z chaotycznej całości tej gadaniny, rejestrowanej przez narratora, czasem pustej i nijakiej, czasem bardzo plotkarskiej i politycznej, wyłania się horrorystyczna karykatura rządów milicji i SB. Ta wielka gadanina - tak to wypada określić - zajmuje cztery piąte powieści. Fabuła jest nikła. Psychologia bohaterów żadna (jaką sylwetkę człowieka można naszkicować stosując metodę „szumu” językowego?) Wartość poznawcza powieści - plotkarska. Dopiero ostatnich dwadzieścia stron - nagle kończąc z „szumem" – staje się bardzo propagandową i jasną politycznie wykładnią stanowiska politycznego autora, sprowadzającego się do konkluzji, że w Polsce Ludowej cały system jest straszny i służy gubieniu ludzi. I tylko „Solidarność” była ratunkiem. Koniec kropka. Kiedyś Polska Ludowa działała w pisarstwie Jacka Bocheńskiego „zgodnie z prawem", teraz jest w zgoła bezprawnym beznadziejnym stanie po zapaści a więc przed... końcem.

Jak na literaturę z ambicjami - raczej skromnie Trudno się potem dziwić, że wydawcy i kolporterzy książek „drugiego obiegu” mają kłopoty. Wydawcy z pierwszego obiegu niewiele stracili, że Jacek Bocheński nie oferował im swojej najnowszej powieści.

KRZYSZTOF MAJCHROWSKI

Krzysztof Majchrowski (1929-2000) - wysoki funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa w PRL. Według Wikipedii: „generał brygady Milicji Obywatelskiej, dyrektor Departamentu Ochrony Konstytucyjnego Porządku Państwa MSW 1989-1990, dyrektor Departamentu III MSW w 1987, zastępca dyrektora Departamentu III MSW 1985-1986 (…) funkcjonariusz MBP od 1952. Przez kilkadziesiąt lat był głównym specjalistą od rozpracowania środowiska literackiego i opozycji z nim związanej. Osobiście prowadził kilku agentów".

Autor zamieszczonego w „Życiu Literackim” z dnia 20 marca 1988 r. artykułu pt. „Kisielewski, Bocheński, Bartoszewski”, będącego w części środkowej omówieniem „Stanu po zapaści”.