© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
poniedziałek, 08 czerwca 2009
2009 - Wznowienie książki "Nazo poeta" (drugiego tomu trylogii rzymskiej)

"Nazo Poeta" - "Świat Książki", Warszawa 2009, ISBN 978-83-247-1610-4

*   *   *

Poprzednie wydania: Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1969, 1974, 1999.

Okładka pierwszego wydania książki

Stanisław Barańczak - "Oczy Lizawiety Prokofiewny" (1)

Podejmuję próbę opisania w jednym szkicu pięciu książek, których na pozór nic z sobą nie łączy. Jacka Bocheńskiego „Nazo Poeta"; Artura Międzyrzeckiego „Złota Papuga"; Mirona Białoszewskiego „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego"; Witolda Wirpszy „Wagary”, Leopolda Buczkowskiego „Uroda na czasie”: trudno byłoby zostawić towarzystwo bardziej niedobrane. Przynajmniej w kwestiach powieściowej poetyki. Na dobrą sprawo nawet przynależność do gatunku powieściowego nie daje się przyjąć jako podstawowa cecha wspólna tych książek: wyrozumiali krytycy przeszwarcują, być może, przez pilnie strzeżoną granicę gatunku utwory takie, jak balansujący na krawędzi eseju historycznego „Nazo Poeta” czy niby-autentyk Białoszewskiego, ale ,,Uroda na czasie"? O nie! Co więc pozwala wymieniać te pięć tytułów jednym tchem?

.

No cóż, przede wszystkim jedno: rok wydania. Wszystkie ukazały się w roku 1970 (Książka Bocheńskiego oddana została do druku w roku 1969, ale do rąk czytelników dostała się już w 1970). Rzecz jasna: rok wydania to kryterium raczej wątłe i zwłaszcza dzisiaj nie pozwalające na historycznoliterackie uogólnienia. Wiadomo, że w naszych warunkach wydawniczych ukazanie się dzieła w tym a tym roku jest kwestią przypadku i pomyślnego (lub niepomyślnego) zbiegu zewnętrznych okoliczności. Toteż mówiąc o jednakowej dacie w stopce każdej z pięciu książek, mam na myśli problem inny. Pod koniec roku 1970, jak co roku zresztą, rozmaite pisma ogłaszały ustalone przez siebie listy najlepszych w owym roku książek lub rozpisywały w tym celu ankiety wśród krytyków. Otóż dla mnie osobiście było rzeczą głęboko pouczającą śledzenie, jak mój prywatny gust zdumiewająco rozmija się z wyrażanymi przez owe pisma opiniami: z pięciu wymienionych książek, z których każdą przy zachowaniu całej ostrożności zaliczyłbym co najmniej do rzędu wybitnych wydarzeń w prozie polskiej roku ubiegłego (oczywiście w rzędzie wydarzeń należałoby postawić również parę innych tytułów, przede wszystkim opublikowane w roku 1970 powieści Parnickiego), na listach „najlepszych" i w odpowiedziach ankietowych nie znalazła się ani jedna. Przepraszam, jedna tylko: „Pamiętnik" Białoszewskiego. Ale jest to wyjątek potwierdzający regułę; gdyż książka ta premiowana była tego rodzaju wyróżnieniami nie z uwagi na to, co jest w niej nowatorskie i jej tylko właściwe, ale z uwagi po prostu na temat.

Byłaby to więc pierwsza cecha, która pozwala mówić wspólnie o owych pięciu książkach: przez uosobioną w krytykach i redakcjach opinię publiczną nie zostały one uznane za „wydarzenia" (przynajmniej  wydarzenia literackie). Sprawa wygląda o tyle interesująco, że recenzje pisane tuż po ukazaniu się książek były na ogół pozytywne, w paru wypadkach nawet entuzjastyczne (wyłączam w tej chwili „Urodę na czasie”, gdyż rzecz ta ukazała się stosunkowo najpóźniej: w chwili, gdy piszę te słowa, głowią się zapewne nad nią zgnębieni recenzenci...). Widocznie jednak nie wystarczy dobre przyjęcie książki przez paru zwolenników, aby stała się „wydarzeniem" w oczach szerszej opinii. Trzeba czegoś więcej. Książka pisana po to, aby być „wydarzeniem" (bo są takie, podobnie, jak istnieją filmy robione „na festiwal"), musi precyzyjnie oscylować między nowością a konwencją, musi być w tej samej mierze łatwa do przełknięcia i strawienia, co zwracająca uwagę odmiennością od powszedniej literackiej szarzyzny. Inaczej mówiąc, musi wybijać się ponad przeciętność, ale czynić to w taki sposób, aby właśnie przeciętny odbiorca był w stanie ten fakt docenić.

Tymczasem pięć książek, o których tu mowa, spełnia jedynie pierwszy z wymienionych warunków. Są to utwory z pewnością wybijające się ponad przeciętność, nie tylko pod względem literackiego poziomu, ale przede wszystkim w sensie nowatorstwa, wykroczenia poza konwencje „normalnej", tradycyjnej prozy „realistycznej", która wciąż jeszcze pozostaje dla polskiej powieści współczesnej zasadniczą instancją odniesienia (i zresztą, wbrew pozorom, najczęściej obieranym przez pisarza wzorcem). We wszystkich pięciu wypadkach jednak zjawisko wykroczenia poza te konwencje realizuje się w sposób, którego rozumienie i właściwa ocena przerasta możliwości interpretacyjne i aparat wartościowania przeciętnego recenzenta-sprawozdawcy - jednego z tych, dla których wciąż jeszcze podstawowym zabiegiem analitycznym pozostaje streszczenie utworu. Tutaj bowiem ani streszczenie, ani wydobycie z książki jej rzekomej „problematyki" (drugi podstawowy zabieg) nie na wiele się przydadzą. Dlaczego? Powodów jest sporo. Przede wszystkim: niektóre z wymienionych książek (choć nie wszystkie) rezygnują z pewnych podstawowych elementów kompozycji powieściowej, które w powieści tradycyjnej organizują jej materiał w łatwo rozpoznawalne zespoły znaczeń. Wskutek tej świadomej rezygnacji utwór w krańcowych przypadkach zbliża się ku granicy nieczytelności. Myślę tu przede wszystkim o „Urodzie na czasie" Buczkowskiego, książce, która odrzuca niemalże wszystko: fabułę, narratora, bohaterów, czas powieściowy... (jeśli te czynniki organizacji dają tu znać o sobie na przestrzeni krótkich odcinków tekstu, to w stopniu niewystarczającym, aby można je było uznać za kluczowe dla kompozycji całości).

.

Ale przecież nie każda z naszych pięciu książek posuwa się do takich skrajności, jak „Uroda na czasie", Pod względem „czytelności" w tradycyjnym rozumieniu tego słowa taka np. książka Bocheńskiego stoi wręcz na przeciwnym biegunie: jest klarowna, precyzyjnie skomponowana, ma swoich bohaterów, narratora (i to o bardzo wyraziście zarysowanej sylwetce), intrygującą fabułę... Szukajmy więc dalej. Musi znaleźć się coś, co pod pewnym względem upodabnia te książki do siebie i jest powodem ich jednakowego przyjęcia, a zarazem dałoby się określić jako wspólny klucz interpretacyjny do ich - tak różnych przecież - poetyk.

Otóż wydaje mi się, że nie sposób czytać ze zrozumieniem żadnego z interesujących nas tu utworów, jeśli nie weźmie się pod uwagę, że wszystkie one mówią nam o rzeczywistości nie „własnymi- słowami", lecz za pośrednictwem - żeby użyć znanego pojęcia Bachtina - „cudzego słowa". Mówiąc ściślej, każdy z tych utworów ma, jako całościowa wypowiedź, charakter  s t y l i z a c j i:  aby zakomunikować nam pewne fakty i sądy, posługuje się środkami stylistycznymi i kompozycyjnymi nawiązującymi wyraźnie do pewnej ustabilizowanej, łatwo rozpoznawalnej i powszechnie znanej konwencjonalnej formy wypowiedzi (zarówno literackiej, jak i „użytkowej"). Powiedzmy od razu: „Nazo Poeta" to stylizacja na monolog k o n f e r a n s j e r s k i;  „Złota Papuga" to stylizacja na  h a g i o g r a f i ę;  utwór Białoszewskiego, jak to za chwilę postaram się opisać dokładniej, odwołuje się jednocześnie do konwencji  p a m i ę t n i k a  i  d z i e n n i k a;  „Wagary" nawiązują do wzorca  p o w i e ś c i  k r y m i n a l n e j;  wreszcie „Uroda na czasie" jest stylizacją na tzw.  „r o z m ó w k i"  obcojęzyczne. Wymieniam tu wzorce stylizacyjne, które w danych utworach dominują; wewnątrz nich jak gdyby pojawiają się dodatkowe wzorce podrzędne, o czym za moment powiem ze szczegółami.

Tymczasem jednak — po kolei.

Stanisław Barańczak - "Oczy Lizawiety Prokofiewny" (2)

*   *   *

„Nazo Poeta" z pozoru stanowi jedynie jeden z wielu okazów zbeletryzowanej biografii znanej postaci historycznej. Ale tylko z pozoru. Podobnie jak w wypadku wcześniejszego „Boskiego Juliusza", tak i tu naczelnym dążeniem Bocheńskiego była tendencja do skonfrontowania i skontrastowania losów starożytnego bohatera z naszym, współczesnym widzeniem jego postaci i jego czasów. Obie te książki oddalone są od modelu tradycyjnej powieści głównie przez niefikcjonalny charakter opowiadanych zdarzeń (choć nie są również całkowicie wyprane z fikcji: niektóre wydarzenia są wyłącznie domysłem narratora); natomiast zbliżają się do owego modelu dzięki wyraźnie ujawnionej postaci narratora, który w dodatku nie jest tożsamy z autorem. Właśnie ów narrator — jego specyficzny punkt widzenia, jego język, jego profesja nawet - jest w książce wyrazicielem współczesnej, dwudziestowiecznej „optyki" losów antycznego bohatera. W „Boskim Juliuszu" o życiu starożytnego dyktatora opowiada współczesny historyk-archiwista. W „Nazo Poecie" o życiu starożytnego artysty może opowiadać jedynie ktoś, kto współcześnie zajmuje się profesjonalnym pośredniczeniem w wymianie informacji między artystą a publicznością: konferansjer. Czy raczej „prezenter", żeby użyć nazwy bardziej à la mode i w tym wypadku nieco trafniejszej.

Wprowadzenie tego właśnie narratora miało dla powieści dwie zasadnicze konsekwencje. Pierwszą jest stylizacja: mowa narratora musi pozorować charakter „cudzego słowa", musi przyjąć określony zespół reguł stylistycznych, w tym wypadku - kanon stylistyczny wypowiedzi „prezenterskiej". Narrator stara się więc zachowywać stosowną „lekkość" stylu, podtrzymuje kontakt z publicznością (do której zwraca się oczywiście per „proszę państwa"), przetyka swoją narrację anegdotami i frywolnymi bądź sensacyjnymi dygresjami, umiejętnie podniesionym głosem pointuje zapowiedzi wejścia na scenę (na estradę, chciałoby się powiedzieć) bohaterów. Konsekwencją drugą jest fakt, że „cudze słowo", jakim posługuje się narrator, jest czynnikiem, który w naszych oczach przekształca postać głównego bohatera, Owidiusza. Tradycyjna sylwetka starożytnego poety przeradza się niepostrzeżenie w dwudziestowiecznego artystę-gwiazdora. I nie ma w tym zresztą jakiegoś szczególnego nadużycia. Gwiazdorstwo to nie tylko sława artystyczna; gwiazdorstwo wymaga również atmosfery skandalu i zagadki. Współczesna gwiazda estrady, ekranu czy stadionu interesuje masową publiczność nie tyle jako człowiek w swojej dziedzinie wybitny, ile jako apostoł życia i użycia, realizujący na oczach żądnych sensacji dziennikarzy i „prezenterów" ideał „życia intensywnego", „pełnego". Trudno sobie wyobrazić lepszy od Owidiusza prawzór tak rozumianego „gwiazdorstwa". Udziałem autora „Przemian" było i błyskawiczne zdobycie popularności, i sława, i erotyczne sukcesy będące tajemnicą publiczną, i owa otaczająca go od początku atmosfera skandalu, l na koniec najważniejsze: pobudzająca domysły publiczności tajemniczość i niejasność przyczyn, dla których popadł w niełaskę i został wygnany.

.

Ten przełomowy moment w życiu poety wywiera swój wpływ także i na narrację. Konferansjer to człowiek, którego każda wypowiedź jest w pewnym sensie pleonazmem, gdyż powtarza informacje doskonale znane publiczności; ta ostatnia lubi bowiem, gdy ją umacniać w jej wiedzy i przekonaniach. Ale przecież równie silnie lubi coś całkiem przeciwstawnego: wszystko, co tajemnicą i zagadką pobudza jej ciekawość. Skoro więc bohater z gwiazdy stojącej u szczytu popularności zmienia się w gwiazdę upadłą, również i narrator zmienia skórę, modyfikuje - nieznacznie, ale znamiennie - styl swojej wypowiedzi: jest odtąd nie tyle konferansjerem, co raczej - powiedzmy - dziennikarzem sensacyjnej popołudniówki zbierającym materiały do reportażu o sensacyjnej aferze kryminalnej (zresztą kryminalnej a rebours, bo poszukiwany jest nie sprawca, lecz zbrodnia). Wszelkie proteuszowe zmiany stylu nie pozwalają jednak narratorowi nadążyć za gwałtownym, wahającym się od skrajności do skrajności rozwojem biografii i psychiki bohatera. Ani „oblatany" konferansjer, ani wścibski i dociekliwy reporter - skazani na pozostawanie w granicach swojego skonwencjonalizowanego języka - nie potrafią zdać sobie i nam sprawy, że to właśnie pojmowanie życia jako bezustannej zmiany i dialektycznego ruchu było ową tajemniczą obrazą majestatu, za którą Owidiusz został wygnany. Fakty mówią więcej niż komentarz do nich; stylizacja zostaje użyta po to tylko, aby wykazać swoją ułomność i nieprzydatność. [...]

Stanisław Barańczak - "Oczy Lizawiety Prokofiewny" (3)

*   *   *

[...] Zauważmy: każda z tych pięciu książek byłaby z pozoru łatwym łupem dla rozjątrzonego krytyka, żądającego od literatury „związku z rzeczywistością współczesną" i „poruszania aktualnych problemów". Bocheński: wiadomo, starożytność. Międzyrzecki: świat będący wprawdzie karykaturą pewnych zjawisk współczesnej kultury, ale świadomie osadzony w abstrakcyjnej i umownej przestrzeni geograficznej. Białoszewski: wspomnienia wojenne. Wirpsza: rzeczywistość niemal całkowicie abstrakcyjna, dziejąca się właściwie bardziej w języku niż w planie realnych wydarzeń. Buczkowski: szkoda słów. A jednak - a jednak śmiem twierdzić, że o współczesności, o dzisiejszym człowieku i aktualnym stanie jego świadomości książki te, każda z osobna, mówią więcej, niż wszystkie razem wzięte tuzinkowe powieści z założenia bardzo aktualne, współczesne i „realistyczne". Spójrzmy bowiem raz jeszcze na nasze pięć książek, ale tym razem z punktu widzenia czytelnika bardziej wnikliwego i w większym stopniu wyzbytego uprzedzeń i myślowych nawyków. Bocheński: ulokowany w starożytności, owszem, ale przecież zawsze aktualny problem artysty objawiającego światu wieczną przemienność rzeczy. Międzyrzecki: osadzony wszędzie i nigdzie, ale przecież powszechny we współczesnym świecie problem braku transcendentnego punktu oparcia dla jednostki. Białoszewski: dotyczący wydarzeń sprzed ćwierci wieku, ale przecież dający się odnaleźć w każdych okolicznościach historycznych problem wojny jako kataklizmu odwracającego wszelkie wartości i uniemożliwiającego zachowanie dystansu. Wirpsza: z pozoru abstrakcyjny, ale przecież dający dziś bezustannie znać o sobie problem rygoru i anarchii jako biegu nowych form istnienia społeczeństwa. Buczkowski wreszcie: niemal niewidoczny poza szeregiem „kilku tysięcy luźnych zdań", ale przecież dojmujący zwłaszcza dla pisarza dzisiejszej epoki problem niepowtarzalności i jednostkowości ludzkiego losu.

Wszystkie nasze „ale przecież" - wskazujące, że problemy pozornie niewspółczesne okazują się w istocie uniwersalne, a przez to i aktualne - są konsekwencją dostrzeżenia w tych książkach jednego podstawowego zabiegu artystycznego: stylizacji, czy w ogóle odwołań do istniejącego już stylu, konwencji czy spetryfikowanego gatunku. Możemy już w tej chwili powiedzieć, że są to w każdym z pięciu wypadków odwołania polemiczne, kwestionujące przydatność tego „cudzego słowa", którym się posługują, walczące z nim jego własną bronią. Walka ta ma jednak dość swoisty przebieg. Nie polega bowiem (chyba że w pewnych tylko segmentach tekstu, jak zwłaszcza u Bocheńskiego i Międzyrzeckiego) na parodii, na takim karykaturalnym nasileniu określonych cech stylistycznych, które rodzi śmieszność. Parodia byłaby chwytem zbyt łatwym. Tutaj chodzi raczej o całościowe przeciwstawienie pewnego stanu rzeczywistości i pewnego sposobu mówienia o niej; przeciwstawienie, które byłoby jednocześnie krytyką owej rzeczywistości i owego sposobu mówienia. Problemy szczegółowe każdej z książek - te, które wyżej starałem się wyodrębnić - pojawiają się więc jak gdyby na styku tych dwóch systemów: krystalizują się mianowicie w określonej koncepcji narratora, jednocześnie uczestnika przedstawianej rzeczywistości i użytkownika kompromitowanego stylu czy konwencji.

Zmierzam ku zakończeniu, które wyjaśniłoby wreszcie nieco być może tajemniczy tytuł tego szkicu. Wnioskiem dotychczasowych moich wywodów może być tylko jedno: literatura musi zdawać sobie sprawę z czasu, w jakim egzystuje. Nie chodzi mi o pogoń za ulotnymi modami; idzie mi o to, że nie sposób mówić o epoce językiem o jedną co najmniej epokę spóźnionym w rozwoju. Konwencjonalna proza „realistyczna", która wciąż jeszcze króluje w naszej literaturze, nie jest w stanie mówić nam prawdy o współczesności: nie jest w stanie nawet przy odwoływaniu się do najbardziej aktualnej tematyki. Tylko bowiem taka literatura, która potrafi własnymi, wewnętrznymi środkamibronić się przed kostnieniem i konwencjonalizacją, zdolna jest do nadążania za błyskawicznie rozwijającym się światem współczesnym. W tej sytuacji można chyba pozwolić sobie na następujące porównanie: konwencjonalna proza „realistyczna" przypomina ową generałową Lizawietę Prokofiewnę Jepanczyn z „Idioty" Dostojewskiego, która w młodości „przez prostą słabostkę uwierzyła, że jej spojrzenie jest nader fascynujące" i odtąd, starając się ten fakt uwydatnić, okropnie wybałuszała oczy. Podobnie i spojrzenie tradycyjnej prozy od dawna już przestało - mimo jej wysiłków w tym kierunku – kogokolwiek naprawdę olśniewać; choć nadal nie brak komplemenciarzy, którzy jej to wmawiają.

STANISŁAW BARAŃCZAK

luty 1971

Helena Zaworska - "Boski Nazo" (1)

„Twórczość” nr 1 (294) / styczeń 1970 r.

Augusta wiek, tak zwany złotym, promienieje,
Wszelki pracownik pióra iści swe nadzieje.
Jakkolwiek do dziś jeszcze nie znamy przyczyny,
Dla której Owid smętne nawiedził równiny,
Bez zielonego lauru, lecz w burce tułackiej,
Ani gdzie zmarł ów pierwszy poeta sarmackl.

(C.K. Norwid: Rzecz o wolności słowa)

1.

Gdy po raz pierwszy czytał publicznie swe wiersze, miał osiemnaście lat. Był dzieckiem szczęścia. Urodził się w Arkadii - bo tym przecież był dla niego Sulmont, urocze miasteczko u stóp Apeninów, sam środek Italii, urodzajny i zdrowy. Rodzina posiadała stare, dobre tradycje i duże pieniądze. W kraju panował wprawdzie zamęt, toczyły się domowe walki, ale nim nasz wybraniec bogów dorósł, zapanował długotrwały pokój. Gdy wyruszył na studia do Rzymu, okazało się, że prosto z Arkadii trafił w „złoty wiek". Powitało go miasto wytworne, eleganckie, błyszczące urbanistyczną urodą nowo odbudowanych świątyń oraz wdziękiem kobiet, którym cywilizacja rzymska dała godną oprawę. Studia w szkole retorycznej uczyły go giętkości myśli i błyskotliwości wymowy, a była to nauka pożyteczna, bo bliska stylowi życia. Styl myślenia - styl życia - styl sztuki - Nazo chwytał, że ta wielość jest jednością i słusznie go to zachwycało. Styl był nim, on był stylem. Życie i twórczość rozpoczął w błogosławionej symbiozie z epoką. Gdy delikatny, zmysłowy, elegancki chłopiec stanął przed rzymską publicznością, wszyscy zrozumieli: „złoty wiek" to właśnie on, nie znający wojny, nie służący w wojsku, wykształcony, wrażliwy, ze smakiem i znawstwem delektujący się życiem i sztuką. On i jego poezja tętniąca rytmem ich własnego bytu.

Podbił Rzym bez trudu, prawie od niechcenia. Stał się modny, czytywany, jego Amores tańczono i śpiewano w teatrach. Wkrótce wyszedł poza ścisły krąg wykwintnego towarzystwa, poza obszar willi coraz nowocześniejszych i coraz bardziej wyrafinowanie urządzanych. Przemieniał się w gwiazdora ówczesnej kultury wielkomiejskiej. Utrafił bowiem w sedno: nadał kształt życiu, które istniało już powszechnie, ale jeszcze nie miało formy, samoświadomości, doskonałego wzoru. W utworach Owidiusza nie istniał Rzym abstrakcyjny, przywalony ciężarem przeszłości, zwrócony w nieokreśloną przyszłość, Rzym wykoncypowany przez reformatorów i władców. Nazo pisał o Rzymie teraźniejszym i autentycznym, od jego sztuki padał wspaniały blask na codzienną rzeczywistość. Był uwielbiany, ponieważ sam uwielbiał to miasto i jego sposób życia. Pragnął sposób ten doprowadzić do perfekcji, osiągnąć w nim maksimum możliwości, pomnożyć go o niewyczerpaną liczbę różnych wersji, odmian, kombinacji. Uświadamiał współczesnym właśnie to, że ich życie jest stylem i że styl ten można doskonalić. Stał się wzorem, bowiem prezentował w swej sztuce optymalne możliwości osobowe każdego wrażliwego człowieka, wpisanego w krąg ówczesnej cywilizacji i kultury. Chciał być mistrzem i w istocie, miał wielu uczniów, nie tylko w posługiwaniu się udoskonalonym dystychem elegijnym. Uczył umiejętności bycia sobą, sztuki miłości i miłości sztuki.

Minęło blisko dwa tysiące lat i oto ów ulubieniec Muz i rzymskiej publiczności, uwielbiany poeta, boski Nazo, mistrz stylu swojej epoki - zostaje przywołany w książce współczesnego nam pisarza. Zauważmy - jak przywołany. W zgodzie ze swoim własnym stylem. W zgodzie z naszym stylem. To niemożliwe? Bocheński udowodnił, że zupełnie możliwe. Wybrał dla siebie rolę konferansjera. Owidiuszowi pozostawił rolę, jaką ów posiadał: wschodzącej gwiazdy nowego stylu życia, myślenia, odczuwania. Obok rzymskiej publiczności usadowił nas. Zaaranżowane przez Bocheńskiego widowisko dzieje się jednocześnie w starożytnym Rzymie i w dwudziestowiecznym mieście. To nasza świadomość i nasze potrzeby kreują tamto miasto, tamtego poetę. Przywołany poeta powtarza na każde żądanie swój repertuar, jeszcze raz rozbrzmiewa rytm jego pentametru, padają słowa. Wiemy, że mieszkańcy Rzymu byli zachwyceni. Ale co słyszymy my? Czy jesteśmy w stanie odebrać to nierówne, niespokojne, pożądliwe tętnienie, które było pulsem jego młodości i jego epoki? Może jesteśmy na nie głusi? A może to właśnie ono trwa, całkowicie odmienione trwa w nierównym, niespokojnym, pożądliwym rytmie naszego czasu? Bocheński wielokrotnie, z naciskiem przypomina: czas jest dany, styl jest dany. Tam - rzymska publiczność w swoich teatrach, witająca z ulgą nie muzę patetyczną, uroczyście obywatelską, pełną imperialnej dostojności, lecz muzę lekką, ceniącą swobodę, zabawę, używanie życia. Tu - my z naszym upodobaniem do takiejż muzy, do rozrywki, do intensyfikacji uroków codzienności. Oczywiście, poza tym - same różnice, we wszystkim, w sytuacji, obyczajowości, sztuce, modzie. Konferansjer, wciąż to podkreślając, przywołuje gwiazdora. Epoka bez gwiazdora obyć się nie może. Która epoka? Każda.

Helena Zaworska - "Boski Nazo" (2)

Nazo był gwiazdą, ponieważ „styl wymaga OSOBY", wcielenia, konkretnego wzoru, a żył w kulturze dojrzałej, świadomej potrzeby stylu. Po dwóch tysiącach lat wraca właśnie w takiej roli, ponieważ zostaje wprowadzony do epoki, która stwarza nieustające, powszechne zapotrzebowanie na gwiazdy prezentujące idealny wzór wielkomiejskiego życia. To nic, że są to inne miasta, inne cywilizacje. Bocheński czuje się zmuszony do wielokrotnego zacierania różnicy między czasem przeszłym i teraźniejszym: „W tych kwitnących latach pokoju, gdy wojny toczą się co najwyżej na peryferiach i dotyczą nas tylko pośrednio, w tych świetnych - powiadam - latach odprężenia i postępu seks owładnął wyobraźnią ludzką i wszystko stało się pełne seksu: obyczaje, sztuka, handel, nawet polityka. Proszę tylko przejść ulicami wielkiego miasta, wstąpić do teatru, na wyścigi konne, nie mówiąc o świątyniach, wszędzie spotyka państwa zachęta, podnieta, wyzywające drażnienie.

Przepraszam, zdaje się, że ktoś chciał zadać jakieś pytanie. Jakie miasto mam na myśli? Jeśli idzie o świątynie, przyszedł mi do głowy Rzym. [...] Gdyby to państwa ciekawiło, wrócimy do tematu innym razem. Teraz dorzucę tylko, że kwestia, jakie miasto mam na myśli, jest mało istotna."

Konferansjer nie może być sztywny i drobiazgowy, nie jest przecież uczonym dążącym do ścisłości ani archiwistą, którym był niegdyś. Wtedy ustalał fakty, szperał, porównywał, rozdzielał prawdę od zmyślenia, przypuszczenia od pewności. Jego ówczesny bohater, boski Juliusz Cezar, wymagał, być może, takiego traktowania. Był mężem stanu, dowódcą wojsk, ojcem ojczyzny, a przydomek „boski" był tytułem urzędowym. Nie nadawał się na gwiazdora, ani wtedy, ani dzisiaj, wymagał nie konferansjera, lecz - wówczas: hagiografa, dziś - badacza, interpretatora. Nazo był po prostu boski, czynił go takim nie urząd, lecz jego życie, sztuka i publiczność. Nazo wymagał i wymaga opieki, zrozumienia, reklamy, efektownego „podania". Konferansjer był i jest mu potrzebny. A więc Bocheński wie co robi, aranżując nasze spotkanie z Owidiuszem w konwencji widowiskowej.

Jeśli udaje się nam zobaczyć w autorze Amores gwiazdora, realizującego w sztuce erotyczny i uczuciowy styl swojej epoki, jeśli tak chętnie odbieramy rytm, obraz, sens jego poezji - to dlatego, że żyjemy, jak on, w czasach, gdy „seks owładnął wyobraźnią ludzką", że odczuwamy podobną potrzebę włączenia go w ramy kulturowe, potrzebę świadomej stylizacji, wyboru wartości, zachowań, kanonów. Człowiek, który dwa tysiące lat temu rozumiał, że erotyzm, jeśli nie ma być prymitywny i nudny, wymaga nie byle jakiego artyzmu życia, wiedzy, wyobraźni, swobody, oprawy, sztuki - ten człowiek może, naturalnie, liczyć na nasze zainteresowanie. Dwudziestowieczna kultura potrzebuje takich ludzi i szuka ioh nieustannie. Owidiusz oglądany naszymi oczami jest jednocześnie gwiazdą rzymskich teatrów i dzisiejszego kabaretu, kina, music-hallu. To nic, że zmieniły się obyczaje, sceneria i środki przekazu. Mimo wszystko - wyczuwamy podobieństwa. W takich formach: lekkich, rozrywkowych, masowych objawił Nazo swoim współczesnym urodę i sens życia człowieka, wierzącego, że nastały już wreszcie czasy, gdy nie tylko jednostka służy .epoce, ale także epoka - jednostce. W takiej też konwencji: płochej, urokliwej i niezbyt serio — najłatwiej, być może, przyjąć nam dziś tego poetę, którego nasz konferansjer nazywa wspaniałym „iluzjonistą". Wiemy już, że Nazo się łudził, ale jak pięknie!

2.

Zapłacił za swoje złudzenia najwyższą cenę. Cezar Oktawian August, boski z racji władzy i urzędu, zainteresował się, niestety, poetą Publiuszem Owidiuszem Nazo, boskim „królem życia", który zachowywał się tak, jakby imperium rzymskie stworzone zostało dla jego wygody, fantazji i sztuki. Nie on jeden, oczywiście, zachowywał się w taki właśnie sposób, Oktawian wiedział o tym doskonale, ale to on posunął się do tego, by ów nowy styl rzymskiego życia ogłosić wystarczającym celem i ideałem, by wznieść mu pomnik w sztuce. Jaki Rzym opiewał Nazo? Rzeczywisty? Możliwe, ale tym gorzej dla rzeczywistości, nie był to bowiem Rzym z koncepcji rządzącego nim Cezara, Cezar nie znosił miasta, które stworzone zostało przez dzieło jego życia: „Pax Augusta":

„Niepokoiła go leniwa senność olbrzymiego państwa, którym rządził. Wygodnictwo panów świata! Obchodziły ich tylko uczty, kobiety i wille nadmorskie. Żeby fale otaczały dom ze wszystkich stron i biły o groble! Największa ambicja potomków Romulusa. Och, zabrać im sprzed nosa te stoły z ptasimi wątróbkami, przegnać tancerki i rozwalić wille! A czy nie mogliby na przykład chodzić w togach? Przynajmniej po Forum? Jak oni się ubierają, cóż za mieszanina strojów! To mają być Rzymianie?"

Można było stworzyć imperium, ale jak według staroświeckiego wzoru stworzyć Rzymian, urobionych przez nowe warunki? To Cezar zmienił warunki, ale nie zmienił upodobania do staroświeckich wzorów: w obyczajowości, w sposobie życia i w sztuce. Jego dom na Palatynie urządzony był z prostotą godną starego wojskowego, a żona Liwia przędła wełnę wytrwale i demonstracyjnie. Liwia przędła, August wydawał ustawy potępiające bezżenność i bezdzietność, regulujące życie rodzinne i intymne obywateli, a ono toczyło się obok tych faktów z prawdziwą bezceremonialnością. Nawet rodzina samego władcy nie dała się utrzymać, Liwia 'przędła, ale córka Julia i wnuczka Julia - żyły po swojemu, swobodnie, rozwiąźle, z niebezpieczną fantazją, żyły jak cały Rzym. A w końcu znalazł się ktoś taki, jak Nazo, kto od niechcenia oddawszy cezarowi co cesarskie sławił .przede wszystkim to życie bujne, wygodne, słodkie i wyrafinowane, niebaczne na stare tradycje i na obowiązki wobec przyszłości. Ktoś, kto żył w zgodzie z rzeczywistością, kto mógł pozwolić sobie na odkrycie, że zasadą świata jest nieustanna przemienność, metamorfozy, przechodzenie jednych form w inne, że prawda najczęściej nie bywa jednolita, ale dwoista, że wszystko zawiera w sobie swoje zaprzeczenie. Oktawian, nawet gdyby to wszystko doskonale wiedział i rozumiał, nie mógł wedle tej mądrości kierować ani swoim życiem, ani losem imperium! To Cezar był zamknięty w pułapkach, które sam zastawiał, był nieustannie ograniczany sytuacjami i obowiązkami, to on musiał się niekiedy czuć paradoksalnie więźniem stworzonej i utrzymywanej przez siebie instytucji, podczas gdy jego podwładni myśleli wyłącznie o rozszerzaniu swojej wolności. Jego boski przydomek wydawał się niemal kpiną, brzęczącym słowem, oficjalną dekoracją. Nazo poeta, próbujący myśleć i żyć zgodnie z własnymi wewnętrznymi potrzebami - chciał być bardziej walny niż jego Cezar! To było nie do przyjęcia i nie do wybaczenia. Bocheński ma całkowitą rację: wszystko jedno, co było konkretnym powodem zesłania Owidiusza, powodem prawdziwym była ta rozjątrzona „rana Augusta", rana inteligentnego człowieka, któremu wymyka się z rąk własne życie i własne państwo.

 

Helena Zaworska - "Boski Nazo"(3)

Cała koncepcja władzy Oktawiana Augusta zasadzała się na wyjątkowo wyeksponowanym pojęciu z pogranicza ideologu, prawa państwowego i moralności: pojęciem tym był autorytet,  a u c t o r i t a s.  We wstępie do polskiego wydania dzieł Tacyta - Tadeusz Zawadzki tak pisał o tym podstawowym i zarazem mglistym atrybucie:

„Jak utrzymywał on (August) w sławnej autobiografii (Res gestae divi Augusti), władzy nie posiadał więcej niż inni, natomiast wszystkich przewyższać miał swoją powagą, autorytetem. [...] W imię tego autorytetu podejmował szereg akcji państwowych, zakładał kolonie rzymskich obywateli i bił monetę na terenie prowincji. Nie wydaje się jednak, by pojęcie  a u c t o r i t a s  nabrało jakiegoś znaczenia ściśle prawnego, w późniejszych czasach wyszło też ono z szerszego obiegu. Trwale natomiast przyjęła się rozpowszechniona przez Augusta nazwa nowego systemu władzy. Kładł on bardzo silny nacisk na to, że jego stanowisko w państwie jest jedynie stanowiskiem pierwszego obywatela, nie zaś władcy wyniesionego ponad ogół. Ów pierwszy obywatel -  p r i n c e p s  c i v i u m  R o m a n o r u m  - zawdzięczać miał to stanowisko osobistym zaletom uznanym przez ogół. [...] August umiał też z ogromnym taktem i zręcznością wykazywać swoją niezbędność we wszystkich dziedzinach administracji państwowej i jego autorytet nie był pustym frazesem."

August był władcą mądrym i nowoczesnym, był doskonałym dyplomatą wobec własnego narodu, wiedział, jak kolosalne znaczenie ma zachowywanie pozorów i troska o zdobycie kredytu moralnego. Gdyby był po prostu tyranem, takim jak na przykład dawni władcy Kartaginy, nie interesowałby się na serio moralną oceną swojej osoby przez ludzi mu poddanych. Ale skoro chciał, żeby jego władza była przez społeczeństwo aprobowana nie tylko z racji istniejącej konieczności, ale także z głębszego, autentycznego przekonania, skoro marzył o posługiwaniu się nie tyle przymusem, ile autorytetem, powagą własnej osoby — ustanawiał zatem przenikliwie, ale zarazem bardzo niebezpiecznie, szczególny związek pomiędzy swoją władzą a całością życia w państwie. Takie pojęcie autorytetu nie znosiło bowiem luk, obejmowało wszystko. Jakakolwiek krytyka była niemożliwa, niemożliwy był nawet dowcip wobec tej sakralno-instytucjonalnej powagi. Między typem władcy, zastrzegającym sobie najwyższy autorytet moralny, nieomylność ocen i gustów we wszystkich dziedzinach - a literaturą, musiał powstać konflikt.

.

Nawet wówczas, gdy Nazo sławił Augusta, gdy grzmiącymi okrzykami zapewniał o jego boskości i wielkości - czuło się, że są to obiegowe formułki, pokazowe dęcie w trąby. Prawdziwy koncert urządzał przecież Nazo na zupełnie innych instrumentach i dla innych ludzi. Nie oznaczało to wcale, że Owidiusz nie widział wielkości swojego władcy, że nie podziwiał szczerze jego imperium. Ale nie umiał patrzeć tylko w jednym kierunku, „dwoistość" leżała w jego naturze, w jego sposobie myślenia o wszystkim, odczuwania wszystkiego. Bocheński w swej książce pokazuje to w różnych przekrojach życia i sztuki autora Metamorfoz. Cała konstrukcja opowieści o Owidiuszu ma na celu wydobycie charakterystycznej wielowarstwowości, przemienności tego człowieka, który dzięki swojej umiejętności przypominać zaczyna żonglera, sztukmistrza, ekwilibrystę. Trzeba przyznać, że konferansjer ma tu istotnie pole do popisu. Z takim aktorem, jak poeta Nazo, można ułożyć niejedno widowisko, ale kilka różnych programów. Bocheński tak właśnie postępuje: układa różne scenariusze, grupuje obok siebie kilka wersji tych samych scen, proponuje różne rozwiązania i interpretacje. Nie czyni tego wyłącznie z własnej fantazji ani też nie dlatego tylko, że biografia jego bohatera znana jest nam niemal wyłącznie z jego poetyckich spowiedzi, a więc jest wieloznaczna, jak każde dzieło sztuki. Postępuje tak, ponieważ pragnie przekazać najważniejszą właściwość duchową Owidiusza:

„Kochał się w efektach, a ponadto miał wrodzony niejako pociąg do alternatyw, przeciwstawień i zastępowania jednej możliwości drugą. Wystarczyło mu posłyszeć, że coś jest białe, by natychmiast zadał pytanie: a gdyby stało się czarne?"

Nazo nie należał do twórców, którzy potrafią uprawiać wielkie formy literackie, nie mógł zmusić się do napisania narodowej epopei, heksametr łamał mu się w rytm inny, nierówny, „kulejący". Pentametr zaś nie nadawał się do epiki, do pisania o wojnach i bohaterach, był to rytm bożka Amora. Zresztą, nawet wówczas, gdy Owidiusz postanowił wreszcie „napisać coś głębszego", gdy zapragnął „wykryć uniwersalną zasadę bytu" - odnalazł ją w pojęciu wiecznej przemienności zjawisk i względności każdej prawdy. Czy długo mógł uprawiać sztukę opartą na tego rodzaju przeświadczeniu w imperium rządzonym przez ubóstwiony Autorytet? Toteż w jednej chwili, bez sądu, bez jasnego sformułowania winy — został skazany na wygnanie. Jego wina była zbyt rozległa, głęboka i zbyt niebezpieczna, by można ją było nazwać, sprowadzić ją do jednej tylko sytuacji, znaleźć jeden paragraf.

Trudno, Bocheński musiał, niestety, zamienić swoją rolę konferansjera, prezentującego rozbawionej publiczności wspaniałego gwiazdora - na rolę prowadzącego śledztwo w sprawie wygnańca. Musiał wyprowadzić nas z lokalu rozrywkowego, ale postanowił mimo wszystko utrzymać się w stylu lekkiej muzy naszych czasów. A muza ta tworzy także inny rodzaj rozrywki: kryminał. Nasz konferansjer proponuje zatem, by spojrzeć na biografię Owidiusza jak na scenariusz szczególnego kryminału, jest to bowiem kryminał „odwrócony" w stosunku do zwykłego, banalnego wzoru:

„Oczywiście, to się już państwu przejada, wciąż fikcyjne zbrodnie i poszukiwanie sprawcy, ciągle to samo, ciągle jednakowy szablon: przestępstwo konkretne, sprawca niewiadomy. Przydałoby się coś oryginalniejszego. W naszych czasach publiczność wymaga ciekawych nowości. Proponuję zmianę, odwrócenie schematu: niech sprawca będzie konkretny, przestępstwo niewiadome. Szukajmy winy, nie winowajcy. Cóż państwo na ten pomysł?''

Komediowość takiego „kryminału" nie umniejsza w niczym jego tragiczności, a nawet ją zwiększa. Ostatnia część książki Bocheńskiego o losach Owidiusza, choć utrzymana także w konwencji widowiskowo-rozrywkowej, jest jednak przede wszystkim dramatem.

Poeta Nazo przegrał swój nieunikniony konflikt z Cezarem, a wygrał sprawę z potomnością. Na szczęście, nawet w swoim największym nieszczęściu, wiedział, że to przecież on ostatecznie wygra. August mógł go zdetronizować jako „króla życia", nie mógł jednak odebrać mu autentycznej boskości, jaką Nazo w każdych warunkach osiągał poprzez swą sztukę. Pisząc na wygnaniu Żale i Listy z Pontu zdaje sobie sprawę, że nie tylko słodycz, ale i gorycz życia czyni pisarza wielkim. W jednym ze swych poetyckich listów stwierdzi z dumą: „Mnie także znakomitszym me klęski zdziałały". Dwoistość jego losu uczyniła z niego symbol podwójny: wybrańca i prześladowanego, symbol sukcesu i klęski szczęścia i cierpienia. Życie Owidiusza potwierdziło zawartą w jego sztuce zasadę bytu: nieustającą przemienność. A więc nawet poprzez swą klęskę życiową gotował tym większy triumf swej sztuce! Tak właśnie rzeczy się mają i nie dziwmy się, że Bocheński w swej książce wydobył przede wszystkim wieczny triumf sztuki.

HELENA ZAWORSKA