© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
wtorek, 14 lipca 2009
2009 - Wznowienie książki "Boski Juliusz" (pierwszego tomu trylogii rzymskiej)

"Boski Juliusz" - "Świat Książki", Warszawa 2009, ISBN 798-83-247-1599-2

List Jana Brzechwy, w którym zawiadamia Jacka Bocheńskiego, że zgłosił "Boskiego Juliusza" do nagrody "Nowej Kultury" (1961)

Fot. Archiwum Jacka Bocheńskiego

*   *   *

Artur Międzyrzecki - "Rzecz o triumfie Katona" (cykl: "Ludzie i książki")

„Świat” (Warszawa)

Nr 47 (535) / 19.11.1961 r.

Jacek Bocheński napisał piękną i mądrą książkę zatytułowaną „Boski Juliusz”. Wydawałoby się niepodobieństwem dodać cokolwiek do literatury o Juliuszu Cezarze; od czasów Swetoniusza, Appiana, Plutarcha i Diona biografia ta nie przestawała urzekać historyków i pisarzy, znamy jej wersję szekspirowską, wiemy o niegasnącym zapale, z jakim opisywano Cezara w ostatnich dziesiątkach lat, przypomnijmy choćby Shawa, Brechta czy Wildera, który poświęcił swe „Idy marcowe” pamięci Laura de Bosis (poecie rzymskiemu poległemu w walce z reżymem Mussoliniego) i zakończył swą książkę fragmentem ze swetoniuszowskich „Żywotów”.

.

.

Bocheński kończy Plutarchem. Poświęca zaś swą książkę jednemu przede wszystkim problemowi praktycznemu (co zrobił Cezar, aby zostać bogiem) i jednej osobie. Tą osobą nie jest jednak Cezar, choć o Cezarze, jego przeprawach i zabiegach w drodze do boskości, czytamy na wszystkich bez mała stronicach książki. Nie jest nią również któryś z groźnych antagonistów Cezara, militarny przeciwnik Pompejusz. romantyczny oportunista Cyceron, poetycki mąciwoda Katullus. Jest nią republikański nudziarz Katon młodszy, jedyny z oponentów, który także ma -zadatki na boskość, jedyny, wobec którego Cezar pragnąłby być lwem - i nie może, nie może, jest ledwo szczurem, i jest także dość wulgarnym i bezbronnym polemistą z „Anty-Katona”. Samobójstwo tamtego uprzedza jego łaskę i niestety - jak wtedy gdy Cezar próbował uwięzić Katona i z pewną przykrością musiał z tego zrezygnować czując przechylanie się szali świętości na stronę pryncypialnego nudziarza i jego republikańskich dogmatów moralnych - cały model wali się wówczas, ów świetny model Juliusza Cezara, wielka koncepcja, która sformułowana najprościej, powinna była brzmieć: dyktatorem Rzymu będzie liberał, zwycięskie wojny przeprowadzi pacyfista, republikę zniszczy ten, kto pozwoli istnieć jej instytucjom. Trzeba było na to, zapewne, wojska i pieniędzy, trzeba było także ludowego entuzjazmu, jakiego w końcu nie zabrakło. Lecz do pewnych granic, gdyż na niesione w pochodzie karykatury tamtego Katona (sycił się ich widokiem) ulica nie może przystać, niestety, ulica wypija falern i jednak się gorszy, bo po co – mówią - taki wielki Cezar pozwolił szydzić z nieboszczyka, po co karykatury Katona, przecież  t a m t e n  był dobrym człowiekiem, po prostu świętym. Niestety, nic nie uchroni Cezara przed nieśmiertelnością tamtego.

Jest jeszcze sprawa Neposa i sprawa Attykusa, obydwie interesują nas w sposób zgoła współczesny, obydwie należą do kręgów refleksji, w których rozważane są - jak u Camusa na przykład, choć w odmiennym ujęciu - stosunki pomiędzy człowiekiem i innymi ludźmi, starcie się człowieka z absurdalnością losu, zagadnienia samotności i solidarności, odmowy i nieuczestniczenia. Oczywiście, jeśli jest się pisarzem, można powiedzieć sobie jak autor „Dżumy”:

Zarówno duch historii jak artysta pragną odmienić świat. Lecz artysta zna granice, których nie zna duch historii. Dlatego ten ostatni prowadzi do tyranii, podczas gdy pasją pierwszego jest wolność.

Katon nie byt jednak artystą, przeciwnie. można przypuszczać, że należał do osobowości dosyć odległych od zainteresowań dla sztuki. Jego pasja wolności - ta nudna, toporna, nieefektowna pasja rzymskiego senatora - była przecież zjawiskiem pierwszego blasku. I miała finał nieprzeczuwany, choć przez Katona przemyślany głęboko, ten śmieszny przeciwnik (cóż za szansę mają w dzisiejszych czasach pokazy prostolinijności, które urządza Kato), ten uparty mówca, który  dochowywał wierności przebrzmiałym cnotom i którego nikt nie słuchał, ten wyobcowany samotnik potrafił przecież skłonić Cezara, cóż za triumf!, do rozważań na temat siły tkwiącej w bezsilności (czy można być aż tak bezsilnym, ze się przez to będzie silnym?) i uspokajającej myśli, że, na szczęście, w Rzymie większość ludzi jeszcze nie zwariowała, przynajmniej Cezar jest człowiekiem normalnym. Oczywiście, lecz sama już myśl tego rodzaju jest porażką dla siły zmierzającej do boskości, dla Cezara stającego się boskim Juliuszem.

Autor „Boskiego Juliusza" pokazuje owo stawanie się z systematycznością, na jaką zasługuje zjawisko tak niezwyczajne: w Galii, gdzie Cezar dziesiątkuje Helwetów, łupi ziemie Ariowista i rozprawia się z Wercyngetoryksem pod Alezją; w trakcie wojny domowej, na drodze do tytułów Ojca Ojczyzny, Dyktatora Wiecznego i Dozorcy Moralności; w miłosnych przygodach łysego gacha, których ukoronowaniem był związek z Kleopatrą, kochanką-półboginią, po trosze Izydą, po trosze Mut i Hatior; w grze z Cyceronem, który ułoży palinodię, nabierze przekonania do kroków nakazywanych przez konieczność i po powrocie z obozu Pompejusza uzyska bez trudu amnestię od Cezara. Dodajmy, że fragment poświęcony stylistyce antagonistów stanowić mógłby jedną z prób tej zwięzłej i znaczącej prozy, która stroniąc od ozdób i barokowych konstrukcji, cała prześwietlona jest treścią, pragnieniem nazwania myśli i wzruszeń, wiedzą niezbędną dla tego pragnienia.

ARTUR MIĘDZYRZECKI

Jacek Bocheński, „Boski Juliusz. Zapiski antykwariusza”. Obwolutę projektował Jan S. Miklaszewski. Str. 172. Cena zł. 17. „Czytelnik”, 1961. 

Anna Kamieńska - "Poetyka ironii" (1)

„Tygodnik Kulturalny” (Warszawa)

Nr 50 (236) / 10.12.1961 r.

Ukazała się znakomita książka. Nie zdarza się to codziennie. Jest to zresztą wynik wieloletnich doświadczeń i przemyśleń. Obcowanie z klasyczną literaturą łacińską od wczesnego dzieciństwa autora i gorzkie doświadczenia historii przeżytej złożyły się na to dziełko niewielkie, szczupłe i surowe, jak przystało na ucznia prozy łacińskiej, a jednocześnie tak ważkie, jakie wydać może tylko osobiście doznana i przemyślana historia. Mowa tu o książce Jacka Bocheńskiego "Boski Juliusz".

Co to za książka. - zapytają czytelnicy? Czy powieść, czy jedna z tych lubianych via romancée? Chyba nie. Więc esej historyczny? Szkic w rodzaju tych, jakie uprawia z niemałym powodzeniem Paweł Jasienica? I tak - i nie. Autor po prostu niewiele się troszczy o rodzaj literacki swego dzieła. Są całe stronice, w których przeważa i panuje relacja historyka i komentatora historii, ale oto za chwilę zostajemy nagle wciągnięci w akcję, w jakąś sytuację odmalowaną tak plastycznie i po literacku - że wkraczamy w dziedzinę niemalże powieści. Powieścią jednak książka się nie staje. Jest coś wewnątrz stylu, co rozbija zarówno ramy eseistyki, jak i beletrystyki. Tym czymś jest ironia.

Ton ironii uderza czytelnika od początku narracji.

"Czy ktoś z państwa chciałby zostać bogiem? Jest, to osiągalne. Rzecz prosta, nie każdy reflektuje i nie każdy potrafi. Ale może chcą państwo wiedzieć, jak to się robi? Otóż są sposoby. Historia zna wypadki tego rodzaju. Żądają państwo przykładów? Proszę: Juliusz Cezar”. I dalej - ton ironii panuje w całej książce Jacka Bocheńskiego. On sam przedstawia siebie jako antykwariusza-amatora, miłośnika starożytności, który oferuje swoje usługi klienteli. To jest też ironia. Ten zwrot do szanownej publiczności, ten język trochę uczony, a trochę - bardziej niż potoczny. „Obawiają się państwo tej szarzyzny, no i fatygi. Bo czy nie trzeba będzie przetrząsać jakichś rupieci, czy rzecz nie pachnie za bardzo łaciną i archeologią?…"

Ależ tak. Rzecz cała pachnie łaciną. Pachnie lakonicznym, prostym, zdecydowanym stylem samego Cezara. W dalszym ciągu na świetnych stronach charakteryzujących dwa przeciwstawne style współczesnych sobie rzymskich sobie rzymskich pisarzy: Cezara i Cycerona, Bocheński wyraźnie opowiada się po stronie Cezara, ośmiesza Cycerona i kreśli dosadną karykaturę jego kwiecistego, napuszonego stylu, i nie tylko stylu, ale całej postawy pisarskiej adwokata i filozofa rzymskiego. Pokazuje, jak to Cycero rozwija swoje rozważania na oczach czytelnika czy też słuchacza. Zabierając się do pisania, jeszcze nie wie, do czego dojdzie - podczas gdy Cezar pisze lakoniczne swoje zdanie dopiero po głębokim rozważeniu sprawy. Jest ono już tylko skrótowym wynikiem procesu myślowego. Nie ma w nim ani krzty kokieterii pisarskiej. Te same cechy można by przypisać postawie pisarskiej i stylowi biografa boskości Cezara. Tak więc rzecz pachnie jednak łaciną. Ale faktem jest, że Bocheński jako filolog klasyczny i amator starożytności - nie ma nic wspólnego z namaszczonym i nabożnym stosunkiem do klasyczności, jaki cechuje większość uczonych filologów, nauczycieli łaciny i obrońców kultury antycznej. Bocheński jest z łaciną za pan brat. Jego pisarska ironia nie omija największych postaci, które wyobrażamy sobie wykute w marmurze i oblane w brązie.

Ironia ta dotyka zarówno oportunistę dziejowego - Cycerona, jak boskiego, łysiejącego Cezara, jak i czystego, świętego Marka Porcjusza Katona, moralnego antagonistę Cezara.

Rzymski tok zdania Bocheńskiego nie ma w sobie nic z antykwaryczności, mimo, że autor nazywa siebie ironicznie antykwariuszem. Raz po raz wtrąca on - to wulgarne słowo (,.nie dadzą z siebie zrobić kupy krwawych flaków”), to pospolite powiedzonko czy przysłowie ("przyszła koza do woza, ani pary z ust"). Ożywia to konwencję języka czerpiącego natchnienie z "martwej" mowy łacińskiej.

Pod względem ożywczego połączenia wielkiej tradycji kultury z przemyśleniami człowieka na wskroś nowoczesnego, znajduję tu porównanie tylko do prozy i postawy Anatola France’a. To jest właśnie ten rodzaj powiązania.

Ciąg dalszy – część II

Anna Kamieńska - "Poetyka ironii" (2)

„Boski Juliusz” jest książką napisaną w poetyce ironii i w poetyce mowy wewnętrznej, wewnętrznego monologu. To ostatnie jest przecież zdobyczą najzupełniej nowoczesnej psychologicznej powieści. Monolog wewnętrzny snuje się właściwie przez cały czas opowieści Bocheńskiego. Nie jest to monolog wewnętrzny rozmyślającego autora, jak w liryce refleksyjnej. Jest on podany jako psychologiczny wymiar postaci przesuwających się przed nami. Przenosi się z postaci Cezara na prostego żołnierza, to znów na poetę Katulla, to na Cycerona. (choć tego wnętrza autor raczej unika), to na inne postaci. Przy pomocy wewnętrznego monologu autor przedstawia racje działała postaci. Jest to jakby wewnętrzne oko autora obserwujące swoje postaci historyczne od środka, obserwujące mechanizmy ich działań. A wszystko to z nieodstępną i rozkoszną dla czytelnika współczesnego ironią.

Poetyka monologu wewnętrznego. tak nowoczesna technika powieściowa. bardzo dobrze przylega do zdania stylizowanego na mowę łacińską, gdzie autor, tak jak Cezar pisze o sobie w trzeciej osobie. Rzymscy pisarze przecież nie znali w narracji historycznej chwytu powieściowego zwanego dialogiem. Wystarczało tu omówienie, o czym rzecz idzie, do czego służyła im specjalna składnia. Może niektórzy pamiętają to z gimnazjum. Tak więc szczególnie dobrze siedli tu w stylu ten nieustanny wewnętrzny monolog. I dlatego nie ma w prozie Bocheńskiego odstępów i kresek oznaczających dialog, a przecież i tak dzieje się między ludźmi bardzo wiele.

„Szkoda jednak, że to nie Egipt - rozmyśla sobie Cezar planujący już inwazję za Alpy, na barbarzyńską Galię – Egipt jest kulturalny. Tylu greckich intelektualistów, ilu tam dyskutuje na oderwane tematy, zupełnie wystarczy, aby kraj nie mógł porządnie przeprowadzić nawet zwykłej mobilizacji”.

Oto próbka tej olśniewającej ironii, od której błyszczą kartki tej niewielkiej książeczki.

„Były nieliczne ofiary wśród naszych”… ta relacja z przegranej bitwy również nam coś przypomina z niedawnej stosunkowo historii.

Co zdanie niemal - to aforyzm proszący się o zapamiętanie, niefrasobliwie i mimochodem rzucony owoc gorzkich i na pewno nieraz bolesnych, odkryć, Dotyczą one historii, polityki, sztuki i po prostu ludzkiego życia. To również Cezar rozmyśla o życiu uświadamiając sobie konieczność rozpoczęcia działania.

„Czekać można, mając lat dwadzieścia, gdzieś do trzydziestki. Wtedy wydaje się, że wszystko jest prowizoryczne, jeszcze nie żyjemy naprawdę, dopiero próbujemy. Potem przychodzi nagle świadomość, że jednak żyjemy, właśnie tym jednym życiem, którego połowa już się zmarnowała, ale jest tylko ono i nie będzie życia innego”.

W sposób jasny i nad wyraz przejrzysty ukazuje Bocheński w swojej książce całą sytuację polityczną Rzymu w tym okresie, w I wieku przed Chrystusem. Tu daty jeszcze schodzą w dół, a nie wspinają się w górę. W książce Bocheńskiego dzięki właśnie cezarycznemu, przemyślanemu stylowi, historia nie wydaje się czytelnikowi bezładnym plątowiskiem faktów i spraw wzajemnie na siebie działających. Jest przedstawiona w mądrym skrócie, wyselekcjonowana, wypunktowana według zasady, którą Bocheński nazywa ironicznie „boskością Cezara”. Jest to przecież tylko ironia.

Pod maską kryje się w tym słowie po prostu tyrania, dyktatura władzy, a książka Bocheńskiego jest studium tego właśnie zjawiska politycznego, jego mechanizmów i przejawów, jakimi są i wojna i frazes pokoju, fanatyzm związany z kultem osoby dyktatora i narastająca wokół tego fanatyzmu nienawiść, która niszczy wreszcie tyrana.

Zasadniczą tezą czy też receptą na obalenie ustroju jest – jak wynika z przykładu Cezara – zachowanie form dawnego ustroju. Cezar obalił lekką ręką wielowiekowy i szanowny twór demokracji – republikę rzymską - cynicznie zachowując instytucje republikańskie, lecz patrosząc je z ich ideowego sensu. „Jak Cezar obalił ustrój? Obalił go pozornie utrzymując”.

Nie będziemy tu snuć ani streszczać tych rozważań, odsyłając czytelników do książki Bocheńskiego.

Znajdą tam czytelnicy zresztą nie tylko „studium krwawego, a gdy trzeba, wspaniałomyślnego dyktatora, ale i typy tych rożnych postaw politycznych, które w tyranii dochodzą do głosu i rozwijają się. Nie było ich w republice. Typem ideowego republikanina jest szlachetny i nieskazitelny Kato (Młodszy). Sam zadaje on sobie śmierć nie ponosząc przez to jednak klęski, ale zwyciężając i upokarzając Cezara.

Rodzą się natomiast wszelakiego rodzaju oportuniści, lawiranci i neutralni, „Wielcy Niezaangażowani”, z których Bocheński również zdziera maski, nie szczędząc jednak tym ofiarom kultu dyktatora, litości i zrozumienia. „Jak wiadomo granice oportunizmu i rozsądku bywają mgliste”. Na ich przykładzie pokazuje Bocheński znaczenie neutralności w systemie, jak byśmy dziś powiedzieli - totalnym. Neutralność, którą szczycą się rzekomo niezależni i niezaangażowani - jest siłą sprzyjającą dyktaturze. Pompejusz ogłosił, że kto aktywnie nie stanie po jego stronie, będzie uważany za wroga i odpowiednio ukarany. Cezar uznał to za pomyłkę polityczną przeciwnika. „Obojętni i neutralni stawali się automatycznie jego sojusznikami. Byle więcej neutralnych! Byle każdemu pozostawić otwartą drogę do neutralności!”

W recenzji tej zatrzymałam się dłużej nad zagadnieniem poetyki, w jakiej Bocheński napisał swoją oryginalną książkę. Treść myślowa tej par excellence politycznej, mądrej i nowoczesnej książki zawiera się w łatwej do odczytania wielkiej metaforze historycznej. Wyłuska ją sobie z satysfakcją sam czytelnik.

ANNA KAMIEŃSKA

Jacek Bocheński, „Boski Juliusz. Zapiski antykwariusza”, Czytelnik 1961; s. 170, cena zł. 17

Boski Cezar

„Trybuna Opolska”

Nr 298 / 16-17.12.1961 r.

Przeciętny czytelnik, który spojrzy na tytuł nowej książki Jacka Bocheńskiego, może sobie od razu pomyśleć- znów łacina, starożytność - i pożałować 17 zł za jej kupno. Jednak nie będzie miał racji, bo książka Bocheńskiego nie jest nudną pilą, traktującą o niewiele obchodzących współczesnego człowieka dziejach starożytnego Rzymu. Pisarz rzeczywiście sięga po rzymskiego bohatera, ale pokazuje jego oblicze, dzieje, z pozycji najbardziej  n o w o c z e s n y c h,  z pozycji człowieka. który ma za sobą niełatwe doświadczenia XX wieku. „Boski Cezar” jest wielką metaforą historyczną, łatwą do odczytania przez dzisiejszego czytelnika.

Książka Bocheńskiego jest i esejem historycznym i znajdują się w niej całe partie, w których autor wciąga czytelnika w akcję, sytuację charakterystyczną dla normalnej powieści. Ramy eseistyki i beletrystyki rozbija tu ironia. Ton ironii panuje w całej książce, zarówno kiedy Bocheński opowiada o Cezarze, jak i o oportuniście historycznym Cyceronie, czy o czystym i świętym Marku Porcjuszu Katonie.

Autor daje świetne studium tyranii, dyktatury jako zjawiska politycznego, jej przejawów i mechanizmu. Równocześnie pisarz ukazuje jak w atmosferze dyktatury, kultu jednostki, rodzą się oportunizm, lawiranctwo i neutralizm. Na przykładzie „Wielkich Niezaangażowanych” pokazuje Bocheński znaczenie neutralności w systemie totalnym. Neutralność, którą szczycą się niezależni i niezaangażowani, sprzyja dyktaturze, staje się jej sojusznikiem. Rozumiał to Cezar i umiał z niej korzystać na drodze do swej „boskości”.

JACEK BOCHEŃSKI: „Boski Juliusz. Zapiski antykwariusza”. Czytelnik, 1961 r.

Stanisław Grochowiak - "Boskie Narodzenie" (na marginesie – Jacka Bocheńskiego "Boskiego Juliusza") (1)

„Współczesność” (Warszawa)

Nr 24 (104) / 16-31.12.1961 r.

Bóg się rodzi - i na pewno wie, co robi.

Dojść do boskości to utrwalić się w historii ludzkiej nieomal na wieczność. Chciałeś być bogiem jasnym, pomnażającym szczęście i dobrobyt, bogiem wspominanym czule? Nie, z tego pragnienia musisz wyzwolić się na początku. To marzenie jest zbyt śmiałe. Musisz zawsze pamiętać, ze znajdą się heretycy, renegaci, ograniczeni rozumowcy, którzy poczną szperać po twojej świętej biografii i nawet twoje rzeczywiste cnoty podszyją intencją sprośną lub wręcz trywialną. .Ale boskości nie utracisz - wyzbywszy się świętości zyskasz bowiem na diabelstwie; nie możesz zostać zbawicielem, będziesz przecież demonem. Wybierając boskość nigdy bowiem nie wybierzesz. sobie moralności, wizerunku etycznego – z tego musisz z góry zrezygnować na rzecz zwykłych śmiertelników, to jasne, osiągniesz jednak to o czym marzyłeś od zarania: trwałą ingerencję (obojętne - negatywną czy pozytywną) w losy tego świata, moc i trwanie.

Wysiłek bogów niech właśnie będzie taki - od razu, od pierwszych kroków na drodze osiągnięcia boskości rozdzielić ją z etyką. Jeśli naprawdę jesteś cnotliwy, czeka cię droga ciernista. Ani przez chwilę nie wątpimy, że piękne i prawdziwie bezinteresowne czyny potrafią ludziom imponować i niekiedy zjednywać ich wdzięczność. Osłabiają jednak niepomiernie pozycję ich sprawcy: wychylony na zewnątrz, altruistyczny, cieszy się realnymi efektami swej pracy, coraz bardziej zapominając o sobie, o szybkim i energicznym przelewaniu tych zysków na własne konto. Gdy inni porastają w dobra, on się pauperyzuje - następuje wyrównanie, bezruch, ohydna entropia, która nieuniknienie oddala od boskości. Ponadto prawdziwa etyka jest czymś niezwykle uporządkowanym, logicznym, przejrzystym - intencje i czyny układają się w nudny porządek przyczyn i skutków -a powiedzcie sami, czy bóg może być nudny, logiczny, przejrzysty? Skoro prędzej czy później mamy zejść do Juliusza, w tym miejscu spotkajmy się z Katonem, Świętym Franciszkiem epoki cezarejskiej, który również ubiegał się o laur nieśmiertelności i czynił to na drodze cnoty. Nie, panowie, nie jesteśmy naiwni, ta piękna scena z Plutarcha - scena męczeńskiej Śmierci - jest wyraźnie sfałszowana. Fontenelle, który podsłuchiwał rozmowy zmarłych (a szczególnie Małgorzaty Austriackiej z Hadrianem) mógłby dziś dużo powiedzieć na temat, jak ta Śmierć była na sobie wymuszona, dla innych reżyserowana, a w rozgrywce z Juliuszem Cezarem spożytkowana na zasadzie konia szachowego. Gdyby Katon był święty, byłby bezinteresowny - skoro był interesowny, znaczy. że bardziej niż święty wolał być boski.

Skoro jednak bóstwu nie wolno - za żadne skarby! - ulegać pokusom niekłamanej dobroci, przestępstwem wobec własnej wielkości byłaby postawa skrajnie antymoralna. Konsekwentny okrutnik nie jest w niczym bliższy boskości, niż konsekwentny Święty. Spójrzmy zresztą na wierzenia poczciwego ludu: czy  p r a w d z i w y,  w i e l k i  diabeł w czymkolwiek przypomina rozbestwione zwierzę? Owszem, te małe kundle diabelskie, te diabły trzeciej czy czwartej kategorii – one mogą być kosmate, wyszczerzające na świat zęby, krom .chamstwa nie znające żadnych uczuć. Dlatego zresztą są małe i ostatecznie w szkodliwości ograniczone. Gdyby Juliusz rozegrał Wojnę Domową na tej samej zasadzie, co wojnę w Galii, byłby właśnie takim małym, kosmatym kundlem. W książce antykwariusza, pana Jacka Bocheńskiego, ta cudowna przezorność i przewrotność Juliusza Cezara stanowi chyba najznakomitszy kąsek.

.

Pomnik Juliusza Cezara w Rzymie

W Galii Juliusz Cezar zachowywał się niepospolicie źle. Czy dlatego, że był złym człowiekiem? Otóż to. Chytrość kandydata, na boskość polega właśnie na tym, że nigdy nie wiemy, kiedy jest sobą, bo czy ktokolwiek wie na pewno, jaki jest bóg? Sądząc z niebylejakich skłonności do niewiast, wyobrażam sobie Juliusza (przy walnej pomocy pana Bocheńskiego) jako strukturę raczej łagodną, a nawet nieco rozlazłą. Czyżby więc Juliusz dostosowywał się tylko do dzikości i zwyrodnienia przeciwnika? Ależ, prokonsul Pompejusz był trzykroć dzikszy i bardziej rozpasany, niż Dywijaks Ariowist i Wercyngetoryks razem wzięci. Dla Pompejusza Cezar starał się być. wspaniałomyślny, wobec jego sprzymierzeńców - elegancki. Więc dlaczego ta przewrotna, zaskakująca kolejność metod?

Jeżeli powiemy, że po to, aby trudniej było zgadnąć, zniżymy się na poziom naiwnych i swawolnych dzieci, ale równocześnie dotkniemy obnażonego jądra boskości.

Odeszliśmy od tych szczególnych czasów, kiedy ufano, iż wszystko i bez. reszty - a więc i historię bez reszty - da się wytłumaczyć na zasadach racjonalizmu. Dzieje to wielka machina, pełna zębatych kółek, sprężynek - i wystarczy jedynie poznać jej schemat, aby wskazywała same szczęśliwe godziny. (Były to w końcu czasy, kiedy nawet królowie zajmowali się zegarmistrzostwem i to tuż przed udaniem się na gilotynę). Dziś pozostała nam dążność do szukania praw powszechnych - na to zgoda! - dzisiaj (z niemałym powodzeniem) staramy się te prawa wykorzystywać w pragmatyce społecznej, ale dzisiaj posiadamy już świadomość wyjątku. Jest w historii ludzkości pewna złowieszcza szczelina - szczelina irracjonalizmu. Możemy się pocieszać, że w miarę pomnażania się wiedzy ludzkiej, w miarę wzrostu etyki, ucywilizowania człowieka, szczelina ta będzie się .pomniejszać. Czy kiedykolwiek  zniknie w ogóle?

Bogowie, a. w ich rzędzie Caius lulius Caesar, o szczelinie irracjonalizmu wiedzieli grubo przed nami. Lubili prowadzić w jej pobliże całe narody, aby je połykała. „Jak to jest możliwe? Jak to stać się mogło?” Pytania od wieków tłukące się po tym globie - i bardzo lube uszom bogów.

Bóg się rodzi - i na pewno wie, co robi.

Prawdziwie irracjonalną potrafi bowiem być tylko natura. Ona jest tylko spontaniczna, wyzbyta z samowiedzy, z planu. Człowiek - kandydat na boga, niestety, nigdy nie osiągnie chaotyczności z niekonsekwencji natury. Musi więc ją pozorować. Rozpatrzmy rzecz na przykładzie podsuniętym przez antykwariusza:

Utarło się w ludzkim myśleniu, że aby dokonywać podbojów, trzeba zorganizować armię. Taki prosty wniosek poddaje nam nasza zdradliwa logika. W granicach tej logiki mieści się jeszcze obraz szaleńca, który z motyką rusza na słońce, a czasami nawet cos w ten sposób osiąga. Choć budzi w nas niesmak połączony ze zgrozą, przecież pozostaje dostępny naszemu rozumieniu. Postępuje w końcu jak człowiek, tyle, że szalony.

Aby być bogiem, należy porządek rzeczy odwrócić całkowicie: Caius Iulius Caesar dokonuje podbojów w Galii, aby zorganizować  w ł a s n e  wojsko. Przyczyna staje się skutkiem; skutek - przyczyną. Ale to zaledwie wstęp. Cezar będzie ratował republikę przez dążenie do monarchii. Obieca ocalić demokrację, jeśli otrzyma prawa dyktatora. Absurdy? Ależ tak! Jak najwięcej absurdów! Absurdy w rzeczach małych, ograniczonych, kompromitują autora - te same niedorzeczności w skali najszerszej, w skali Imperium, świadczą tylko o jego boskości. Gniew ludu rychło ustępuje przed osłupieniem, niedowierzanie przed fanatyzmem wiary: „skoro ON ośmiela się na takie łamanie ustalonego porządku, skoro nie ograniczają go żadne znane nam prawa, widać z lego, że jest bogiem! Niech sobie chryzostom Cicero połknie własny język, Cezar zwycięży!”

Ciąg dalszy – część II

Stanisław Grochowiak - "Boskie Narodzenie" (na marginesie – Jacka Bocheńskiego "Boskiego Juliusza") (2)

Doszliśmy do Cicerona, postaci zarówno sympatycznej jak i odrobinę groteskowej (wielka to rzecz, Cezarze, nie prześladować swoich adwersarzy, ale ich po prostu ośmieszać!), więc nie wolno nam pominąć pięknej sztuki autopropagandy. Można bowiem posiąść wszystkie tajniki boskości, rozkręcić przedziwną machinę irracjonalizmu, a na tym właśnie szczególe skręcić kark raz na zawsze. Zresztą szlachetny Cezar też się tutaj zdrowo pośliznął, ale to już było później - na etapie pomników...

Jak bóg mówi o sobie? Ile zdradza z własnej samowiedzy? Jaki jest jego styl? Jego słowo? Pytania bynajmniej niebagatelne, skoro nawet Biblia słowu daje pierwszeństwo. Więc jaka jest proza Juliusza Cezara?

„Naga, prosta i pełna wdzięku, bez wszelkich ozdób krasomówczych, jakby się pozbyła ubrania. Cezar zachowuje się tak, jakby tylko innym dać materiał do napisania historii, ale chyba głupiec da się na to złapać i zabierze się do fryzowania jego stylu - ludzi rozumnych może on raczej odstraszyć, ponieważ w historii nie ma wyższych zalet nad prostotę i zwięzłość" (tłum. Jan Parandowski).

Dorzućmy Cyceronowi z własnych doświadczeń: nad bezosobowość (Cezar nie używał zaimka „ja"), wystrzeganie się wszystkiego, co nie jest „faktem” lub „oczywistością” (żadnych wahań, oznak zwątpienia), nad „obiektywizm”.

Cicero bezwiednie, ale trafnie wypunktowuje właściwe intencje stylu bogów:

-          przede wszystkim odebrać ochotę komukolwiek do takiego czy innego „fryzowania" świętych pism;

-          poprzez zwięzłość i przejrzystość zapisu przywołać wrażenie prostoty („taki niepojęty, a zarazem taki prosty!”);

-           poprzez „prostotę” opisu własnych czynów sprawić wrażenie niezwykłej łatwości w ich dokonaniu.

Sam Cicero nie byt bogiem, nie miał na to ani ochoty, ani szans, dlatego jego styl jest rozwlekły, bufonowaty, łasy na komplementy. Styl człowieka - styl humanisty - wciąż niepewny swoich prawd, a więc obrzmiały w argumenty i komentarze choćby najbardziej retoryczne, zabójczy jest w odniesieniu do bogów. Zmusza do odsłaniania intencji (które przecież trzeba ukryć najgłębiej); do przekonywania (bóg nie przekonywa, bóg wymaga wiary); do zdradzania uczuć (bóg powinien być ich pozbawiony tak samo, jak nadrzędnej etyki). I w tym zakresie Caius Iulius Caesar był mistrzem. Błądząc wśród gwiazd, zapewne przeklina chwile, w której szlachetna wstrzemięźliwość ustąpiła przed zgubną pokusą ujrzenia siebie w dziesiątkach kamiennych duplikatów... Cóż z tego, że owa chwila (jak to z prawdziwym artyzmem opisuje antykwariusz) związana była z poezją uczuć do Kleopatry, z bajeczną przejażdżką po Nilu i z tysiącem uciech na smagłym łonie egipskiej królowej? Cezar krążący wśród gwiazd już wie, że tutaj utracił swój styl i że tu skręcił nogę. W życiu bogów musi zachodzić nieustanna dialektyka miedzy irracjonalizmem posunięć, zaskakującą  wymową skutków, a zewnętrznym opanowaniem, graniczącym niekiedy z ascezą.

Bóg się rodzi - i no pewno wie, co robi.

Jego zamysłem jest doprowadzić społeczeństwo do szczeliny irracjonalizmu, sprawiać wrażenie najbardziej irracjonalnego z irracjonalnych, ale jedynie sprawiać wrażenie. Na wewnątrz, na własny użytek bóg musi pozostać czujnym graczem, dla którego poza zasadami gry, nic praktycznie nie istnieje. „Właściwy moment” - oto co jest fetyszem dla boga. Zaczyna się od „właściwego momentu” narodzin. Tej chwili - bardzo rzadkiej i luksusowej – nie wolno przegapić, ona jest fundamentem.

Nie zgadzamy się z antykwariuszem, panem Jackiem Bocheńskim, że decyzja o boskości naszła Cezara nagle, pod wpływem pobudek biologicznych, pod pierwszym podmuchem starości. Niestety, niestety, bogowie rodzą się nie wtedy, kiedy chcą, ale wówczas, gdy mają do tego warunki. Już od rozbicia spisku Katyliny Cezar węszył za sprzyjającą aurą. Musiał jednak czekać. Nie robił sobie zapewne wyrzutów ze zmarnowanego czasu, bo przecież tylko ulegał naciskowi okoliczności. Potrzeba było jeszcze wiele obrotów słońca, aby śmiertelna rana, jaką spisek zadał Republice, objawiła się w całej grozie przed oszołomionym na razie społeczeństwem. Republika musiała wykrwawić się - i krwawiła. Na co umiera Republika? Lud tego nie wie, ale kandydaci na bogów wiedzą doskonale: na gadulstwo! Śmiertelne znudzenie społeczeństwa przewlekłymi polemikami optymatów z popularami — to była agonia. (Znakomicie wyglądają w tej sprawie Cycero i Katon, którzy w mowach nie ustawali niżej godziny). I dopiero wtedy, gdy na widok nieskazitelnych senatorów lud dostawał czkawki, Cezar mógł pojechać do Galii i zanurzyć ręce we krwi. Szok! Szok od samego początku - oto, na co trzeba liczyć. Aby powodować szoki, nie tylko wystarcza znać aktorów i prawidła reżyserii, ale również aktualny stan widowni. I tak biedne koło boskości się zamyka: oszukuj, zacieraj tropy, nie dawaj historii ani chwili wytchnienia - sam jednak nie daj się przechytrzyć - bądź czujny, obawiaj się nawet samego siebie.

„Nie dawaj historii ani chwili wytchnienia”. Postulat, który zapewni ci boskość; postulat, który cię unicestwi. Tylekroć przechytrzana natura człowiecza pewnego dnia obdarzy cię potwornym zmęczeniem, tobie bowiem historia też nie dawała chwili wytchnienia. Zapragniesz odrobiny spokoju, rozluźnisz krąg czujności. Tylekroć stawiane na głowie prawa historii i społeczeństwa obrócą się przeciwko tobie - zgodnie zresztą z twoimi własnymi interpretacjami. Nie spostrzeżesz się.

Bogowie bezbłędnie wyczuwają „moment narodzin” - z równą bezbłędnością przegapiają „moment śmierci”, zastaje ich bowiem już w tym stadium upadku człowieczeństwa, kiedy w śmierć przestali wierzyć.

*   *   *

Zapis z lektury notatek antykwariusza może być taki, jak powyżej, może być całkiem inny. W „Boskim Juliuszu” nie żałowano bowiem miejsca dla perypetii łóżkowych Cezara, dla opisu nieszczęsnych chuci poety Katullusa. Rozumiem intencje autora, aby - w każdej drodze do boskości dostrzegać również małe, karierowiczowskie chwyty, nie całkiem wolne od groteski i bezbrzeżnej ludzkiej żałości. Rzeczy to bezsprzecznie smakowite, felieton o Katullusie jako pewna organiczna całość - kapitalny, ale jak na wymiar książeczki o 170 stronicach, szczodrobliwość autora wydaje mi się przesadna.

Znakomitość tej książki polega na jej uderzeniu w sprawy główne nie tylko dla Postumii, Serwilli, Kleopatry, ale również dla nas. Tę właśnie zasługę chciałem i moją wariacją uwypuklić.

STANISŁAW GROCHOWIAK

Jarosław Iwaszkiewicz - "Co papuga wyciągnęła…" (z cyklu: "Rozmowy o książkach")

„Życie Warszawy”

Nr 304-306 / 23-26.12.1961 r.

Uważają mnie za niepoprawnego optymistę, jeżeli chodzi o polską literaturę współczesną. Wciąż mi wypominają, że przesadzam, że niepotrzebnie się entuzjazmuję. Kazano mi niedawno pokazać coś jeszcze, w produkcji 1961 roku oprócz Brezy i Andrzejewskiego. Bardzo dobrze, powiedziałem i zrobiłem taką sztuczkę:

Wypisałem sobie (ściśle biorąc kazałem sobie wypisać) na małych karteczkach tytuły wszystkich nadesłanych mi w tym roku książek. Karteczki te ułożyłem w dwa stosy: w jednym były tytuły tomów prozy, w drugim poezji. Oba stosy spoczywały na moim biurku. Wypuściłem na nie swoją papugę. Mam taką papugę, bardzo piękną, chociaż niewidzialną. Mieszka ona stale w piosence „Złoty pierścionek” - ale często mnie odwiedza. I ta papuga wyciągnęła z każdego stosu po jednej karteczce. W ten sposób otrzymałem po jednym tytule z prozy i z poezji, z przeciętnej produkcji mijającego roku. O tych dwóch książkach postanowiłem pomówić z wami, drodzy czytelnicy, na zakończenie 1961 roku.

Jakież to były książki? Nie sądzę, żeby papuga miała takie szczęście, ale książki okazały się bardzo dobre, niezwykle interesujące, choć na chybił-trafi wyciągnięte z całego stosu innych.

Na niebieskiej kartce (proza) było napisane: Jacek Bocheński, „Boski Juliusz”; na. różowej (poezja): Zbigniew Herbert: „Studium przedmiotu”. […]

Książka [Jacka Bocheńskiego] okazała się w najwyższym stopniu godna wyróżnienia.. A co najważniejsze, stanowi rewelację, niespodziewane odkrycie w autorze. Bocheński, ongi, dawno już temu należał do „pryszczatych”, a ci młodzi pisarze musieli się nasłuchać niejednego. Między innymi zarzucano im brak kultury. Tymczasem Jacek Bocheński w swoim ,,Boskim Juliuszu” okazał się człowiekiem bardzo wykształconym, erudytą zupełnie pierwszorzędnym i klasykiem, swobodnie obracającym się w dziedzinie greckiej i łacińskiej literatury. Niezmiernie ciekawe jak to wykształcenie, ta erudycja przełamuje się w temperamencie autora - jaka powstaje stąd mieszanina.

Erudytów mamy w starszym pokoleniu niemałych i niemało. Ale są to erudyci raczej beznamiętni , spokojni - monotonnym głosem relacjonujący nam dawne zdarzenia, dawne, wierzenia i dawne fabuły. Tymczasem Bocheński wkłada w swoją książkę ogromną namiętność, ogromną żarliwość - i trochę jakby zniecierpliwienie odwieczną komedią ludzkich zmagań o władzę i boskość. Nie ma w książce Bocheńskiego natrętnych aluzji do dnia dzisiejszego, nie ma prostackich równoległości – schematycznych porównań pomiędzy figurami rzymskiej historii a wczorajszymi czy dzisiejszymi wielkościami politycznymi. A jednak. czuje się przy odczytywaniu każdego zdania. ,,Boskiego Juliusza”, że Bocheński myśli o nas, nam, dzisiejszym ludziom pragnie ukazać strach i żądzę dążenia do władzy, przerażające konieczności, które czyhają na władzę tę sprawujących.

Cała książka Bocheńskiego wre i kipi.

Więc jakże nam nosem kręcić na stan naszego pisarstwa, kiedy byle przypadek podsuwa mi tak poważne zdobycze? Wierzcie mi, mamy bardzo dobrych pisarzy – i to nie tylko tych, o których dziś mówię. Papuga mogłaby wyciągnąć dziesięć kartek niebieskich i (może bardziej ryzykownie) dziesięć różowych – i jeszcze dużo dobrego pozostałoby w tegorocznym stosie tomów.

JAROSŁAW IWASZKIEWICZ

Bocheński o Owidiuszu

„Życie Warszawy”

Nr 9 / 15.02.1962 r.

Podobno Jacek Bocheński, autor „Boskiego Juliusza” zamierza napisać książkę o Owidiuszu, a następnie o Tyberiuszu. Dla najmłodszych czytelników – pisarz przygotowuje książeczkę o „Metamorfozach” Owidiusza. Sam – jak z tego widać, metamorfozie nie uległ, bo pozostaje – jak na razie wierny historii starożytnej…

(be)

Ernest Bryll - "Bóg czy polityk (1)

„Współczesność” (Warszawa)

Nr 5 (109) / 1-15.03.1962 r.

„Całą pracę, która wydaje się nader niewdzięczna, wykona za państwa antykwariusz niniejszego podręcznika dla miłośników boskości. Antykwariusz będzie osobiście badał wszystkie dokumenty”… Oto pasjonująca oferta Jacka Bocheńskiego. I powód dla którego nie mogłem pomimo wszystkich niewątpliwych walorów „Boskiego Juliusza” spokojnie z tej oferty skorzystać, jest właśnie przyczyną mojego artykułu.

A więc po pierwsze - nie wierzę w boskość Cezara. A może ściślej w taką, jaką: proponuje antykwariusz - interpretację tej boskości. Wydaje mi się bowiem, że jest ona raczej wynikiem kompromisu, rezultatem ustępstw mądrego polityka, który nie mógł przypisać sobie tytułów godnych władzy, jaką właściwie już posiadał a jednocześnie nie mógł już zgodzić się tylko na stanowisko pierwszego pośród równych, w republikańskim senacie. Takie przekonanie stawia mnie od razu pośród zażartych przeciwników antykwariusza..

„Nad boskością zastanowił się dobrze. Boskość była sprawą trudniejszą niż królewskość. Niewątpliwie rozumiał, ze nikt nie osiąga boskości przez wydanie odpowiedniego dekretu. Można w ten sposób zostać królem, bogiem mimo wszystko nie”. Tak pisze antykwariusz. Ponieważ, jak już powiedziałem, studiowanie tych samych źródeł historycznych doprowadziło mnie do przekonania, iż w konkretnym wypadku Cezara atrybuty boskie były o wiele mniej warte od atrybutów władzy królewskiej, musiałem zastanowić się dlaczego dla, antykwariusza owa deifikacja ma tak szalone znaczenie. Dlaczego przypisuje jej tak wielką wagę? Dlaczego buduje właściwie cały swój .książkowy dowód na założeniu, że właśnie to było celem dążeń Juliusza Cezara i dlatego ów zrównoważony, pomimo wszystkich fanaberii i słabostek, polityk, dokonał czynów, o których wiemy z historii.

Otóż próbując zrozumieć co dla antykwariusza kryje się pod niejednoznacznym mimo pozorów terminem - bóg, skłonny jestem uważać, iż traktuje on po trosze boskość wedle tradycji nie tyle rzymskiej, co rzymsko-katolickiej. (Vide nasuwające się analogie pomiędzy Katonem a Chrystusem). To nie złośliwość. Powiadając Bóg, każdy z nas podświadomie uważa, iż znaczy to o wiele więcej niż Król, niż Imperator. Więcej nawet wtedy, kiedy mamy na uwadze tylko władzę ziemską.

Niestety w czasach Cezara wyglądało to trochę inaczej. Nie mówiąc już o tym, iż owa podstawowa, dla reprezentowanej przez antykwariusza koncepcji życiorysu Cezara - boskość Juliusza, była właściwie półboskością. Taką jak półbóstwo Heraklesa, Achillesa. I niestety, zwycięzca Gallów tak jak nie mógł w Rzymie posiadać niezależnie od woli ludu prawa królewskiego władania tak i nie był nawet pierwszym w długim szeregu bogów i herosów. A więc być może trochę próżności ale przede wszystkim konieczność stworzenia sobie stanowiska, które nie drażniąc uczuć przeciętnego Rzymianina, byłoby jednocześnie zaczątkiem przyszłej, nienależnej od łaski republiki - władzy. Kompromis, w wyniku którego ustępując przed zbyt jeszcze silnymi tradycjami, jednocześnie już się je podważało. A z jakim sprytem politycznym, można przekonać się studiując czasy spokojnej już władzy następcy Cezara, boskiego również Augusta.

Otóż w tym właśnie okresie tradycyjna rzeczpospolita rzymska przeżywała swój ostateczny kryzys. (Kryzys ten - jak powiadają historycy - zaczął się już dużo wcześniej, mniej więcej w czasach reform grakchańskich, kiedy to po raz pierwszy stało się widoczne, iż bez ograniczenia roli tego, powszechnie szanowanego wówczas ciała zbiorowego jakim jest senat, bez skupienia władzy w ręku jednostki, niemożliwym jest rozwiązanie wielu podstawowych problemów a przede wszystkim kwestii agrarnej). Historycy zauważają również, ze w miarę powiększania się wciąż na skutek podbojów terytorium rzymskiego, w miarę ujarzmiania różnych narodów - stara forma państwa - miasta i związanych z tą, tradycyjną już strukturą, form rządu - poczęła się przeżywać. Rzym stawał się imperium i Cezar między innymi dlatego osiągnął przynajmniej część upragnionej władzy, że niemożliwym już było sprawowanie rządów przez wysoki senat.

A jednak właśnie wtedy, w przededniu ostatecznego upadku znaczenia senatu, sformułowane zostały owe niepraktyczne już zasady rządzenia, na jakich opierała się rzymska res publica. Więcej, pomimo ich wyraźnej nieprzydatności, żadna z ówczesnych ubiegających się o władzę partii nie ośmieliła się ich zanegować. Nie zanegował ich również, jak pamiętamy z okazji odrzucenia przez niego królewskiej korony, nawet Cezar. A przynajmniej nie zanegował całkowicie. Ta, oparta na nieistniejących już formach państwowości, filozofia władzy była czynnikiem, z którym należało się bardzo poważnie liczyć. I to jak liczyć, można się znowu przekonać na przykładzie następcy Cezara - Auguście, któremu za same tylko deklaracje, za utrzymanie pozorów starego -systemu władzy społeczeństwo rzymskie darowało wszelkie rzezie i wywłaszczania.

Oto dlaczego cnoty Katona, były w wysokiej cenie. Oto dlaczego ten zagorzały konserwatysta był właśnie ze względu na ową personifikację starożytnych cnót uwielbiony bardziej nawet przez stronnictwa ludowe niż przez arystokrację. Dla arystokracji opierającej swoją filozofię republikańskiego państwa o twierdzenia Platona i Arystotelesa, cnoty reprezentowane przez Katona, podobnie zresztą jak się stało w wypadku jego duchowego poprzednika Katona Starszego, były nieco zbyt zgrzebne.

Arystokraci zresztą, jak wynika chociażby z zachowanych fragmentów cycerońskiego traktatu „De republica”, orientowali się już, że trzeba jakoś przeciwdziałać bezwładowi senatu. Stąd koncepcje lepszego pomiędzy równymi, który miał się szumnie zwać - rector ac gubernator civitatis. Sęk w tym, iż przewaga jego nad innymi miała polegać na nieokreślonym autorytecie.

Ciąg dalszy – część II

Ernest Bryll - "Bóg czy polityk (2)

Nie chciałbym powtarzając te wszystkie znane z opracowań i podręczników rzeczy, sprawiać wrażenia tępaka, co nie rozumie, iż literackie opracowanie problemu władzy Cezara musi odbiegać od historycznego wykładu. Jeśli bawię się w szkolarstwo, to tylko dlatego, iż wielokrotnie antykwariusz dokonując sugestywnej analizy cech swoich bohaterów prześlizguje się nad sprawami, które właśnie zadecydowały o tym, iż te czy inne cechy mogły się stać przyczyną słabości lub siły. Cezar jako dobry polityk musiał sobie zdawać sprawę ze skomplikowanych sytuacji, jakie mu przyszło rozwiązywać. Musiał, a przynajmniej musiał starać się, znać słabości, swych przeciwników. I to słabości przede wszystkim polityczne. Stąd, ponieważ. w zapiskach antykwariusza brak na ogół próby zarysowania dokładniejszego zawikłanej sytuacji, w jakiej dogorywała republika, a jednocześnie kształtowała się ostatecznie wspaniała pod względem propagandowym (może właśnie przez ową utopijność) teoria republikańskiej formy rządów, przyczyny takich czy innych decyzji Cezara i jego przeciwników nie mają dostatecznego uzasadnienia.

.

.

Jeśli rzeczywiście Cezar chciał zostać przede wszystkim bogiem, można oczywiście, postępowanie jego tłumaczyć świadomym irracjonalizmem i chęcią tworzenia zjawisk tajemniczych. Jeśli jednak myślimy o nim jako dobrym polityku, widzimy wyraźnie, że postępowanie takie jak z Gallami, nie przyniosłoby mu w wojnie domowej koniecznej popularności. Właśnie łagodność. Właśnie ciągle dążenie do zgody. Zgody, na którą nie mógł przystać Pompejusz. A jednocześnie nie przystając - osłabiał swoje pozycje. Jeśli już jesteśmy przy wojnie gallickiej, pozwolę sobie zakwestionować twierdzenia antykwariusza, że znowu ze względu na przyszłą boskość Cezar usprawiedliwiał się z dokonanych podbojów. To prawda iż „podboje w czasach przedchrześcijańskich nie wymagały właściwie usprawiedliwienia. Wystarczało własne męstwo”. Jeśli jednak przypomnimy sobie, jak niechętni byli ojcowie senatorowie wszelkim tendencjom do dalszego rozszerzania granic imperium, jak bali się i. nienawidzili każdego, kto mógł wyrosnąć na ukochanego wodza armii, jak ta armia właśnie z powodu coraz to doskonalszego systemu prowadzenia wojen zamieniała się z obywatelskiego ruszenia w wojsko zawodowe, pojmiemy sens tych może nawet niepotrzebnie ostrożnych usprawiedliwień.

Przykładów wynikających z fałszywej moim zdaniem koncepcji interpretowania wszystkiego - jako drogi do boskości, uproszczeń czy przemilczeń można by znaleźć mnóstwo. Rzecz w tym ostatecznie kogo się chce w Cezarze widzieć. Ja, jak powtarzam, widzę w nim świetnego polityka raczej niż demona. Polityka okrutnego, ale doskonale zdającego sobie sprawę z określonej przez słabości upadającej koncepcji władzy republikańskie j, swojej siły. Polityka wreszcie, który, się przeliczył. A może jeszcze – musiał się przeliczyć. Może musiał zginąć po to, aby przez krótki a dobitnie pokazujący bezpłodność działania Brutusa i towarzyszy okres, stworzyć podwaliny pod władzę Augusta i całej rzeszy imperatorów, aż po tych co już oficjalnie .obwołali się władcami absolutnymi i dziedzicznymi. Sądzę zresztą, iż dramatyzmu tych czasów przełomu, w jakich działał boski Juliusz, nie sposób zrozumieć bez dokładnej analizy wszystkich społecznych, politycznych i ekonomicznych przyczyn kryzysu tradycyjnej republiki miejskiej. Stanisław Grochowiak,  recenzując „Boskiego Juliusza”, powiada przy okazji omawiania owego postulowanego przez antykwariusza boskiego irracjonalizmu w postępowaniu Cezara, .że, „odeszliśmy od tych czasów, kiedy ufano, iż wszystko bez  reszty, a więc i historię da się wytłumaczyć na, zasadach racjonalizmu. Kiedy uważano, że dzieje to wielka machina pełna zębatych kółek, sprężynek i wystarczy jedynie poznać jej schemat aby wskazywała same szczęśliwe godziny”.

I ja jako żywo jestem przeciwko tak mechanistycznej filozofii. Jest w historii czasów cezariańskich wiele momentów, których, nie można zadowalająco choć w części wyjaśnić. Niemniej jednak to co można wyjaśnić, wyjaśnić było trzeba i nawet jeśli zapiski antykwariusza mają jak Plutarchowskie opowieści, pod pozorem mówienia o sprawach historii uświadamiać nam typowe konflikty naszego czasu, to i tak nie ma zgody. Nie można, już upraszczać jak Plutarch. Nie można analizować dążenia do boskości bez analizowania i pokazywania sposobów walki o władzę. A tu nie obejdzie się bez wskazania na wspomniane tu ekonomiczne, polityczne i społeczne przyczyny. Bez myślenia historycznego. Inaczej te wszystkie tak pięknie opisane perypetie Cyceronów, Katullusów, Katonów i Attykusów nie wiele nas i na dzisiaj nauczą. Polityka jest bowiem działaniem przy uwzględnieniu konkretnych sytuacji.

ERNEST BRYLL

Alicja Lisiecka - "Boski Cezar" (1)

"Nowa Kultura" (Warszawa)

Nr 50 (611) / 10.12.1961 r.

Książka Jacka Bocheńskiego mówi o miłości i polityce. Więcej o polityce - mniej o miłości. Więcej o intrygach, podbojach i cynicznych machinacjach Wielkiego Juliusza, o tym „co trzeba zrobić, żeby osiągnąć boskość” - mniej o „nadzwyczajnej" podróży z Kleopatrą, o miłosnych nocach „boga” przy Pierwszej Katarakcie.

„Antykwariusz” (tak nazwał się Jacek Bocheński) nie jest plotkarzem. Spisuje wprawdzie za ciekawskim Cyceronem kronikę alkowy Dyktatora. Ustala jednak przy tym „niebezpieczne związki” między uwiedzeniem Serwilii i walką Cezara z Katonem, między łóżkiem Postumii, Lolii, Tertulii czy Mucji - i szczeblami „boskiej” kariery Gajusza Juliusza.

.

.

Tak więc zlekceważywszy wiele odmian legendy Cezara, wśród których pierwsze miejsce zajmuje do dziś wersja o nosie Kleopatry - albo też ściślej: o nosach licznych „matek-Rzymianek” - wybrał Bocheński wariant najbardziej współczesny. brechtowsko - wilderowski. Upolitycznioną i filozoficzną historię dochodzenia Dyktatora do władzy.

Wprawdzie już Cezar Ferrero’a, wczesnodwudziestowiecznego dziejopisa legendy Boskiego Juliusza, był nosicielem wielkich planów politycznych, wodzem, który, jak po nim Antoniusz, chciał Egiptu - nie Kleopatry, rzymskiego protektoratu w dolinie Nilu - nie „miłości przerwanej dopiero przez śmierć”. Wyliczmy jednak dalej. Jeśli nawet Ferrero sądził, że dzieje egipskiej królowej były tylko epizodem trwającej przez kilka stuleci walki  między Wschodem i Zachodem - to np. Mommsen próbował napisać historyczną dramę, pełną realizmu i poezji, przepojoną osobistym stylem i przeżyciami, wyzwoloną z suchego empiryzmu kronikę namiętności i konfliktów starożytnego świata.

W przeciwieństwie do nich Buckle wraz z całą „naturalistyczną” szkołą historyków usiłował zredukować samobójstwo Katona do rzędu taktu statystycznego - lekceważąc symboliczny sens tego gestu: protest republikanina przeciwko dyktaturze.

Ciągły proces historycznej interpretacji i reinterpretacji czynów Wielkiego Juliusza uwieczniony został w znakomitej książce F. Gundolfa - nie tyle o Cezarze, człowieku i władcy, ile o różnych koncepcjach jego charakteru, misji politycznej, dzieła. Równie bogata, choć nie odnotowana w oddzielnej monografii, była literatura o Cezarze, był Cezar „literacki”.

Cezar literacki - to Cezar Szekspira i Cezar tragedii pseudoklasycznej w Polsce. To Cezar współczesnych: Brechta i Wildera.

Szekspira - tragiczny i wielki, jak tragiczny i monumentalny jest Rzym w „Koriolanie” Brechta - liczący pieniądze, wspierany przez rzymską City, bardziej płaski niż bohater moralistycznych anegdot Plutarcha.

I wreszcie Cezar Wildera - najbliższy Bocheńskiemu, owiany sentymentalną mgiełką, bardziej prywatny, odbrązowiony... Cezar Wildera kocha i nienawidzi, popełnia drobne świństwa i tchórzy. Jest na przemian łajdakiem i. bohaterem, bogiem i prymitywnym szczęściarzem. Cezar Bocheńskiego to wielki współczesny menażer cynicznie rozgrywający partię szachów o losy państwa rzymskiego. Tyleż dyktator, co dyplomata, tyleż wódz i żołnierz, co przebiegły taktyk. W toku opowieści Bocheńskiego zmienia się z żołnierza w dyplomatę, z dyplomaty w tyrana. Jest kolejno człowiekiem, który lekceważy bogów i bogiem, który lekceważy ludzi. Jego działanie - to stawka na „czystą taktykę”, jego ideologia - to brak ideologii. Tajemnicą jego sukcesów politycznych jest pragmatyzm posunięć i demokratyczny frazes.

.

Bocheński drapieżnie i bezlitośnie obnaża mechanizmy starożytnej dyktatury, charakteryzuje siły społeczne, które wzniosły ją na swych ramionach, warunki w których bóg mógł zostać bogiem, a „republikanin” - tyranem. Ironia Antykwariusza kryje, wydawałoby się, totalną negację i potępienie, niweczy legendę, zrzuca bóstwo z piedestału.

Rozsądźmy: kto tu jest bardziej śmieszny - może pocieszny Katullus, który „wprowadził miary liryki eolskiej do poezji rzymskiej”, rogacz, wywiedziony w pole przez Cezara?

Może oportunista Cycero, który musiał w końcu ukorzyć się i przesłać Dyktatorowi hołd na piśmie? A może tkwiący całymi dniami na mównicy Kato, znany z bosych spacerów po rynku, pozbawiony poczucia humoru tępawy uparciuch bez polotu i talentu?

Kto wydaje się bardziej śmieszny? Jeśli Cezar jest piękny i demoniczny, ale „liryk-obsesjonat” Katullus każe wyliczać mu się z finansowych szacherek?

Kato jest tępawy i zostaje „zdjęty” przez liktora z „ambony”, na której prawi idiotyczne kazania o kanalizacji. Rozkaz wydał bóg - Gajusz Juliusz, ale Kato jest bohaterem, a bóg - Gajusz Juliusz małym spryciarzem. Bóg-Cezar zadrwił z historii i z Katona, ale Katon zwyciężył Cezara. Po śmierci stał się przedmiotem czci, która zrównoważyła irracjonalny kult osoby jego przeciwnika, stal się na długie wieki symbolem cnoty republikańskiej i niezłomności, sztandarem walki o wolność.

Deheroizacja boga-Cezara postępuje w książce Bocheńskiego jednak dalej. Jakiż to świat pokazał nam w końcu autor „Boskiego Juliusza”?

Ojciec Ojczyzny, wywindowany przez lud obrońca praw ludu - to intrygant polityczny i cyniczny karierowicz. Wielki kochanek Kleopatry - to wliczający kolejne flirty do rachub polityki „łysy kurwiarz”, o którym wojsko śpiewa sprośne piosenki. Matki Rzymianki – to zwykłe zalotnice. Wojsko - to tłum omamiony przez Dyktatora, pchany naprzód żądzą złota. „Sumienie ludzkości” - pisarze, jedyni bodaj czynnie walczący przeciw cezaryzmowi - to trzęsący się o swoje wille złośliwcy, którzy w końcu chętnie rezygnują z nonkonformistycznej złośliwości na rzecz spokoju i laski pańskiej.

Ciąg dalszy – część II

Alicja Lisiecka - "Boski Cezar" (2)

A przecież jednak:

Fakt pierwszy: Cezar był bogiem. „Nie każda dusza staje się natychmiast po śmierci człowieka kometą w przekonaniu ludu i świeci przez siedem dni bez przerwy. Astronomia ludowa nie dopuszcza takich rzeczy bez powodu”...

Fakt drugi: Uroda. „Podobno Cezar był piękny” (mimo łysiny).

Fakt trzeci: Kleopatra. Kochał ją jednak niewątpliwie i niezależnie od kpiarskiego tonu - Antykwariusz kapituluje przed podróżą do Pierwszej Katarakty.

Obalenie mitu nie przeszkadza więc pełnemu zrozumienia stosunkowi kronikarza do bohatera. Intronizacja Katona nie dokonała się kosztem Cezara. Cezar pozostaje ludzki w swojej małości i wielkości, przekonujący w namiętnym pragnieniu władzy, sympatyczny w słabostkach i kaprysach, godny podziwu w genialnych posunięciach.

Cezar jest współczesny. Jest nie tylko elementem konstruowanego przez kronikarza na zimno i spekulatywnie procesu historycznego. Bocheński czuje historię. Dostrzega jej dialektyczne prawa i nowocześnie, po marksistowsku, interpretuje jej konieczności. Jego historiozofia jest skrajnie odmienna od historiozofii Kotta, autora książki o Szekspirze. Świat nie ginie w chaosie i zamęcie - świat wyzwala się z okrutnych mechanizmów. Wielcy odchodzą, ale świat nie staje się przez to płaski. Cezara zwycięża nie ślepy trat, ale sama historia. Godność i miłość nie dadzą pogodzić się z walką o władzę - ale walka o władzę nie jest materią historii.

Ziemia i niebo nie muszą się zapaść, żeby zwyciężyła godność i miłość. Pełne koszmaru i zbrodni są tylko dzieje wielkich dyktatorów, jest historia „monumentalna”. Ale dyktatorzy przegrywają nie tylko w walce z ludem - przegrywają także w świadomości historycznej swojej epoki i następnych pokoleń.

.

I jeszcze jedno. Dzieje Boskiego Juliusza w książce Bocheńskiego stanowią przykład „tej aktualnej, empirycznej rekonstrukcji, do której historia dodaje rekonstrukcję symboliczną”. Ernst Cassirer polemizując w swoim znakomitym „Essay on Man" z naturalistyczną szkołą historii Taine'a i Lamprechta stwierdził, że nawet oni nie uważali dokumentów historycznych za proste „fakty fizyczne”. Te stare teksty - mówi Cassirer – powinny być czytane jako symbole. Symbole postaw i procesów społecznych. Symbole historii. Historia empiryczna jest bowiem również historią alegoryczną.

Znakomity Cassirer zrozumiał, że recepcją mitu rządzą współczesne wydarzenia i idee. Postać Sokratesa uzyskała, podobnie jak postać Cezara, tysiąc interpretacji na przestrzeni wieków: od ultrakatolickich - do egzystencjalistycznych. Ale znakomity Cassirer przeliczył się z aktualną przydatnością historycznej symboliki. Uległ XVII i XVIII- wiecznym przekonaniom, że historia się powtarza, że zatem nauki wyciągane z przeszłości są użyteczne w tysiąc lat później. Bocheński wyprowadza go z błędu. Nie próbuje formułować jeszcze raz tezy Vico o cyklicznym rozwoju dziejów. Polemizuje z tą tezą. Każda epoka rządzi się własnymi, odrębnymi prawami. Jeden dyktator nie jest podobny do drugiego. Dlatego ani Boski Juliusz, ani Kleopatra, ani Katon, ani Cycero nie występują tu we współczesnych kostiumach. Szukałby na próżno ten, kto chciałby znaleźć analogię między podbojami Cezara, a np. współczesnym kolonializmem. Podobieństwa nasuwają się wprawdzie, są jednak powierzchowne. Nasza epoka nie została bowiem przybrana przez Bocheńskiego, jak za czasów Davida i Talmy, w antyczne stroje. Boski Juliusz nie jest pretensjonalną graciarnią akcesoriów rzymskich, które zaśmiecały niegdyś sypialnie i salony osiemnastowiecznych sawantek.

Proza Bocheńskiego, czysta i piękna, nie sili się ani na barok metaforyczny, ani na butorowskie tasiemce. Odrobinę przypomina czasem Wildera, to prawda. Choćby konstrukcja książki oparta na różnych zasadach narracji (zależnie od źródeł, z których korzysta autor, pamiętniki samego Cezara, relacja Plutarcha itd.). Nie ma tu jednak ani odrobiny owej „mythologie galante” występującej w wielu podobnych ,,powieściach”. Nie ma też nieznośnego patosu rodem zarówno z tragedii Woltera, jak i z podniosłych nastrojów poezji parnasistowskiej.

„Różnicę między ludźmi czynią same cnoty” - konkludował w 1817 roku Aleksander Chodkiewicz, autor „Katona” - tragedii w pięciu aktach.

To było jeszcze oświeceniowe credo filozoficzne.

W poemacie Heredii o Antoniuszu i Kleopatrze, obok egipskiej królowej pojawiają się późnoromantyczne alegorie: Pragnienie i Śmierć. Bohaterowie poematu uwikłani są w rzeczy ostateczne i we własną psychologię.

Poza Szekspirem nikt nie interesował się więc w legendzie Juliusza historią. Wszyscy zajmowali się samą legendą. Ze współczesnych tylko Bertolt Brecht pokazał rewizjonistycznie życie wielkiego Juliusza, jako karierę arystokraty ciułającego pieniądze i jako wynik gry sił społecznych w imperium rzymskim.

Wolę jednak Bocheńskiego od - nie najlepszej zresztą tym razem - książki Brechta. „Boski Juliusz” jest głęboki bez romantycznej „głębinowości”. Jest współczesny i demaskatorski bez płaskich i jednoznacznych odniesień. To jedna z najlepszych książek polskich 1961 roku.

ALICJA LISIECKA

G. Ferrero: Characters anrt Everts of Roman History from Caesar to Nero, New York 1909.
"Złoty Lis" - Nagroda prywatna Alicji Lisieckiej przyznana Jackowi Bocheńskiemu za "Boskiego Juliusza"

Alicja Lisiecka - "Przyznaję nagrody Złotego Lisa"

„Wiatraki” (Bydgoszcz)

Nr 24 (84) / 16-31.12.1962 r.

Gdzie jest Złoty Lis? Złoty lis - symbol marzenia, złoty lis - wizja świata, uwzględniająca całe skomplikowanie rzeczy i spraw, złoty lis - pełnia osobowości ludzkiej, przeciwstawiana płaskiemu, uproszczonemu pojmowaniu życia. Złoty lis - Prawdziwa Sztuka, złoty lis - Prawdziwa Miłość, złoty lis- Prawdziwe Piękno.

Gdzie jest złoty lis?

Myślicie, Czytelnicy, że piszę taką sobie trochę liryczną recenzję z dawnego opowiadania Jerzego Andrzejewskiego. Pamiętacie je: mały chłopczyk, który widział złotego lisa. Ależ nie. Tłumaczę tylko nazwę nagrody, którą będę przyznawała od dziś co roku - prywatnej, honorowej nagrody Złotego Lisa, nagrody za najlepsze, moim zdaniem, książki, za książki, które mnie, krytykowi, Alicji Lisieckiej - wybaczcie kłopotliwą zbieżność tytułu „lauru" z nazwiskiem inicjatorki - najbardziej przypadły do gustu.

W Polsce jest dużo nagród literackich. Są te najważniejsze - nagrody Ministra Kultury i Sztuki, Rad Narodowych i Festiwali Poetyckich. Nagrody Czerwonej Róży i Zielonego Listka, nagrody imienia sławnych ludzi i 'miejsc, nagroda Czajki, nagrody sympozjonów, nagroda m.st. Warszawy i miasta pół-stołecznego Krakowa. Są nagrody za dramaturgię, słuchowiska radiowe, za powieść współczesną, za pamiętnik, za poezję - zaangażowaną i zwykłą, za najlepsze wypracowanie ucznia i najładniejszy zeszyt szkolny (patrz konkursy „Życia Literackiego"), za twórczość dla kobiet i dla dzieci, za dobre i złe redagowanie czasopism. Mamy też nagrody pierwsze, drugie i ostatnie, nagrody III stopnia, nagrody „młodych" i „starych", wyróżnienia za aktywność publicystyczną i nagrody pocieszenia za brak aktywności.

Są też specjalne nagrody dla przyznających nagrody w postaci honorariów za posiedzenia jury.

Są wreszcie nagrody prywatne: ostatnio Edmund Osmańczyk przyznaje co roku „Małego Osmana", czyli specjalny Puchar, wysyłany najlepszemu, jego zdaniem, publicyście sezonu.

Pomyślałam więc: może i ja... Wprawdzie co wolno wojewodzie - czyli co wolno Czajce i Osmańczykowi, to nie jakiejś tam Lisieckiej. Ale spróbuję. Bo jeśli nie - to i tak za dwa miesiące wpadnie na ten pomysł Kisiel w poszukiwaniu tematu felietonu, albo Magdalena Samozwaniec na złość Alicji Sternowej. I wtedy leżę martwym bykiem.

Tak więc, proszę Czytelników, Kolegów oraz wszystkich wymienionych powyżej i poniżej: nadchodzi uroczysty moment. Że jest uroczysty, przynajmniej dla mnie, nie macie chyba wątpliwości. Przyznanie pierwszej w życiu prywatnej nagrody - to nie to, co jakieś jurorowanie na Wiosnach Poetyckich czy Festiwalach, w redakcjach czasopism albo wydawnictwach.

Ogłaszam więc uroczyście pierwszą serię wyróżnionych książek. Wyróżnionych oraz nagrodzonych „Złotym Lisem", przyznanym w tym roku wyłącznie przez jedną osobę - autorkę niniejszego felietonu (następnym razem, być może, poszerzę skład jury).

Idąc za przykładem Ministra Kultury i Sztuki, wezmę wyjątkowo pod uwagę ostatnie dwa lata, ponieważ żniwo roku 1962 było zbyt ubogie. Wszyscy nagrodzeni Złotym Lisem otrzymają, poza moimi osobistymi gratulacjami i numerem pisma, w którym nagroda zostanie ogłoszona - również wykonany przez wybitnego grafika rysunek złotego lisa z datą i tytułem wyróżnionej książki (wybitni graficy proszeni są o zgłaszanie honorowych ofert na adres redakcji „Wiatraki" w specjalnej kopercie z godłem „Złoty Lis").

Drodzy Czytelnicy. Dotychczas ton mojego felietonu był żartobliwy. Sami rozumiecie: konwencja gatunku, wymagania redakcji, jubileuszowa okazja itd. Ale teraz wszystko już będzie bardzo poważnie (żartobliwą listę nagród ogłoszę innym razem, jeśli nie wyręczy mnie w tym jakaś dostojna instytucja).

Zatem przystąpmy do .rzeczy i ogłośmy nazwiska:

W dziale dramatu nagradzam Tadeusza Różewioza za całokształt twórczości w latach 1961, 1962; w dziale prozy Jacka Bocheńskiego za ,,Boskiego Juliusza"; w dziale poezji Wislawę Szymborską za tom pt. „Sól" oraz Arnolda Słuckiego za tom pt. „Mity na wiosnę"; w dziale satyry Sławomira Mrożka za całokształt twórczości; w dziale twórczości dla dzieci Wiktora Woroszylskiego  za  powieść pt. „Cyryl - gdzie jesteś?”; w dziale twórczości młodych Janusza Krasińskiego za słuchowisko radiowe pt. „Bariery dźwięku"; w dziale reportażu Jerzego Lovella i Barbarę Seidler za całokształt twórczości; w dziale krytyki literackiej zespół redakcyjny „Nowej Kultury" w roku 1961; wyjątkowo w dziale filmu nagradzam Tadeusza Konwickiego za całokształt twórczości; w dziale publicystyki Jana. Strzeleckiego za szkice pt. „Niepokoje amerykańskie"; w dziale felietonistyki Jerzego Putramenta za pięć felietonów w „Przeglądzie Kulturalnym" od dn. 13 X do dnia 18 XI.

Wszystkim laureatom składam gratulacje -

ALICJA LISIECKA

Leszek Szaruga - "Różnica i tożsamość" (1)

Czyjego głosu słuchamy czytając powieść historyczną? Czym ma dla nas być owa - proponowana przez autora - podróż w czasie? Jakim jest język, który potrafi przedrzeć się przez nawarstwione pokłady dziejów, jak się to dzieje, iż odżywają one, funkcjonują? Czym jest dla nas historia i czym jest powieść? Te pytania stoją u podstaw niniejszego szkicu.

1.

Najogólniej rzecz biorąc, „Boski Juliusz” traktuje o procesie osiągania boskości przez Juliusza Cezara. Lecz sprawa nie jest tak prosta: Cezar stanowi tylko przykład osiągania boskości - powieść mówi przede wszystkim o samym procesie. Zostało to zasygnalizowane już w pierwszych zdaniach: „Czy ktoś z państwa chciałby zostać bogiem? Jest to osiągalne. Rzecz prosta, nie każdy reflektuje i nie każdy potrafi. Ale może chcą państwo wiedzieć, jak się to robi? Otóż są sposoby. Historia zna wypadki tego rodzaju. Żądają państwo przykładów? Proszę: Juliusz Cezar". Sama powieść nazwana zostanie w dalszym procesie narracji „podręcznikiem dla miłośników boskości”. Co jest zatem przedmiotem owego podręcznika?

.

Łacińskie wydanie "O wojnie galijskiej" autorstwa Juliusza Cezara

Przede wszystkim ukazuje on konkretne fakty historyczne, zgłębia, a nawet uzupełnia zachowane do dziś dokumenty. Z jednej więc strony materię fabularną tworzą fakty bezsporne, a więc konkretna rzeczywistość historyczna, z drugiej zaś rekonstrukcja „faktów” oparta po prostu o pewien stopień prawdopodobieństwa. Jak wynika z lektury, z tym drugim rodzajem świata mamy do czynienia przede wszystkim wówczas, gdy odtwarzane są zdarzenia dotyczące prywatnej sfery życia Cezara, a więc te, które kształtują jego portret psychiczny. W wypadku traktowania bohatera jako persony historycznej, a więc wówczas, gdy odwołujemy się do sfery jego życia publicznego, zabiegi takie okazują się konieczne w dużo mniejszej mierze - wystarcza na ogół zgromadzona dokumentacja. Mamy tu zatem do czynienia z interesującym zabiegiem kompozycyjnym: interpretacja faktu historycznego podporządkowana zostaje - w płaszczyźnie strukturalnej - określonemu rozumieniu powieści, w płaszczyźnie zaś czysto fabularnej ukazaniu drogi Cezara do boskości. W drugiej płaszczyźnie to celowe przekształcanie faktów historycznych służy takiemu ich przedstawieniu, by sądy na ich temat nabrały cech uogólnienia, by wypowiadały przede wszystkim to, co przydatne nie tyle dla Cezara, co dla „miłośnika boskości" - czytelnika. Ujęcie to posiada istotne znaczenie dla problematyki czasu w powieści Bocheńskiego: „Minęły przecież dwa tysiące lat od śmierci Cezara. Tak długi czas tworzy ścianę, przez którą trudno przebrnąć. Ponadto warstwy czasu nakładają się na siebie w dziwnie jednostajny sposób.  N i e  m o ż n a  o d r ó ż n i ć  w y d a r z e ń  w c z e ś n i e j s z y c h  o d  p ó ź n i e j s z y c h". (Podkr. - L.S.).

Czas wydarzeń, a zatem i bohater, i miejsce - wszystko to jest w pewnym sensie nieokreślone, przypadkowe. Nieprzypadkowa jest jedynie powieść. No i czytelnik. Potraktowanie powieści jako swego rodzaju podręcznika (co, zwłaszcza w powieści historycznej, nie stanowi nowości) ma istotne znaczenie dla koncepcji czytelnika pojmowanego jako element utworu, jako jego konieczne dopełnienie. W określeniu ,,miłośnik boskości”, określeniu wypełnionym - zważmy to - ironiczną wieloznacznością, dzieli Bocheński możliwych czytelników na dwie kategorie. Jeśli utożsamimy - a będzie to chyba zgodne z intencją narracji - boskość z realizacją władzy totalnej (co w kulturze kształtowanej chrześcijańską ideą boga wydaje się być zestawieniem poniekąd samorzutnym), wówczas znaczenie słowa „miłośnik” ulega w tym kontekście rozbiciu na dwie kategorie semantyczne: jedna z nich odnosi się, zgodnie z intuicyjnym rozumieniem terminu, do tego typu czytelników, którzy wobec „boskości" żywią uczucie bezkrytycznej wiary i oddania, druga zaś posiada charakterystyczne cechy oksymoronu, a więc odwołuje się do tej grupy czytelników, która wobec „boskości” żywi postawę krytyczną, czuje się od niej niezależna. W swej strukturze wewnętrznej druga kategoria funkcjonuje na takich zasadach, na jakich w języku polskim działają zwroty typu: „już ja cię popieszczę!” bądź „mój ty aniołku!”, których antynomiczna budowa odsłania się w określonym kontekście werbalnym lub też tylko w zależności od uczuciowego zabarwienia wypowiedzi. Zwracam na to uwagę, typ ironii bowiem wykorzystujący wewnętrzne sprzeczności oparte o zilustrowaną wyżej zasadę stanowi jeden ze znaczących chwytów „Boskiego Juliusza". Tak więc powieść ta będzie odbierana bądź jako podręcznik „miłośnika boskości" stanowiący kompendium wiedzy o czczonej istocie, bądź jako książka realizująca w czytelniczym kontakcie pewien model postawy krytycznej.

Ale też niejednoznaczny i niejednokrotnie wewnętrznie sprzeczny charakter będą miały opisywane w powieści działania jej głównego bohatera, który „dopracowywał (...) wielką koncepcję swego życia, która, sformułowana najprościej, powinna brzmieć: dyktatorem Rzymu będzie liberał, zwycięskie wojny przeprowadzi pacyfista, republikę zniszczy ten, kto pozwoli istnieć jej instytucjom. (...) Ponadto trzeba pamiętać, że dyktatorów nie instalują ani żołnierze, ani bankierzy. Robi to rozentuzjazmowany lud”. Sam mistrz Machiavelli lepiej by tego nie sformułował! Książka Bocheńskiego skonstruowana jest w ten sposób, iż eksponuje istotną cechę warsztatu literackiego: nieprawdopodobieństwo podziału na treść i formę - ironia zdarzeń pociąga za sobą ironizującą stylistykę, przewrotność procesów dziejowych wobec społeczeństw wyzwala przewrotność autora wobec czytelnika. Konsekwencje tego stanu rzeczy wynikną jednak dopiero w trakcie omawiania „Nazo poety".

2.

Chwytem wyznaczającym funkcjonowanie „Boskiego Juliusza" jest zastosowanie kompozycji szufladkowej, gdy tok narracji głównej zawiera w swym wnętrzu utwór epizodyczny czy też, jak w omawianym wypadku, będący wtrąceniem dygresyjnym. Tutaj utwór wewnętrzny jest jednocześnie aluzją do „Boskiego Juliusza". Oto w zasadniczy wywód powieści wprowadzony został życiorys Arystydesa pióra Neposa. Życiorys ów, opublikowany w okresie panowania Cezara, zawiera tropy pozwalające zestawić życie jego bohatera z życiem i działalnością zabójcy boskiego Juliusza - Brutusa. Wydaje się więc swego rodzaju przepowiednią - zwłaszcza gdy czytamy go znając los Cezara. Sytuacja Neposa zdaje się być analogiczna z sytuacją narratora powieści: tak jeden, jak i drugi jednak zastrzegają się, iż w danym wypadku nie są historykami, lecz biografami tylko. Wszakże mamy tu do czynienia z pewną osobliwością kompozycji szufladkowej - prócz wprowadzenia opowiadania epizodycznego w żywą tkankę narracji głównej dodany został komentarz do tego opowiadania i nadto jeszcze - jakby nie dość było spiętrzeń - komentarz do zastosowania tego właśnie chwytu w budowie powieści: „Antykwariusz chce zaproponować czytelnikom, aby się zastanowili, czy tekst Neposa nie zawiera jakiejś aluzji lub komentarza do wypadków, o których za chwilę opowiemy. Antykwariusz: nie ma w tej sprawie wyrobionego poglądu. Jego zdaniem wskazywanie konkretnych aluzji, mówienie: «to się wiąże z tym faktem, a tamto z owym» byłoby spekulacją zbyt daleko posuniętą. Idzie raczej o pewien kierunek refleksji Neposa".

Przytoczony fragment pozwala na poczynienie kilku uwag na temat skonstruowanego w powieści systemu narracji. Chciałbym - pamiętając o funkcji ironii w „Boskim Juliuszu" - przywołać tu słowa Sandauera, w których powiada on, pisząc o ironii romantycznej, iż jest ona „czymś więcej niż czysto literackim chwytem. Wyraża się w niej nie tylko nowy stosunek artysty do utworu, ale - człowieka do samego siebie. Podważając wiarygodność swej anegdoty autor kompromituje ją zarazem jako swe własne przeżycie, na które spogląda z nieskończonego dystansu. Jest to więc - przeniesiony na teren narracji - szczegółowy wypadek nowożytnej bajronicznej ironii". Wydaje się, iż chwyt ów został przez Bocheńskiego w interesujący sposób przekształcony: kompromitacja autorskiego przeżycia stała się punktem wyjścia do próby podważenia pewnego typu przeżycia odbiorcy. W słowach odnoszących się do funkcjonowania i sposobu budowy aluzji literackiej nietrudno odnaleźć zachwianie zasady myślenia aluzyjnego, podważenie schematu działania języka czopowego, obnażenie struktury świadomości niewolniczej, dla której odnajdywanie aluzji w dowolnej wypowiedzi stało się obsesją. Chwyt ten jest - jak się zdaje - próbą obrony literatury jako literatury właśnie, obrony jej wolności ograniczanej między innymi w sposób niezwykle drastyczny przez strukturę języka czytelniczego. System narracji zaprezentowany w powieści Bocheńskiego posiada kształt wewnętrznego komentarza: odrzucając ideę narratora wszechwiedzącego musimy przyjąć, iż jest nim antykwariusz, o którego działaniach mówi się w „Boskim Juliuszu" używając osoby trzeciej („Antykwariusz chce zaproponować..."). Przeto jedynym możliwym rozumieniem zjawiska jest taka interpretacja, która zakłada, iż komentator działań i wypowiedzi antykwariusza stanowi dlań alter ego, jest projekcją jego świadomości. Taka konstrukcja narracji, będąca kalką systemu narracji pamiętników Cezara jest ironicznym komentarzem do sposobu myślenia kategoriami ideologiczno-politycznymi, albowiem, jak pisze Butor, „to przesunięcie (oznaczenie narratora trzecią osobą - L. S.) ma u Cezara niezwykłą doniosłość polityczną. Gdyby pisał w pierwszej osobie, przedstawiłby siebie jako świadka opowiadanych wydarzeń, ale uznałby przy tym innych liczących się świadków, którzy mogliby tekst skorygować albo uzupełnić. Używając trzeciej osoby uznaje wyjaśnienie historyczne za skończone, a własną wersję za definitywną. Odrzuca więc z góry wszelkie inne świadectwo, a ponieważ wiadomo, jaka pierwsza osoba kryje się za tą trzecią, nie tylko je odrzuca, ale go zakazuje". W książce Bocheńskiego autokomentarz narratora nakazuje czytelnikowi korygowanie toku jego myśli, a więc jest propozycją postawy biegunowo przeciwnej.

Ciąg dalszy – część II

Leszek Szaruga - "Różnica i tożsamość" (2)

Jest rzeczą istotną, iż przytoczony tekst Neposa zawiera domyślne aluzje do współczesności rzymskiego historyka, do działań i życia Cezara, a jednocześnie dotyczy okresu odległego w czasie. Wolno chyba wywieść stąd, iż jest to w powieści Bocheńskiego świadome konstruowanie paraleli między dziełem cytowanym a utworem, w którym jest ono przytoczone. Wszakże narrator przestrzega przed mechanicznym utożsamianiem funkcji obu utworów - więcej: wskazuje na możliwe błędy w interpretacji dzieła Neposa jako aluzji do sytuacji, w której żył autor „O ludziach znakomitych". Ostrzeżenie to, będąc z jednej strony wskazówką krytycznej refleksji, jest również obroną swoistości poznania artystycznego, przestrogą przed zbyt łatwym i jednoznacznym odczytywaniem prezentowanego w powieści świata. Chwyt ten jest niezwykle sugestywnym przykładem zjawiska, o którym pisze Burek: „Krytyka staje się dziś niezbędną i najbardziej autentyczną formą twórczości. Formą historycznie konieczną. (...) Możliwe też, że my, jak inne europejskie literatury, wchodzimy również w wiek krytyki, gdy refleksja nad warunkami twórczości, rozmyślanie nad dziełem sztuki, które powinno zostać stworzone, zajmuje miejsce samego tego dzieła, utożsamia się z aktem twórczym". Bocheński aż tak skrajny nie jest, łączy po prostu krytykę z samym utworem wprowadzając zasadę ironicznej autorefleksji. Jednocześnie zasada ta jest propozycją dla czytelnika: tworzy model krytycznej poetyki odbioru. Te cechy „Boskiego Juliusza" stanowią zarówno o jego artystycznej doniosłości, jak i o ważkości poznania literackiego - wprowadzają świadomość twórczą na poziom, który obejmuje nie tylko zagadnienia kreacji określonego świata, lecz również problemy społecznej sensowności takiego działania, a jednocześnie nobilitują czytelnika na  rzeczywistego twórcę wartości, które odnajduje w dziele. Tak więc wprowadzenie w tok powieści utworu Neposa i moment krytycznej refleksji nad tym utworem tworzy punkt odniesienia wyznaczający zarówno jej znaczenie wewnętrzne, jak też sens i zasady funkcjonowania w rzeczywistości literackiej oraz najszerzej pojętej rzeczywistości społecznej.

3.

W trakcie analizy podziału czysto zewnętrznego wyodrębniamy w powieści pięć części podstawowych, o których powiada Stefan Żółkiewski, iż jest to układ, który „pokazuje, jak stający się bogiem realizuje zasadnicze struktury ludzkiego istnienia: okrucieństwo, łaskę, miłość, nienawiść". Zamknięciem utworu jest rozdział zatytułowany „Zakończenie według Plutarcha". Nie podważając słów Żółkiewskiego na temat tego, czy wymienione uczucia są wyznacznikami zasadniczych struktur ludzkiej egzystencji, chciałbym jednak zaznaczyć, iż ujęcie takie eksponuje kierunek interpretacji psychologizującej, gdy tymczasem układ kompozycyjny powieści skłania raczej ku zajęciu wobec niej postawy odwołującej się do ustaleń socjologicznych. Po pierwsze: nie mamy tu do czynienia z postacią realizującą się tylko w sferze życia prywatnego - przeciwnie: działania i życie Cezara miały przede wszystkim charakter publiczny, zwłaszcza realizacja boskości, która jest przecież głównym przedmiotem powieści. Po drugie: rozczłonkowanie kompozycyjne zdąża do ukazania czterech różnych portretów Cezara - odwołuje się zatem świadomie bądź nieświadomie do twierdzenia określającego człowieka jako wiązkę ról społecznych; jest to analiza istoty społecznej, nie zaś analityczne przedstawienie psychiki jednostki. Zgadza się to z ideą powieści-podręcznika: chodzi tu przecież o odtworzenie, rekonstrukcję działań i ich motywów, których celem jest uzyskanie boskości.

Cezar potraktowany tu został jako przykład, jednostka typowa. Typowość ta nie odnosi się w dodatku do żadnej określonej epoki historycznej: ma to być portret władcy absolutnego w dowolnym momencie dziejów. Część pierwsza - „Okrucieństwo" - stanowi konstrukcję modelu działania przywódcy wojskowego, który jest jednocześnie politykiem dążącym do przejęcia władzy. Część druga - ,,Łaska" - odsłania mechanizmy panowania absolutystycznego ukrytego pod maską rządów demokratycznych. Część trzecia - „Miłość" - ukazuje obraz życia osobistego. Część czwarta w końcu - ,,Nienawiść" - jest obrazem konfliktu między politykiem a intelektualistą (Kato). Zważmy tutaj, iż dwie pierwsze części, konkretyzując na przykładzie Cezara model racjonalnych działań władcy absolutnego, zyskują w tekście olbrzymią przewagę ilościową wobec dwóch następnych, które odtwarzają mechanizmy działań częściowo przynajmniej irracjonalnych. Ten stosunek ilościowy podkreśla podręcznikową wagę prezentowanych problemów: dwie pierwsze części opisują działania mające najistotniejsze znaczenie w procesie osiągania boskości; w częściach po nich następujących ukazane są przede wszystkim konsekwencje wynikające z osiągnięcia celu. Postawa interpretacyjna zasugerowana przez Żółkiewskiego stanowi realizację postulowanych działań odbiorcy. I tak oto, gdy proces narracji analizuje osobowość Cezara, wówczas czytelnik tworzy syntezę powstałych obrazów. Przypomina to w pewnym stopniu technikę drukowania kolorowych zdjęć prasowych, gdy w procesie nakładania na siebie klisz jednobarwnych otrzymujemy w rezultacie zdjęcie wielokolorowe. Jest to podkreślone w ukształtowaniu kompozycyjnym powieści, które proces odbioru aktywnego czyni koniecznym dopełnieniem aktu autorskiej kreacji. W ten sposób aktualny (nie zaś potencjalny, jak w statycznym ujęciu strukturalistycznym) czytelnik staje się elementem kompozycyjnym omawianej powieści. Dzieje się tak dlatego, iż konstrukcja teoretyczna powołująca pojęcie czytelnika potencjalnego jako element składowy dzieła literackiego wyznacza jedynie granice funkcjonowania utworu, nie jest zaś w stanie odpowiedzieć na pytania odnoszące się do samego aktu odbioru, a zatem zawsze traktuje utwór w sposób nieindywidualny jako przedstawiciela określonej jednostki gatunkowej (w tym wypadku powieści): jeżeli analiza strukturalna określa jednak dzieło w jego funkcjach rzeczywistych, dzieje się tak na skutek przełamania nieuchronnej sprzeczności, tkwiącej w tym ujęciu, a polegającej na tym, iż założywszy pojęcie odbiorcy potencjalnego aktualizuje je każdorazowo w samej osobie badacza. W powieści-podręczniku zagadnienie to, na skutek skonstruowania „wykładowego" systemu narracji, widoczne jest szczególnie ostro, podobnie zresztą, jak - by posłużyć się przykładem zbliżonym - w ,,Księciu" Machiavellego.

Ciąg dalszy – część III

Leszek Szaruga - "Różnica i tożsamość" (3)

4.

W recenzji omawiającej powieść Bocheńskiego powiada Anna Kamieńska, iż „rzecz cala pachnie łaciną. Pachnie lakonicznym, prostym, zdecydowanym stylem samego Cezara". Ale czy rzeczywiście? Czy styl „wykładu" antykwariusza ogranicza się jedynie do przyjęcia, zwłaszcza w partiach monologu konstruowanego na zasadach mowy zależnej, stylu pamiętników Cezara? Przyjrzyjmy się samemu tekstowi: „Kolejno zgłaszali się następni. Meldujemy, że nasz legion nigdy nie uległ haniebnej psychozie strachu, nasz legion wprost przeciwnie, nasz legion zawsze, a w ogóle, co się tyczy naszego legionu, to postaramy się jeszcze zrehabilitować w polu, ave, ave, Caesar imperator. Dalej: oświadczamy w imieniu tego a tego legionu, ze wszelkie wątpliwości byty, są i będą nam z gruntu obce".

Już tylko ten fragment wystarczy, by wyłowić znaczący w planie odbioru zwrot frazeologiczny: „haniebna psychoza strachu". W ,,podręczniku" Bocheńskiego odnajdziemy ich więcej: „kadra ślepo oddanych ludzi", „suwerenne społeczeństwo", „lepszy ustrój" itp. Są to zwroty współczesne. Pachnie tu nie tylko łaciną: pachnie również gazetą, broszurą propagandową. Zważmy: zderzenie dwóch różnych stylów - lakonicznych, beznamiętnych wypowiedzi Cezara z jednoznacznie zabarwionymi  uczuciowo, naszpikowanymi przymiotnikami o charakterze wartościującym zwrotami gazetowymi dnia dzisiejszego - ta mieszanka wkładana jest niejednokrotnie wprost w usta czy umysł bohaterów „Boskiego Juliusza". Mamy zatem do czynienia - przynajmniej w warstwie językowej - ze stworzeniem sytuacji historycznie nieprawdopodobnej: wypełnieniem wypowiedzi ludzi z okresu upadku republiki rzymskiej zwrotami, które nie mogły być wówczas w użyciu - takimi np. jak „psychoza strachu". Idźmy dalej tym tropem: w wypowiedziach Cezara dominują konstrukcje myślowe oparte na nowoczesnym rozumieniu państwa. Materiał pamiętników Cezara oraz wypowiedzi współczesnych wkomponowane zostały w tok wypowiedzi w ten sposób, iż zatraciły charakter materiału historycznego odnoszącego się do konkretnego okresu, w którym zanurzona została fabuła. Antykwariusz - jak się okazuje - skutecznie przebija się przez ścianę czasu, który, minął od śmierci Cezara. Owym narzędziem, którym rozkrusza nagromadzone warstwy minionych epok, okazuje się styl wypowiedzi, stylistyka, w jaką ujęta została opowieść. Odsłania ona adresata powieści: eksponuje, zwłaszcza w węzłowych momentach rozwoju fabuły, frazeologię języka gazetowego wytworzoną w drugiej połowie XX wieku.

Uczynienie ze stylistyki jednego z głównych elementów kompozycji utworu możliwe było tylko dzięki doborowi materiału dokumentalnego jako podstawowego tworzywa tekstu. Przemieszanie stylu pamiętników Cezara ze stylem charakteryzującym współczesne piśmiennictwo propagandowe wynika z przemieszania bezpośredniej treści dokumentu z uzupełnieniami antykwariusza: uzupełnieniami - trzeba to powiedzieć - będącymi sumą jego doświadczeń historycznych.

5.

Należałoby teraz omówić rolę ostatniego rozdziału ,,Boskiego Juliusza". Nie mówi on o Cezarze. Cała jego treść odnosi się do poczynań przeciwnika Boskiego - Marka Porcjusza Kato Młodszego. Człowiek ten reprezentuje w powieści Bocheńskiego typ intelektualisty: zderzenie go z Cezarem zaprezentowane w rozdziale przedostatnim („Nienawiść"), pozwoliło narratorowi ukazać model konfliktu między dwoma odmiennymi sposobami myślenia i życia. Ukazanie działań Katona ma, w strukturze powieści, stworzyć obraz kontrastowy wobec poczynań Cezara. Ten ostatni prezentuje w powieści typ polityka, który wszelkie wartości podporządkowuje własnym celom, dla którego celem ostatecznym i w gruncie rzeczy jedynym jest on sam jako reprezentant władzy. Stworzony w ostatnim rozdziale portret ukazuje człowieka, który wszelkie swoje działania, całą swą osobowość i życie podporządkował określonemu systemowi wartości, systemowi, w którym nie do pomyślenia byłoby łamanie praworządności, występowanie przeciw ustalonym zwyczajom i zasadom życia społecznego. Jeśli Cezarowi chodziło o zniszczenie republiki, to Kato nie tyle stawał w obronie samej instytucji, ile usiłował chronić te wartości, których dotychczas była ona synonimem. Dopiero w takim ujęciu istota konfliktu staje się w pełni zrozumiała. Kato nie występował bowiem przeciw samej osobie Cezara, lecz przeciw charakterowi jego poczynań. Bezsilność polityka w tej walce polegała przede wszystkim na tym, iż atakował osobę, konkretnego człowieka, tego, którego imię zostało społecznie utożsamione z bronionym przezeń systemem wartości. Ale też ostatni rozdział „Boskiego Juliusza" posiada w twórczości Bocheńskiego i inne znaczenie - wiąże tę powieść z następną - z „Nazo poetą". Tworzą one razem swego rodzaju dyptyk, co widoczne jest zwłaszcza w podobnym systemie narracji, który - jak rzadko w literaturze - jest tu wyjątkowo silnie eksponowany. I nie jest to często spotykany niedostatek pisarstwa polegający na tym, iż w utworze widoczne są „szwy" teoretyczne powołujące go do istnienia. Rozwój powieści i jednocześnie rosnąca świadomość społeczna stawiają tak przed badaczem, jak i przed artystą nowe problemy, których nie sposób nie brać pod uwagę przy omawianiu konkretnych dokonań literackich. Wydaje się, że takie zagadnienia, jak np. problemy kompozycji utworu - tu: powieści - muszą w określony sposób do tych zmian się odwoływać. Rozumienie pojęcia utworu literackiego jest historycznie zmienne: wraz z postępem badań narastają nowe problemy związane ze zmianami zachodzącymi w samej literaturze - dla przykładu wymienię choćby coraz szerzej badane zagadnienie poetyki odbioru. Tym samym historycznym przekształceniom ulega cala aparatura pojęciowa odnosząca się do analizy utworu. Przedstawiona tu propozycja odczytania powieści Bocheńskiego jest próbą takiego rozbioru zasad kompozycji, który odwołuje się do zmian zachodzących obecnie w teorii literatury. Warto tu przywołać słowa F. Miko: „Jest rzeczą niewątpliwą, iż zarówno rosyjski formalizm, jak czechosłowacki i polski strukturalizm prezentowały w swoim pierwszym rozpędzie formalny i strukturalny punkt widzenia, co musiało w rezultacie prowadzić do pozytywistycznej redukcji artefaktu literackiego. Stosunkowo najwięcej ucierpiał na tej redukcji plan tematyczny utworu. Podnosząc jego istotność sprzeciwiamy się fenomenologicznym dążeniom, które ignorują doniosłość literackiej empirii. Nie możemy nie brać w rachubę elementarnych doświadczeń czytelniczych, które wskazują niezbicie, że temat dzielą literackiego (także szerzej: dzieła sztuki) uczestniczy aktywnie w oddziaływaniu estetycznym i stanowi -  p o  s t r o n i e  o d b i o r c y  (podkr. - L. S.) — «przedmiot» przeżycia estetycznego. Rzecz prosta, problem «formy» czy «struktury» nie traci przez to swojej ważności". W uzupełnieniu dodam, iż różnica między ujęciem strukturalistycznym a tym, które reprezentuje Miko, polega przede wszystkim na tym, iż pierwsze z nich bada tekst jako formę komunikatu językowego, drugie natomiast interesuje samo działanie komunikatu.

Ciąg dalszy – część IV

Leszek Szaruga - "Różnica i tożsamość" (4)

6.

Żyję o dwa tysiące lat później i nie dotyczą mnie wyroki Boskiego. Czy skazany słyszy? Dochodzą prawdy, powiedziałem to na początku, prawdy, która w pewnym sensie musi chyba istnieć! Czy skazany zdaje sobie z tego sprawę? Czy tego chce? Ale ja skazanemu jeszcze cos powiem. Jeśli nie dojdę prawdy, będę musiał zamiast niej cos wymyślić. Niech się skazany zastanowi, niech sobie to wszystko dobrze rozważy tam w Tomi, podczas bezsennych nocy. Przesłuchanie chwilowo kończymy. Dziękuję skazanemu. Dziękuję obronie".

Jaki to styl? Przesłuchanie? A może wywiad? Chyba jednak to drugie - wymuszony, wbrew udzielającemu odpowiedzi, ale wywiad. I to wywiad robiony na żywo - dla radia lub telewizji: wskazuje na to typowy zwrot podziękowania w zakończeniu. Tutaj - w powieści .,Nazo poeta" - publiczność, odbiorca istnieje już bezpośrednio, jeszcze bardziej wyraźna jest druga osoba, ku której otwarta jest narracja utworu. A nawet więcej: jest tu i owo demagogiczne „my", którym podbija się widzów - podkreśla to rzekomą czy zamierzoną wspólnotę działań narratora i czytelnika. Wyjście poza dotychczasową granicę widoczne jest zwłaszcza wówczas, gdy prowadzący wywód konferansjer odwołuje się do pierwszej powieści: „Gdyby tak znajomy nasz antykwariusz, otrzaskany z historią starożytną i dyskrecjami Boskiego Juliusza, przyszedł teraz na pomoc!"

Konferansjer przedstawiający nam dzieje Publiusza Owidiusza Nazo jest więc kimś innym, niż antykwariusz opowiadający życie Cezara. (Chyba - co warto zauważyć, iż to on powiada w „Boskim Juliuszu": „Antykwariusz chce zaproponować…”). Inny też jest język, którym się posługuje. Zauważył to już Barańczak: „Dochodząc w swojej «prezentacji» do tragicznego zwrotu w biografii Owidiusza, konferansjer zmienia więc skórę: operując stale środkami wypowiedzi charakterystycznymi dla współczesnej kultury masowej, wybiera z nich tym razem głównie te, które ewokują nastrój zagadki i tajemniczości. Jest więc odtąd nie tyle konferansjerem, ile - powiedzmy - dziennikarzem sensacyjnej popołudniówki, zbierającym materiały do reportażu o sensacyjnej aferze, w którą zamieszana jest znana osobistość". Znów zatem mamy do czynienia z językiem gazety.

Konferansjer żyje dwa tysiące lat po rozegraniu się dramatu między Augustem i Owidiuszem, jego program jest programem współczesnym, przeznaczonym dla współczesnego odbiorcy. „Nikt z nas - powiada - nie przebywa w przeszłości, czyli w tym, co było. Lecz uświadomić sobie przeszłość, w której nas nie ma, można jeszcze jedynie teraz, gdy właśnie jesteśmy, a wyrazić ją można jedynie takim stylem i takimi słowami, jakie w teraźniejszości są nam dane. Stąd ważny wniosek o względności gramatyki: nie ma stylistycznej różnicy między czasem przeszłym i teraźniejszym". Historia zawsze zatem odbywa się teraz, dziś, tworzymy ją wciąż od nowa, lepimy z dziejów takie formy, jakie potrafimy - a tym samym sami się odtwarzamy w historii.

Centralnym problemem powieści jest rozszyfrowanie przyczyn wygnania Owidiusza. Jest wyrok, jest skazany, jest sędzia, ale nie ma przestępstwa. Czytelnik wraz z narratorem zdążają zatem do rozwikłania powodów, dla których poeta został z Rzymu wypędzony. I tutaj zaczyna się problem: otóż tak jeden, jak drugi myślą kategoriami współczesnymi. Czy przestępstwo, które usiłują odnaleźć, może się mieścić w dzisiejszym rozumieniu tego terminu? Pytania można mnożyć. Pozostanie wszakże jeden pewnik - na język, w którym się to wszystko odbywa, jesteśmy skazani. Inaczej myśleć nie możemy.

7.

Czy rzeczywiście nie możemy?

W „Boskim Juliuszu" język gazety i język pamiętników Cezara stanowiły znakomite dopełnienie, splatając się w język powieści. Czym dopełniony jest język konferansjera? Otóż uzupełnia go najczystsza poezja, poezja, przed którą konferansjer ostrzega czytelnika: „Mam również w projekcie efektowny pokaz iluzji. Sam jednak nie myślę nikogo zwodzić. Wprost przeciwnie. Poproszę publiczność za kulisy, by każdy mógł zajrzeć do środka mistyfikacji, zobaczyć, jak powstają owe fakty «wzięte z głowy», owe czary żonglera-iluzjonisty, których elegancję i być może niemoralność osądzą państwo sami. Żongler przed publicznością to zawsze ciekawy punkt programu. Proszę tylko nie dać się zwieść licznym złudzeniom, które ten człowiek wywoła, ponieważ będzie nas nieustannie mylił, będzie ukrywał fakty rzeczywiste, a podstawiał fikcyjne, będzie nas bałamucił, prowadził na fałszywy trop i wydrwiwał. Ale to nie ja!" Chodzi - rzecz jasna - o poezję samego Owidiusza, która w sposób niemal niezauważalny wprowadzona jest wielokrotnie w tok narracji.

I tutaj powstaje dla czytelnika rzeczywisty problem. Z jakiej racji ma ufać konferansjerowi, dlaczego niby uznać ten wybór, jakiego on dokonał? Kto zaręczy, iż teksty Owidiusza nie są dobrane tak, by uzasadnić tylko i wyłącznie to, co chce powiedzieć konferansjer? I czyż przytoczone ostrzeżenie narratora nie jest tożsame z tym, które formułuje antykwariusz w komentarzu do przekazu Neposa? Pytania można mnożyć. W konsekwencji pozostaje jednak tylko jedno: jak dalece splątane są w powieściach Bocheńskiego fakty i iluzje faktów? Niemożność przeprowadzenia ostrej granicy między rzeczywistością i jej mitem stanowią o charakterze samej powieści. Wydaje się, iż gatunek powieści historycznej zyskuje w utworach Bocheńskiego pełnię artystycznej samoświadomości, co chyba dość dobitnie wyrażone zostało w zdaniu otwierającym „Nazo poetę”: „Nowy program, kłaniam się państwu, może trochę rytmu?" To zdanie skłania nas do wniosku, iż antykwariusz i konferansjer to w gruncie rzeczy jedna i ta sama osoba. Ostrzeżenie pod adresem czytelnika w obu wypadkach brzmi jednakowo: pamiętaj, kochany, iż tekst, który czytasz, jest powieścią, jest utworem artystycznym, swobodną grą wyobraźni i nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. I wiedz: zostałeś ostrzeżony.

A może - i to byłoby poszukiwanym wyjściem - nie ma różnicy między rzeczywistością i jej mitem? W ten oto sposób możemy wydostać się z klatki języka, który jest nam dany, w ten sposób możemy uzyskać to minimum wolności, jakie możliwe jest do zdobycia: poprzez podważenie wiary w język, historię, w fakty i w iluzję faktów. Tak więc konflikty przedstawione w omawianych powieściach okazują się konfliktami pozornymi, grą językową, starciem nazw i imion, wielką wojną znaków, nieskończoną kombinacją możliwości. Eseistyczne nasycenie utworów zdaje się potwierdzać ten domysł: esej bowiem od zarania - od dokonań Montaigne’a - był sposobem wypowiedzi subiektywnej i autoironicznej zarazem. Tutaj ironia ta sięga samego utworu, samej siebie. Albowiem - jak zauważa Hilsbecher - „uczony ma tendencję do specjalizacji, eseista z natury musi bronić się przed całkowitym porzuceniem statusu amatora". I dalej: „Przy całej ścisłości, z jaką traktuje dany temat, przedmiot, przy całej znajomości szczegółów, jaką może sobie przyswoić, w końcu pozostaje jednak laikiem".

I to jest chyba najistotniejsze: esej jest zderzeniem amatora z amatorem, laika z laikiem - autora z czytelnikiem. Jest - ściślej - fragmentem swobodnej wymiany myśli. Czytelnik stanowi więc tutaj dopełnienie konieczne. I jeśli „programy" Bocheńskiego są programami „na czasie" to dlatego, iż przedstawione w powieściach konflikty są konfliktami organizującymi zasady społecznego myślenia o rzeczywistości. O tyle też są to konflikty rzeczywiste. Jednocześnie jednak, wobec olbrzymiego ładunku autoironii, na skutek zderzenia języka gazetowego z językiem literackim, następuje kompromitacja obu języków i na dodatek kompromitacja wolności uzyskanej w niepowtarzalnym, „jednorazowym" języku powieści. W żadnym z nich nie możemy się porozumieć. Inaczej mówiąc: obie powieści Bocheńskiego traktują o niemożliwości jednoznacznego rozumienia jakiegokolwiek faktu - historycznego w szczególności. I jeszcze jedno: konstrukcja tych utworów w sposób wyjątkowo sugestywny budzi odczucie tajemnicy świata i człowieka: również siebie samego.

LESZEK SZARUGA

"Frankfurter Allgemeine Zeitung", Nr 291 / 15.12.1961 r.

"Strzał na postrach w  polską Nową Kulturę" - tekst Hansjakoba Stehle o usunięciu Stefana Żółkiewskiego ze stanowiska redaktora naczelnego po próbie nagrodzenia "Boskiego Juliusza" przez "Nową Kulturę".

Fot. Archiwum Jacka Bocheńskiego

Recenzja "Boskiego Juliusza" - "Deutsche Zeitung", 16-17.02.1963 r.

Druk reklamowy pierwszego wydania "Boskiego Juliusza" w przekładzie na obcy język

 
1 , 2