© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
środa, 06 marca 2013
2009 - "Tyberiusz Cezar" (trzeci tom trylogii rzymskiej)
 

"Tyberiusz Cezar" - "Świat Książki", Warszawa 2009, ISBN 978-83-247-1556-5

*   *   *

Mądrość, groza i rozpusta starożytnego Rzymu
Znakomity pisarz zamyka po latach swój antyczny tryptyk, stawiając się w roli „przewodnika wycieczki” po czasach i tajemniczym życiu cesarza Tyberiusza.
Kim naprawdę był człowiek rządzący Rzymem między 14 a 37 rokiem n.e.: okrutnym dziwakiem czy „niezrozumianym przez ludzi samotnikiem”? Autor zabiera nas, „turystów”, w podróż na Capri, Rodos i do Rzymu, oprowadzając zarówno po ówczesnym, jak i dzisiejszym świecie, tropiąc m.in. dawne związki astrologii z polityką, pikantne życie obyczajowe i wciąż aktualną „propagandową grę pozorów”. Na frapującą lekturę składają się anegdoty, sceny dialogowe, monologi wewnętrzne Tyberiusza, głosy historyków i ponadczasowe refleksje.
(nota wydawcy) 

*   *   *

Lecz nie życie intymne najsłynniejszego mieszkańca Capri stoi w centrum literackiego przedstawienia. Istotniejsze wydają się refleksje dotyczące polityki, etycznych dylematów historii, porządku świata, losu.

Dariusz Nowacki, "Gazeta Wyborcza", maj 2009

Wbrew sugestii, jaka płynie z tytułu, powieść tego prozaika to nie tylko historia rzymskiego władcy z I w. n.e., ale również garść gorzkich refleksji nad istotą życia politycznego..

"Polska", maj 2009

Wbrew sugestii, jaka płynie z tytułu, powieść tego prozaika to nie tylko historia rzymskiego władcy z I w. n.e., ale również garść gorzkich refleksji nad istotą życia polityczsego, pożądaniem władzy, zepsuciem moralnym, uczuciową pustką. Granica między historią odległą od nas i refleksją nad teraźniejszością jest zatem tu płynna.

"Dziennik Polski", maj 2009

(ze strony internetowej "Świata Książki")

Akwaforta z 1910 r. przedstawiająca Tyberiusza przyjmującego kurtyzany

Historia w ofercie turystycznej. Opowieść Jacka Bocheńskiego o Tyberiuszu (I)

Elżbieta Konończuk

Uniwersytet w Białymstoku

Historia w ofercie turystycznej.

Opowieść Jacka Bocheńskiego o Tyberiuszu

[fragmenty pracy zamieszczonej w Białostockich Studiach Literaturoznawczych - I 2010 - Roczniku Wydziału Filologicznego Uniwersytetu w Białymstoku]

 

           

Były antykwariusz i konferansjer w roli pilota wycieczki

 

Podjąłem się, szanowni państwo, nowej funkcji. Ja, były antykwariusz, w pewnym okresie konferansjer, zmieniłem raz jeszcze zawód. Będę pilotem wycieczki. Ale na razie dopiero ćwiczę[1].

 

Tak przedstawia siebie narrator powieści Jacka Bocheńskiego, zatytułowanej Tyberiusz Cezar, wydanej w 2009 roku. Pilot wycieczki jest zatem trzecim wcieleniem narratora tryptyku rzymskiego, który w Boskim Juliuszu (1961) wystąpił w roli antykwariusza poszukującego prawdy o Juliuszu Cezarze, w Nazo poecie (1969) – w roli konferansjera widowiska estradowego, dociekającego przyczyn konfliktu Owidiusza z Oktawianem Augustem.

Powieść Tyberiusz Cezar – podobnie jak Boski Juliusz i Nazo poeta – rozumiem jako tematyzującą proces poszukiwania dostępu do przeszłości[2]. Odsłaniają one warsztat historyka-amatora, który w Boskim Juliuszu, jako antykwariusz handlujący okruchami przeszłości, próbuje zbudować jej obraz, nieciągły i fragmentaryczny. W Nazo poecie historyk-amator wprowadza historię na scenę, czyniąc ją przedmiotem popularnego widowiska, a tym samym ukazując mechanizmy komercjalizacji przeszłości. Z kolei w Tyberiuszu Cezarze dostęp do przeszłości możliwy jest dzięki podróży, której cel stanowi turystyka historyczna. Jak we wcześniejszych powieściach Bocheńskiego antykwariat i scenę, tak w przypadku tu omawianej właśnie podróż należy uznać za metaforę dostępu do przeszłości[3]. Aby doświadczyć przeszłości, trzeba bowiem udać się w podróż, rozumianą zarówno dosłownie jako przemieszczanie się w przestrzeni w poszukiwaniu miejsc noszących ślady przeszłości, jak też rozumianą metaforycznie jako podróż w czasie. Metafora podróży wyraża takie doświadczenie, które Frank Ankersmit nazywa „doświadczeniem historycznym”, a które – jak twierdzi – poprzez natchnienie prowadzi do bezpośredniego kontaktu z przeszłością[4]. Podróż do miejsc historycznych zazwyczaj motywowana jest potrzebą bezpośredniego z nimi kontaktu, który staje się namiastką zmysłowego doznawania rzeczywistości minionej, zapośredniczanej  przez ruiny, zbiory muzealne lub dzieła sztuki.

Tematem powieści Bocheńskiego jest właśnie historia rozumiana jako ważny i atrakcyjny element oferty turystycznej. Przedstawiona w niej podróż do starożytności – realizowana jako forma turystyki historycznej – pilotowana jest przez narratora, w którym, podobnie jak w narratorach wcześniejszych części trylogii rzymskiej, można rozpoznać rysy autora. On sam w książce Antyk po antyku tak oto pisze o swojej decyzji przystąpienia do pisania omawianej tu powieści:

 

Wiedziałem, co zrobię w książce. Wycieczkę! Byłem przedtem antykwariuszem, konferansjerem, będę teraz pilotem wycieczki. Pojedziemy na Capri do Willi Jowisza, a tych młodych archeologów, marksistów, też zabiorę, w ogóle sproszę turystów z całego świata, różne narodowości, jak to na Capri. No i naturalnie Polaków bez dewiz. Ależ oczywiście, wszystkim obywatelom krajów socjalistycznych mogę w swojej książce o Tyberiuszu zapewnić bezpłatnie rewelacyjną wycieczkę[5].

 

Powieść Tyberiusz Cezar składa się z czterech części zatytułowanych kolejno: Prospekt 1970, Fantazja 2005, Pornografia 14-26, Horror 26-37 oraz epilogu Śmierć stróża 1973. Daty w tytułach – oprócz tych odsyłających do biografii Tyberiusza – odnoszą się do realnego czasu pracy pisarza nad utworem. Pozwalają łączyć czas narracji z czasem, w którym przebiega proces twórczy, a tym samym rozpoznać w głosie narratora głos pisarza. W ten sposób wprowadzona zostaje do powieści refleksja autotematyczna.

W pierwszej części – pisanej i rozgrywającej się w 1970 roku – narrator przygotowuje prospekt wycieczki na Capri, której celem jest odkrycie tajemnic Tyberiusza. Uczestnikom wycieczki proponuje różne drogi dochodzenia do wiedzy o świecie starożytnym. Pierwsza – droga w realnej przestrzeni – prowadzi przez wyspę, gdzie w willach, grotach, gajach i leśno-górskich uroczyskach przewodnik szuka śladów dawnej obecności cezara, aby poprzez nie unaocznić turystom przeszłość i umożliwić obcowanie z nią. Druga – rozumiana metaforycznie – wiedzie do Tyberiusza poprzez przekazy historyczne, co narrator rozumie jako „przeprawianie się przez Tacyta”[6], a więc studiowanie jego Roczników. Trzecia droga do przeszłości – indywidualna dla każdego uczestnika wycieczki pilotowanej przez narratora –prowadzi natomiast przez introspekcję, a więc utożsamienie z emocjami i doznaniami starożytnych postaci.   

 

Wszyscy mogą wziąć udział w pasjonującej wycieczce z cezarem w Tyberiuszem tle. Oto najnowszy, prawdziwie awangardowy rodzaj turystyki. Nie ma mowy o sennym wałęsaniu się z aparatem fotograficznym, wystawaniu przez martwymi posągami w muzeach, jałowym gapieniem się na łuki triumfalne, świątynie i akwedukty! Nikt nie będzie nigdzie jeździć tak sobie, żeby tylko popatrzeć. Przestawiamy się na metody nowoczesne, na turystykę zaangażowaną! Każdy, kto znajdzie się z nami w podróży, zostanie natychmiast ogarnięty żywym tokiem dziejów i pobudzony do działania jako czynny uczestnik historii[7].

 

Przedstawiona turystom metoda wcielania się w starożytne postaci, stanowiąca atrakcję proponowanej przez narratora tzw. „turystyki zaangażowanej”, umożliwia uczestniczenie w wydarzeniach z przeszłości.

W drugiej części – pisanej i rozgrywającej się w 2005 roku – pilot starszy o trzydzieści pięć oprowadza turystów, którzy żyjąc już w świecie przemienionym politycznie i obyczajowo zmienili też swoje oczekiwania wobec historii. Tematem tej części jest podróż Tyberiusza na Rodos. Cezar-turysta staje się klientem pilota, który – jako narrator – przejmuje nad nim władzę i kreuje jego obraz zgodnie z zapotrzebowaniem odbiorców historii, według zasady, że obraz przeszłości więcej mówi o czasie, w którym jest kreowany, niż o samej przeszłości. Podczas trzydziestu pięciu lat popularyzowania wiedzy historycznej przez narratora-pilota wycieczek zmieniali się zarówno turyści, jak i „odwiedzany” przez nich Tyberiusz. Używane przez narratora określenia „Tyberiusz 2005” lub „Tyberiusz 2000 ileś” oddają istotę kreacji postaci historycznej właśnie z perspektywy odbiorców, którzy stają wobec minionej rzeczywistości ze zmieniającym się zasobem wiedzy oraz ze zmieniającymi się oczekiwaniami, co niewątpliwie ma wpływ na cel i rezultat poznania.

W części trzeciej i czwartej realizowany jest projekt „turystyki zaangażowanej”, umożliwiający zwiedzającym bezpośrednie doświadczenie przeszłości. W ofercie uatrakcyjniającej wycieczkę pilot proponuje wejście na posiedzenie senatu – godne, jak podkreśla, transmisji telewizyjnej – na którym Tyberiusz przejmuje władzę na mocy testamentu Oktawiana Augusta. Turyści XXI wieku wędrują bowiem po starożytności w poszukiwaniu sensacji na miarę pierwszych stron gazet czy „breaking newsów”. Inną atrakcją „angażującą” uczestników wycieczki w wydarzenia z życia cezara jest udział w swoistym performance, w perwersyjnych pokazach uciech cielesnych, wprowadzających w atmosferę ostatnich lat życia Tyberiusza, jak przedstawia je Swetoniusz, nazywany przez pilota goniącym za sensacją dziennikarzem.

W epilogu narrator-pilot kończy wycieczkę wspomnieniem o Peppino, poznanym podczas pierwszej wyprawy turystycznej stróżu i przewodniku turystów na Monte Tiberio, wiernym strażniku dobrego imienia Tyberiusza. Wspomnienie to – przez nawiązanie do pierwszej wyprawy narratora w roli pilota w 1970 roku – stanowi ramę narracyjną. Pełni ono jednocześnie funkcję ramy autotematycznej, gdyż narrator wobec faktu, że spotkani na Capri w 2005 roku przewodnicy nic nie wiedzą o Peppino, przyznaje, że wiedzę o jego śmierci czerpie z „realu”, odsłaniając w ten sposób kulisy procesu twórczego, co pozwala w narratorze rozpoznać autora.

Narracja w Tyberiuszu Cezarze zasługuje na szczególną uwagę. Bocheński proponuje tu – podobnie jak we wcześniejszych częściach tryptyku rzymskiego – formę wypowiedzi skierowanej do konkretnego interlokutora, wpisanego w sytuację narracyjną. W Boskim Juliuszu są to klienci antykwariatu, w Nazo poecie – publiczność przybyła na widowisko estradowe, natomiast w omawianej tu powieści adresatami słów pilota są uczestnicy wycieczki. Tyberiusz Cezar kontynuuje zatem – realizowaną w poprzednich powieściach – formę monologu wypowiedzianego w najogólniejszym rozumieniu, jako utwór będący przede wszystkim aktem mówienia[8]. Narracja w tej powieści, przy dominującym monologu wypowiedzianym, nie jest jednorodna. Autor łamie bowiem zasadę kierowania wypowiedzi do milczących adresatów, którymi w tym przypadku są turyści i postaci historyczne. Interlokutorzy ci są obecni, chociaż tylko poprzez wypowiadane kwestie, przekazane w warstwie graficznej drukiem pochyłym. Nie będąc wprowadzonymi do utworu jako bohaterowie, są jedynie głosami oddającymi napięcie między pilotem i z jednej strony uczestnikami wycieczki, z drugiej zaś postaciami historycznymi. Tak więc sytuacja narracyjna – przebiegająca w scenerii Rzymu i Capri – w której „rozmówcami” historyka-pilota są turyści i postaci historyczne sprzyja dialogizacji monologu. W takim chwycie narracyjnym można rozpoznać tradycję powieści historycznej Teodora Parnickiego, w którego powieściach przeszłość jawi się niby koncert wielu głosów. U Bocheńskiego, podobnie jak u Parnickiego, historia przyjmuje zatem formę wielogłosowej wypowiedzi, gdyż – jak twierdzi narrator, kontynuując tradycję autora Tylko Beatrycze – „żyjemy przecież w

kilku czasach równolegle”[9].



[1] J. Bocheński, Tyberiusz Cezar, Warszawa 2009, s. 24.

[2] Problem ten jest przedmiotem mojej książki W poszukiwaniu dostępu do przeszłości. O powieściach warsztatowych Hanny Malewskiej i Jacka Bocheńskiego, Białystok 2009. Proponuję w niej interpretację tylko dwu pierwszych powieści Bocheńskiego, ponieważ powieść Tyberiusz Cezar ukazała się po jej wydaniu.

[3] Kategorii metafor „dostępu” w nieco innym rozumieniu używa Jerzy Topolski, nazywając tak metafory wykorzystywane w retoryce pisarstwa historycznego dla zobrazowania relacji między źródłem a rzeczywistością, do której ono odsyła. Przykładem takich metafor jest porównanie źródła do szyby, okna, soczewki czy lustra. Zob. J. Topolski, Czy historyk ma dostęp do przeszłej rzeczywistości? Problem źródeł historycznych, w: Historia: o jeden świat za daleko?, pod red. E. Domańskiej, Poznań 1997, s. 60.  

[4] F. Ankersmit, Język a doświadczenie historyczne, przeł. S. Sikora, w: tenże, Narracja, reprezentacja, doświadczenie. Studia z teorii historiografii, pod red. E. Domańskiej, Kraków 2004, s. 224.

[5] J. Bocheński, Antyk po antyku, Warszawa 2010, s. 179. W eseju Przypis do „Tyberiusza Cezara”, zamieszczonym w tej książce, autor opisuje swoje wyprawy śladami Tyberiusza, które odbył w latach 1970, 1973 oraz 2005. Antyk po antyku wprowadza zatem autotematyczny i autobiograficzny kontekst dla lektury trylogii rzymskiej.

[6] J. Bocheński, Tyberiusz Cezar, s. 19.

[7] Tamże, s. 47-48.

[8] Por. M. Głowiński, Gry powieściowe. Szkice z teorii i historii form narracyjnych, Warszawa 1973, s. 143.

[9] J. Bocheński, Tyberiusz Cezar, s. 195.

Historia w ofercie turystycznej. Opowieść Jacka Bocheńskiego o Tyberiuszu (II)

Narracje historyczne w ofercie turystycznej

Narrator-pilot wycieczki – były antykwariusz i konferansjer – proponuje swoim klientom „rewelacyjną ofertę podróży w inne czasy i przestrzenie”[10]. Bocheński, czyniąc podróż tematem powieści o przeszłości, nadaje podróży wartość metafory epistemologicznej.

Małgorzata Czermińska, badając fenomen podróży jako doświadczenia życiowego, ważnego w procesie kształtowania się tożsamości człowieka, wykorzystuje do opisu tego zjawiska kategorię „schematu narracyjnego”[11]. Kategoria ta łączy w sobie dwojakie rozumienie narracyjności podróży. Po pierwsze – w rozumieniu podróży jako formy zachowania społecznego – narracyjność, odnosząca się do struktury wiedzy o rzeczywistości,  wyznacza porządek pojmowania świata przez człowieka będącego w drodze. Po drugie – w rozumieniu podróży jako gatunku piśmiennictwa – narracyjność odsyła do kulturowo utrwalonych wzorców kompozycyjno-fabularnych. Czermińską interesuje zatem podróż jako rodzaj zachowania człowieka, któremu przyświeca określony cel praktyczny, a jego realizacja możliwa jest dzięki przemieszczaniu się w przestrzeni. Różnorodność celów skłaniających do wyruszenia w drogę, a w konsekwencji różnorodność form ich realizacji, decyduje o wielości kulturowych wzorców podróżowania, a tym samym o wielości „schematów narracyjnych”, w które podróżnicy wpisują swoje relacje. Badaczka zwraca więc uwagę na inny porządek narracyjno-fabularny relacji z wojażu odbytego w celach handlowych, dyplomatycznych, zdobywczych, edukacyjnych, naukowych, rozrywkowych, czy też w celu odpoczynku[12]. Do wymienionych tu wzorców relacji z odbytych wypraw można dołączyć także ten zaproponowany przez Bocheńskiego w Tyberiuszu Cezarze. Powieść ta wpisuje się bowiem w „schemat narracyjny”, przekazujący doświadczenia podróży w celu turystycznym.

Wykreowana przez Bocheńskiego sytuacja narracyjna, w której narrator oferuje uczestnikom pilotowanej przez siebie wycieczki – w ramach turystyki historycznej – podróż w przeszłość, jest w istocie szczególną sytuacją poznawczą zarówno dla pilota, jak i turystów.  Pilot, a właściwie historyk występujący w tej roli, jest z racji swojej funkcji popularyzatorem wiedzy o przeszłości, a więc „opowiadaczem” przyjmującym za cel wytworzenie w wyobraźni odbiorców obrazu minionej rzeczywistości. Pilot Bocheńskiego – niegdyś antykwariusz – posługujący się łaciną i świetnie znający źródła starożytne, proponuje swoim klientom „narrację historyczną”, która nie jest lekkim, atrakcyjnym produktem na użytek turystów, lecz elementem tzw. przez niego „turystyki zaangażowanej”, gwarantującej czynne uczestnictwo w dziejach.

(…) służę rewelacyjną ofertą podróży w inne czasy i przestrzenie. Do basenów Tyberiusza, oczywiście, ale nie tylko! Oferta będzie urozmaicona, powiedziałbym – wszechstronna, zróżnicowana, dostosowana do indywidualnych pragnień państwa[13].

Opowieści historyka-pilota kierowane do różnych adresatów (kobiet, mężczyzn, pisarzy, studentów historii, morderców), pochodzących z różnych epok (z lat siedemdziesiątych XX wieku i z pierwszej dekady wieku XXI) są przykładem rozumienia historii jako narracyjnego porządku kompozycyjno-fabularnego, jako produktu zależnego od społecznej roli nadawcy, charakteru odbiorcy oraz czasu i miejsca jego wytwarzania. Na przykład w specjalnej ofercie turystycznej adresowanej do kobiet, pilot – za Swetoniuszem – rekonstruuje w swojej opowieści proces Wistylli, żony Tytydiusza Labeona, o nadanie jej licencji nierządnicy[14]. Narrator, nie stroniąc od lekkich tonów, aktualizuje temat zdrady i poddaje go turystkom, często ulegającym wakacyjnej lekkomyślności, pod rozwagę.

W ofercie skierowanej do pisarzy narrator opowiada historię Owidiusza, poety wygnanego z Rzymu przez Oktawiana Augusta. Przypisuje temu faktowi przełom w literaturze rzymskiej, a mianowicie przyjęcie przez pisarzy nowych postaw – niezaangażowania w życie społeczno-polityczne, porzucenia roli autorytetu moralnego – a w konsekwencji zaproponowanie nowych form literackich. Jako przykład przedstawia narrator postawę Waleriusza Maksymusa, autora poczytnego dzieła, dedykowanego Tyberiuszowi, które stanowi, uporządkowany tematycznie, zbiór anegdot o słynnych wydarzeniach. Nazywa go „kolekcjonerem literackim”[15]. Innym wzorem zaproponowanym pisarzom-turystom jest Fedrus, autor bajek, gatunku typowego dla „ludzi w służbie i niewoli”[16], którzy nie mając odwagi mówić wprost, tworzą alegoryczne przedstawienia, aby uniknąć prześladowań.   

W narracji historycznej dla morderców, a więc osobowości z zamiłowaniem do silnych wrażeń, chcących poznać słodycz zabijania, pilot proponuje turystykę angażującą w rolę kata, toteż pyta: „A co byś przeżył, gdybyś w tamtych czasach, za rządów Tyberiusza, został rzymskim katem w więzieniu przy świątyni Zgody?”[17]. Tematem jego opowieści jest wykonanie wyroku śmierci na córce straconego wcześniej Sejana. Opis okrutnego czynu, przekazany w drugiej osobie, a więc zwrócony bezpośrednio do odbiorcy, ma na celu wzbudzić jego emocje i dać mu poczucie obecności w starożytnym Rzymie.

Przywołane tu przykłady różnych porządków fabularnych skierowane są do różnych odbiorców historii, zgodnie z zasadą narratora:

Każdemu wedle gustu, proszę państwa. Przeżyjecie w podróży wszystko, co jest i było dane. Przeszłość i współczesność zmieszają się, przeszłość i współczesność rozdzielą się: każdemu wedle uznania. Dobrze – powiadacie –  ale gdzie w końcu zajedziemy? Jaki jest cel podróży? (…) Nie znamy jej celu, ale dokładnie przewidujemy wynik. Bądźcie spokojni: jedynym wynikiem może być powrót. (…) Rozejdziecie się do domów i poświęcicie się na nowo swoim codziennym zajęciom[18].

Celem wycieczki – jak podkreślają  turyści – jest rozrywka, a zatem żądają od pilota atrakcji zapewniających im przyjemne spędzenie czasu w starożytnym świecie. Pilot zatem, w ramach specjalnej oferty, proponuje panom wyprawę do dzielnicy uciech i mieszczących się tam lupanarów. W reakcji na taką pozycję, obrażone panie wtapiają się w tłum zgromadzonych na Polach Marsowych, aby obejrzeć triumf Germanika. Zamiar szukania prawdy historycznej, towarzyszący przewodnikowi wycieczek na początku jego kariery, ustępuje w miarę upływu czasu pod naporem zmieniających się oczekiwań turystów, którzy ponad wiedzę źródłową przedkładają anegdotyczną wersję historii. Pilot zwraca się więc w ten sposób do klientów biura podróży:

(…) sami państwo mogą swobodnie decydować o doborze prawdy historycznej i tworzyć oferty dla siebie (…). Należałoby może tylko zastąpić niektóre przestarzałe, martwo brzmiące słowa jakimiś aktualniejszymi i zamiast o prawdzie mówić na przykład o produkcie, tak jak w pewnej chwili powiedział ktoś z państwa i jak mówią o wycieczkach dzisiejsze agencje turystyczne. Wycieczka do Willi Jowisza to jeden produkt, wycieczka do Willi Damecuta drugi produkt, do Groty Lazurowej trzeci, a mamy jeszcze mnóstwo innych produktów[19].

Narrator-pilot postawiony jest przez uczestników wycieczki w sytuacji, która obrazuje konflikt między poszukiwaniem prawdy historycznej, a wytwarzaniem produktu na potrzeby turystów. Oto podczas wyprawy do Groty Lazurowej klienci biura podróży zasypują pilota pytaniami o tajemnice tego miejsca. Ten jako znawca źródeł historycznych na większość pytań nie zna odpowiedzi, i – zgodnie ze stanem wiedzy historycznej – nie potwierdza wielu sensacyjnych hipotez, wysnuwanych przez autorów przewodników turystycznych. Chcąc pozostać wiernym prawdzie o przeszłości, próbuje przekonać turystów, że elementem wiedzy historycznej jest także niewiedza. Konkurencją dla pilota okazuje się wioślarz, którego łodzią wycieczkowicze wpływają do groty i który zabawia swoich klientów opowieściami o prywatnym basenie Tyberiusza słynącym z odbywających się tam orgii. Zapewnia turystów, że wie o tych faktach ze starożytnego rękopisu, który się zachował. Tym samym uzupełniając luki w wiedzy historycznej własną wyobraźnią, wytwarza produkt nie tylko oczekiwany przez klientów, ale też przekazany im w atrakcyjnej formie swoistego spektaklu w grocie, gdzie naturalną grę świateł, wywołującą niezwykłe wrażenia kolorystyczne, dopełnia chór wioślarzy, wykonujących pieśń O sole mio. Tak więc historia proponowana przez przewodników-amatorów, historia przeznaczona na sprzedaż, staje się w istocie zbiorem atrakcyjnych opowieści składających się na ofertę turystyczną.

Krzysztof Podemski zauważa, że opowieści o miejscach i związanych z nimi wydarzeniach budują znaczenia tych miejsc, wypełniając je łatwo kojarzonymi znakami. Wzbogacając przestrzeń turystyczną o treści historyczne, uatrakcyjniają ją i służą jej promocji[20]. Jednak – jak dodaje badacz – „to nie historia, lecz mit kreuje turystyczne widoki”[21].  

Tematem wycieczki pilotowanej przez narratora, zorganizowanej w ramach turystyki historycznej, jest Tyberiusz, a właściwie „Tyberiusz 1970” i Tyberiusz 2000 ileś”, czyli ten sam, ale nie taki sam bohater proponowanych przez pilota narracji historycznych. Bocheński w Tyberiuszu Cezarze ukazuje mechanizm tworzenia opowieści o przeszłości jako fabuły warunkowanej czasem jej powstawania, a przez to mówiącej nie tylko o przedmiocie historycznym, ale też o autorze i o odbiorcy. Tematem analizowanej powieści – którą należy, podobnie jak dwie wcześniejsze części tryptyku rzymskiego, nazwać historiograficzną powieścią autotematyczną, problematyzującą warsztat historyka – jest zatem także proces percepcji narracji historycznej. Odbiorcy, turyści czy po prostu publiczność, jak nazywa swoich słuchaczy narrator – przywołując w celu zobrazowania dostępu do przeszłości metaforę spektaklu – zmieniają się w czasie, a tym samym zmieniają się ich gusty i oczekiwania wobec obrazu przeszłości. Inne jest bowiem uczestnictwo w spektaklu historii „publiczności 1970”, inne „publiczności 2000 ileś”. „Publiczność 1970” stanowią przybywający do Włoch z izolowanego od świata bloku wschodniego turyści, którzy z zazdrością oglądają wystawione na sprzedaż niezliczone towary, wieczorami przeliczają bilon z dokładnością do stu lirów, a żałując dolara na bułkę z serem i sałatą, zjadają przywieziony z kraju chleb z „posiwiałą” kiełbasą. Toteż uczestnicy wycieczki na Zachód mają poczucie przebywania poza rzeczywistością „w lunaparku szaleńców, którym się wszystko pomyliło z powodu rozbałamucenia i nadmiernego bogactwa”[22]. „Publiczność 2005” stanowią natomiast turyści przybywający już z „nowego świata”, którzy dzięki przemianom polityczno-ekonomiczno-społecznym przywykli do wolności i konsumpcjonizmu. W przeciwieństwie do uczestników wycieczki sprzed 35 lat, którzy w postawie zaangażowanej brali czynny udział w życiu politycznym starożytnego Rzymu, klienci biura podróży w 2005 roku – wiedząc, że obraz rzeczywistości kreują media – traktują przeszłość jako zbiór atrakcyjnych tematów, a historię jako produkt medialny, dobrze sprzedający się w kulturze popularnej.  (…)

Elżbieta Konończuk, dr hab., pracuje w Zakładzie Teorii i Antropologii Literatury w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku. Jest autorką m.in. książki W poszukiwaniu dostępu do przeszłości. O powieściach warsztatowych Hanny Malewskiej i Jacka Bocheńskiego ( Trans Humana Wydawnictwo Uniwersyteckie, Białystok, 2009).   



[10] Tamże, s. 26.

[11] M. Czermińska, Podróż jako budowanie tożsamości. Rekonstrukcja narracji niekompletnych, w: Narracja i tożsamość. Antropologiczne problemy literatury, pod red. W. Boleckiego i R. Nycza, warszawa 2004, t.2, s,  128-129.

[12] Tamże, s. 129.

[13] J. Bocheński, Tyberiusz Cezar, s. 26.

[14] Tamże, s. 48-51.

[15] Tamże, s. 54.

[16] Tamże, s. 56.

[17] Tamże, s. 60.

[18] Tamże, s. 66-67.

[19] Tamże, s. 271-272.

[20] K. Podemski, Socjologia podróży, Poznań 2005, s. 70.

[21] Tamże, s. 89.

[22] Tamże, s. 71.

niedziela, 26 grudnia 2010
2009 - "Tyberiusz Cezar" (trzeci tom trylogii rzymskiej)

"Tyberiusz Cezar" - "Świat Książki", Warszawa 2009, ISBN 978-83-247-1556-5

*   *   *

Mądrość, groza i rozpusta starożytnego Rzymu
Znakomity pisarz zamyka po latach swój antyczny tryptyk, stawiając się w roli „przewodnika wycieczki” po czasach i tajemniczym życiu cesarza Tyberiusza.
Kim naprawdę był człowiek rządzący Rzymem między 14 a 37 rokiem n.e.: okrutnym dziwakiem czy „niezrozumianym przez ludzi samotnikiem”? Autor zabiera nas, „turystów”, w podróż na Capri, Rodos i do Rzymu, oprowadzając zarówno po ówczesnym, jak i dzisiejszym świecie, tropiąc m.in. dawne związki astrologii z polityką, pikantne życie obyczajowe i wciąż aktualną „propagandową grę pozorów”. Na frapującą lekturę składają się anegdoty, sceny dialogowe, monologi wewnętrzne Tyberiusza, głosy historyków i ponadczasowe refleksje.
(nota wydawcy) 

*   *   *

Lecz nie życie intymne najsłynniejszego mieszkańca Capri stoi w centrum literackiego przedstawienia. Istotniejsze wydają się refleksje dotyczące polityki, etycznych dylematów historii, porządku świata, losu.

Dariusz Nowacki, "Gazeta Wyborcza", maj 2009

Wbrew sugestii, jaka płynie z tytułu, powieść tego prozaika to nie tylko historia rzymskiego władcy z I w. n.e., ale również garść gorzkich refleksji nad istotą życia politycznego..

"Polska", maj 2009

Wbrew sugestii, jaka płynie z tytułu, powieść tego prozaika to nie tylko historia rzymskiego władcy z I w. n.e., ale również garść gorzkich refleksji nad istotą życia polityczsego, pożądaniem władzy, zepsuciem moralnym, uczuciową pustką. Granica między historią odległą od nas i refleksją nad teraźniejszością jest zatem tu płynna.

"Dziennik Polski", maj 2009

(ze strony internetowej "Świata Książki")

Akwaforta z 1910 r. przedstawiająca Tyberiusza przyjmującego kurtyzany

Konrad Zych - "Eseistyka maski" (1)

 

Portal „Literatki – w stronę książki” (literatki.com)

6 grudnia 2010 r.

.

Jacek Bocheński

© Fot. Włodzimierz Wasyluk
.

Posągi greckich bogów nie były białe i zimne jak marmur, z którego je wykonano. Były pełne życia. Miały umalowane oczy i usta. Zmysłowe karminowe wargi. Różowe sutki. Umalowana i obnażona Wenus z Milo wyglądała bardzo ponętnie. Choć, według dzisiejszego smaku, nieco zbyt swobodnie. Ktoś mógłby pomyśleć: jak prostytutka. Do tego miała ręce. Państwa to gorszy? Szokuje? Zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że starożytni, patrząc na wymalowaną Wenus nie czuli zgorszenia, ani niezdrowego podniecenia. Widzieli piękno. Dość jednak o posągach. Przechodzimy do kolejnej sali. Ależ proszę się nie krępować. W naszym muzeum można dotykać eksponatów. Radzę jednak uważać: pod warstwą kurzu może być zakrzepła krew.

Żeby była jasność: jesteśmy w muzeum. Państwo są turystami. Ja państwa przewodnikiem. Cóż w tym dziwnego? Bohater tych rozważań, Jacek Bocheński, był antykwariuszem. Potem konferansjerem i pilotem wycieczki. Jako antykwariusz pytał o boskość władzy. Konferansjerką parał się na koncercie rockowym. W roli pilota zabierał czytelników na wycieczkę z „Tyberiuszem w tle”. Ja, chcąc opowiedzieć historię trzech ważnych książek ważnego dla mnie pisarza, idę tylko w jego ślady i zakładam maskę skromnego muzealnika, oprowadzającego wszystkich chętnych po zakurzonych salach Muzeum Historii Wszelakiej. Tu antyczne posągi z utrąconymi rękami i głowami, tam średniowieczne machiny tortur. Jeszcze gdzie indziej – prototyp telefonu. W sali, do której teraz chcę państwa zaprosić czeka inne niecodzienne zjawisko. Pisarz polski. Autor powieści historycznych przy pracy. Czas: druga połowa XX w. Miejsce: Polska Rzeczpospolita Ludowa. Autor wkrótce wywoła skandal, lecz teraz, kiedy pisze, nic jeszcze o tym nie wie.

Satyra na łysych

 A wszystko przez jedno zdanie. Fragment sprośnej żołnierskiej piosenki. „Moechum calvum ducimus” – śpiewali ponoć legioniści Cezara, co w tłumaczeniu antykwariusza znaczyło: „wieziemy łysego kurwiarza”. Dodam, że antykwariusz cytował tylko Swetoniusza, od którego pożyczył również tytuł: Divus Iulius. Boski Juliusz. Książka wywołała burzę. Co ciekawe, nie wulgarny epitet pod adresem Boskiego tak bulwersował opinię publiczną. Cezar Bocheńskiego był łysy. ŁYSY!

. 

Juliusz Cezar (prawie łysy)

.

Przypadek czy sprytna aluzja? Łysy był przecież Cyrankiewicz, ówczesny premier Polskiej Republiki Ludowej. Do tego, jakby to powiedzieć, czołowy polityk PRL, podobnie jak Cezar był znanym… playboyem. Playboyem – bo chyba tak w czasach poprawności politycznej należałoby przełożyć łaciński rzeczownik „moechus”. A może to tylko domysły? – zapyta ktoś nieśmiało. Może nie o Cyrankiewicza autorowi chodziło…? Tym gorzej dla autora! Pierwszy sekretarz też nie mógł pochwalić się zbyt bujną czupryną. Bocheński więc w swojej powieści atakuje Gomułkę! Nie bądźmy jednak małostkowi. Katalog prominentnych łysin nie wyczerpuje się na przywódcach jakiejś mało ważnej republiki w Europie Środkowej. Wszak i Chruszczow do włochaczy bynajmniej nie należał…

Co ciekawe w interpretacjach tego typu przodowały raczej media zachodnie. „Pamflet” – stwierdziły zgodnie amerykański „Time”, niemieckie „Süddeutsche Zeitung”, „Die Welt” oraz „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Najdalej posunęli się Amerykanie, publikując na pierwszej stronie zestawione ze sobą zdjęcia popiersia Cezara i premiera Cyrankiewicza. Niemcy byli bardziej powściągliwi. Wspominali jedynie, że „niektórym ludziom z komitetu centralnego partii […] wydało się, że pewne fragmenty [powieści] mogą odnosić się do rozmaitych form cezaryzmu, także poststalinowskich”, jednak i tam prędzej czy później uwagę komentatorów przykuwał pewien anatomiczny szczegół… „Coś pornograficznego musiało być nie w kurwiarstwie, lecz w łysości” – zachodził w głowę zdezorientowany pisarz, zadając sobie tysiące pytań. „Czy gonię za sensacją polityczną jak brukowy szmirus? Jestem barbarzyńcą bez szacunku dla klasycznej poezji?” – indagował sam siebie, wciąż nie znajdując jednoznacznej odpowiedzi.

Początkowo jednak nic nie zapowiadało skandalu. Chodziło raczej o to, by go uniknąć. Jest rok 1958. Książki o Cezarze nie ma nawet w planach. Są za to felietony o dziełach pisarzy starożytnych, stała rubryka w „Przeglądzie Kulturalnym”, co dwa tygodnie odcinek. Żadnych podtekstów politycznych, wyłącznie komentowanie lektur. „Miałem trzydzieści dwa lata, koszmar młodzieńczego opętania marksizmem zdecydowanie już za sobą, przezwyciężony jak uzależnienie narkotyczne” – pisze Bocheński, dając tym samym do zrozumienia, że doraźną publicystyką parać się nie zamierzał. Na pierwszy ogień poszły Pamiętniki z wojny galijskiej… sami wiecie kogo.

Stop! Wzorem Sofoklesa trzeba wprowadzić na scenę trzeciego aktora. Po autorze i władcy starożytnego Rzymu wkracza na nią Gustaw Gottesman, redaktor „Przeglądu Kulturalnego”. To on odpowiada za publikację esejów. Z czasem aktorów będzie przybywać. W rolach głównych wystąpią: Irena Szymańska – osoba nr 2 w wydawnictwie „Czytelnik”, a zarazem pomysłodawczyni książki o Juliuszu Cezarze oraz – last but not least – zespół redakcyjny „Nowej Kultury”: redaktor Stefan Żółkiewski i jego młoda zastępczyni, Alicja Lisiecka, która na redaktorskim stołku zastępowała sędziwego już profesora nie tylko tytularnie (zdaniem niektórych sprawując dyktatorskie niemal rządy). To właśnie Lisiecka i Żółkiewski najbardziej przyczynili się do wywołania skandalu.

 Przejdźmy jednak do kolejnej sali. Miejsce: Związek Literatów Polskich w Katowicach. Czas: grudzień roku 1961. Towarzysze partyjni przekazują sobie z rąk do rąk gazetę. Choć może wyglądało to inaczej: może każdy miał swój egzemplarz. Może żadnej gazety na posiedzeniu nie było. Tylko pogłoska przekazywana z ust do ust. Szepty w kuluarach. Dla lepszego efektu załóżmy jednak, że gazeta była. 50. numer „Nowej Kultury” z 10 grudnia 1961 roku. Na pierwszej stronie duże zdjęcie Jacka Bocheńskiego i tytuł „Boski Cezar”. Podpisano: Alicja Lisiecka. Zaskoczeni byli wszyscy. Czytelnicy – ponieważ zgodnie z zapowiedzią tego dnia miały zostać ogłoszone wyniki nagrody literackiej „Nowej Kultury”. Owszem, Bocheński był faworytem. Po kawiarniach szeptano, że nagrodę dostanie. Jednak w artykule nie ma na ten temat ani słowa! Jest za to obszerna recenzja książki… Nie mniej zaskoczeni musieli być też nasi towarzysze. Ktoś z niedowierzaniem pokręcił głową. Ktoś zaczerwienił się ze złości. Ktoś wybuchnął spazmatycznym śmiechem. Kto jest cezarem? On? Ten dysydent? Ten…? Przecież nagrody dla Bocheńskiego miało nie być! Więcej: miało nie być słowa o książce! Nagle zapada milczenie. Rozmowy milkną jak nożem uciął. Wchodzi przewodniczący. Nie jest zadowolony. Bierze do ręki gazetę, ale nie patrzy. Los Żółkiewskiego i Lisieckiej w redakcji jest przesądzony. A wszystko z powodu książki o Juliuszu Cezarze, której akcja rozgrywa się prawie 2000 lat wcześniej!

.


Winieta 50. numeru „Nowej Kultury” z 10 grudnia 1961 r.
© Fot. Archiwum Jacka Bocheńskiego
 

.

Dalszy ciąg już państwo znają. Cyrankiewicz i Boski patrzą na siebie z pierwszej strony amerykańskiego „Time’a”. Obaj łysi jak kolano…

W takt rocka i dystychu elegijnego

 Zanim przejdziemy do kolejnej sali zadam państwu podchwytliwe pytanie: kto był pierwszą w historii gwiazdą rocka? Elvis? Chuck Berry? Może Bill Haley? Otóż nie, nic z tych rzeczy. Pierwszy był Owidiusz. Publius Ovidius Naso, król rock&rolla.  On pierwszy poczuł ten rytm. Rytm dystychu elegijnego z przyciętą stopą. Wsłuchajcie się uważnie. Takie „Rock, rock, rock everybody” i „Audentem forsque Venusque iuvat” („Odważnym sprzyja okazja i Wenus”) to w gruncie rzeczy to samo. Tak, proszę państwa, wchodzimy do starożytnej Rock&Roll Hall of Fame. „Gdy wystąpił przed publicznością z erotykami o Korynnie, […] cały Rzym je skandował i szalał” – pisze autor Boskiego Juliusza. Zupełnie jak na koncercie rockowym. Nic więc dziwnego, że i powieść o jego życiu zaplanowana została jako koncert. Narrator zaś z nieco przykurzonego antykwariusza przedzierzgnął się w dziarskiego konferansjera. Sex, drugs and… Stop! O narkotykach biografowie poety nie wspominali. Co innego polityka. Seks i polityka to zresztą dwie główne przyczyny upadku Nazona.

.

Owidiusz

.

Tu jednak pojawia się pierwszy (i nie ostatni) problem z biografią poety. Opowiadać o życiu Owidiusza równa się streszczać jego poezję prozą. Już wcześniej zarzucano autorowi, że pisząc Boskiego Juliusza – nieważne: dla rozgłosu czy z niedouczenia – uciekł się do manipulacji. Własnymi słowami streszczał źródła. Co jednak począć, gdy poezja jest jedynym źródłem wiedzy o bohaterze? Mimo tych i wielu innych trudności powieść zostaje ukończona. Gotowy tekst oddano do składania we wrześniu 1968 roku. Mniej więcej w tym samym czasie Jimi Hendrix wydaje kultową Electric Ladyland. Niecały rok później festiwal Woodstock zgromadzi tysiące młodych ludzi spragnionych pokoju, muzyki i wolnej miłości. Czy można wymarzyć sobie lepszy czas na powieść o niekoronowanym pierwszym królu rock&rolla? A może wręcz przeciwnie? Nie można wyobrazić sobie czasu… gorszego? W Polsce trwają zamieszki po zdjęciu z afisza Dziadów Kazimierza Dejmka. Milicja i ORMO przemocą tłumią demonstracje studentów. Władza obarcza odpowiedzialnością Syjonistów. Tysiące ludzi pochodzenia żydowskiego emigruje do Izraela. Sala, do której teraz państwa prowadzę jest wilgotna i ciemna. Przypomina więzienną celę.

.

Czy w tej sytuacji nowa powieść umieszczonego na partyjnym indeksie autora mogła ujrzeć światło dzienne? „Sytuacja pisarzy: Słonimskiego, Andrzejewskiego i Jasienicy, zrobiła się fatalna, nie wiadomo, co jeszcze będzie” – wspomina tamte czasy Bocheński. Słowa te miał wypowiedzieć w prywatnej rozmowie z autorem Ryszard Matuszewski, ówczesny kierownik działu literatury współczesnej w wydawnictwie „Czytelnik”. Niewykluczone, że zawiesiwszy głos, chwilę później dodał: twoja, Jacku, też nie wygląda najlepiej. To jednak tylko gdybanie. Faktem jest jednak, że podobnie jak wspomnianych wyżej autorów, Bocheńskiego nie wolno było drukować. Nic dziwnego. Tym razem rzeczywiście chodziło o Gomułkę. W efekcie powieść przeleżała w wydawnictwie blisko rok i ukazała się dopiero w październiku 1969 (nie bez znacznych ingerencji cenzury). Dwa miesiące wcześniej na scenie festiwalu Woodstock Jimi Hendrix grał amerykański hymn. Odurzona narkotykami publiczność szalała. Następca Owidiusza?

Konrad Zych - "Eseistyka maski" (2)

Projekt „Tyberiusz 2000 ileś”

.
Wilgoć ciągnie od ścian i podłogi. Łamie w kościach. Opuszczamy więc duszną celę ’68… to znaczy muzealną salę i wychodzimy na powietrze. Cudowne, rześkie powietrze wyspy Capri. Starożytne Kapreje, które tak kochał cesarz Tyberiusz. Tu jednak kończy się moja – muzealnika – rola. Dalej niech prowadzi państwa ktoś inny. Pilot śródziemnomorskiej wycieczki. Zupełnie jak w ostatniej, wydanej rok temu, powieści Bocheńskiego. Powieści, która o mały włos nigdy by nie powstała.

.

Tyberiusz Cezar

.

Już sam wybór bohatera i tytuł sugerują, że ostatnia część jest nie tyle uzupełnieniem, ile zaprzeczeniem pierwszej. Tam wsławiony wojownik i mąż stanu, tu podejrzewany o pedofilię i homoseksualizm starzec. Tam „boski”, tu zaledwie „cezar”. Wyraźna antyteza. Co więcej, zmieniło się także podejście pisarza. „Tym razem postanowiłem rzeczywiście pisać nie tylko o historii rzymskiej, ale niejako równolegle o nas” – przyznaje Bocheński. Stąd wybór kolejnej roli-maski. Po antykwariuszu i konferansjerze przyszedł czas na przewodnika wycieczki, lepiej – zdaniem autora – przystającego do naszej „płynnej nowoczesności” (jak pewnie powiedziałby Bauman). Zamierzenia zamierzeniami, jednak i tym razem ostateczny efekt zadziwił pisarza. „Zamierzałem rozróżnić dwa światy, tymczasem one znowu się dwuznacznie mieszają” – pisze, jakby wciąż nie mogąc się nadziwić temu, co wyszło mu spod pióra. Czy może raczej maszyny do pisania. A może jednak komputera? W końcu tekst powstawał przez 38 lat.

.

.

Mamy więc wycieczkę. Żeby nie było wątpliwości: wycieczkę jak najbardziej współczesną. Bogaci zagraniczni turyści, młodzi archeolodzy, studenci-marksiści oddychający atmosferą Paryskiego Maja, a także – gdzieś na szarym końcu – wstydliwie wcinający kiełbasę przybysze z demoludów, którym w odróżnieniu od młodych Francuzów rok 1968 kojarzy się z Marcem… Mamy też to, co z nich po tych wszystkich latach zostaje. Byłych buntowników pozatrudnianych „w bankach, mediach, agencjach, radach nadzorczych, i tak dalej”. Nieunikniona konfrontacja współczesności z przeszłością. Także tą oddaloną o całe stulecia. A wszystko po to, by sprawdzić, czy rację miał sędziwy stróż Willi Jowisza na Monte Tiberio, niejaki Peppino, który z pełnym przekonaniem twierdził, że człowiek jest zawsze takim sam…

 Długo wydawało się jednak, że wycieczka nie dojdzie do skutku i zostanie z niej jedynie prospekt. Czy może raczej: Prospekt – tak bowiem zatytułował Bocheński jeden z rozdziałów swej ostatniej powieści (przemianowany ostatecznie na Prospekt 1970). Znów interweniowała cenzura. Tym razem jednak nie polityczna, lecz… obyczajowa. Co ciekawe, cenzorem okazał się nie któryś z siedzących za urzędniczym biurkiem funkcjonariuszy, lecz jeden z najbliższych przyjaciół autora. Ówczesny redaktor „Twórczości” (gdzie pisarz pojawił się z rękopisem), Julian Stryjkowski. „Byliśmy zaprzyjaźnieni, toteż ta niechęć, jak gdyby odraza wyraźnie przebijająca z twarzy Juliana, bardzo mnie stropiła” – wspomina zajście Bocheński. Pisarz domyślał się, co przyczyniło się do odmowy, na ujawnienie prawdy trzeba było jednak poczekać do opublikowania całej Trylogii rzymskiej i wydanego właśnie tomu Antyk po antyku. „Są trzy nieszczęścia, trzy przekleństwa losu, trzy osobliwości i trzy wielkie kłopoty człowieka, które nam przedstawiasz – mówił w laudacji z okazji 90. rocznicy urodzin Stryjkowskiego autor Boskiego Juliusza – Być Żydem to pierwsze nieszczęście, być komunistą – drugie, być homoseksualistą – trzecie”. Nietrudno zgadnąć, które treści z życia znanego z seksualnej indyferencji cesarza tak oburzyły redaktora.

To nie koniec problemów. Tekstu nie puścił „Tygodnik Powszechny”. Na domiar złego przyszło wypalenie. Powieść utknęła na pierwszym rozdziale. Utknęła – jak pamiętamy – na blisko 40 lat. Już sam fakt, że ujrzała w końcu światło dzienne należałoby uznać za wielkie wydarzenie. Nie dlatego jednak Tyberiusz Cezar jest powieścią genialną. Genialną i co ważne, mimo przedłużającego się terminu publikacji, ani trochę nie spóźnioną. Bez skrępowania i uprzedzeń pytającą o naszą moralność, poruszającą kwestie uchodzące za tabu, ukazującą relatywizm ocen i norm postępowania. Niejednoznaczną jak jej bohater. Nieudolny monarcha i uzurpator czy pierwszy polityk nowoczesny? Zbrodniarz i zwyrodnialec czy niedoszły reformator? A może tylko schorowany starzec, próbujący ukryć swoją słabość przed światem? Bocheński mnoży pytania, lecz nie daje odpowiedzi. „A pan mógłby? Chciałem tylko sprawdzić czy pan mógłby” – prowokuje czytelnika, każąc mu się wcielić w oddającego się rozpuście Tyberiusza. A państwo? Czy państwo by mogli?

.

.

Dobrze, już dobrze. Nie wymagam odpowiedzi. Nasza wycieczka zbliża się już zresztą do końca. Mamy rok 2010. Nie 1968, ani 37, kiedy umierał Tyberiusz. W księgarniach pojawił się właśnie wybór esejów Jacka Bocheńskiego, swoisty suplement do omówionej wyżej "Trylogii rzymskiej". Tom "Antyk po antyku", bo o nim właśnie mowa, to jednak coś więcej niż tylko rozbudowany przypis do Boskiego Juliusza, Nazona Poety czy Tyberiusza Cezara. To także wiele cennych refleksji na temat historii (ze szczególnym uwzględnieniem antyku), współczesności, książek (także tych potencjalnych) oraz przyjaciół. To Herbert jakiego nie znamy i nigdy nie napisany esej Jerzego Stempowskiego. To także Jacek Bocheński, próbujący opowiadać o historii tak, jak tylko on potrafi. Co do mnie zaś to, oprowadzając państwa po salach Muzeum Historii Wszelakiej, nie robiłem nic, czego wcześniej nie zrobiłby bohater tego tekstu. Streszczałem źródła własnymi słowami.

KONRAD ZYCH

Jacek Bocheński, Tyberiusz Cezar, „Świat Książki”, Warszawa 2010.
Jacek Bocheński, Antyk po antyku, „Świat Książki”, Warszawa 2010.

piątek, 18 grudnia 2009
Leszek Szaruga - "Prawda czyli produkt" (2009)

 

"Nowaja Polsza" (Warszawa)

nr 12/ 2009

„Tyberiusz Cezar” Jacka Bocheńskiego to trzecia część tryptyku, na który, prócz tej powieści, składają się „Boski Juliusz” i „Nazo poeta”. Książkę zaczął autor komponować w październiku 1970, po czym przerwał i powrócił do niej w roku 2005 – fragmenty opublikował wcześniej na kartach wychodzących w drugim obiegu kwartalników literackich „Zapis” i „Puls”. W obszar odbioru tej książki warto włączyć jeszcze inny utwór, jakim jest opublikowany w 1982 roku zbiór literackich reportaży (może nawet rodzaj swoistego „włoskiego dziennika” pisarza z okresu terroru Czerwonych Brygad w latach 70.) „Krwawe specjały włoskie”. Zwracam na to uwagę, gdyż spożytkowane w „Specjałach” doświadczenia stają się dla „Tyberiusza” dość ważnym kontekstem.

Powieść otwiera przedstawiany nam przez narratora-przewodnika prospekt „biura podróży” proponujący czytelnikowi dość wyrafinowany erotycznie pobyt na Capri czasów Tyberiusza, a zatem w pierwszych dziesięcioleciach po Chrystusie. Tyberiuszowi przypisywano wykreowanie świata seksualnych orgii tak wyszukanych i wynaturzonych, iż czytając ich opis w prospekcie można by było oskarżyć autora o upowszechnianie pedofilii. Ale być może to nieprawda, bowiem, jak nas informuje przewodnik, Tyberiusza oskarżano o nie bez żadnych podstaw: „Padł ofiarą złośliwych, albo po prostu bezmyślnych plotek. Obsesje, które mu przypisano, kłócą się z ogólnym usposobieniem tego niezrozumianego przez ludzi samotnika”.

I, rzecz jasna, nie owe orgie są głównym tematem książki Bocheńskiego (choć w późniejszych partiach powieści także i podobnych scen nie brakuje), ale próba zrozumienia postawy owego samotnika. Przy czym, co ważne, czytelnik – cały czas prowadzony przez przewodnika, którego kompetencje dotyczące antyku są jak na współczesne okoliczności wprost imponujące – znajduje się jednocześnie w dwóch przestrzeniach wzajemnie się przenikających: starożytności i współczesności. To zresztą jeden z walorów całego tryptyku Bocheńskiego, którego treści tworzą fascynujący palimpsest, w którym narracja dotycząca naszej teraźniejszości nakładana jest na prześwitującą przez nią opowieść o czasach odległych, co zresztą otrzymuje w jednym z fragmentów doskonały kształt  relacji wiążącej łacinę ze współczesną polszczyzną: „Urbem Romam a principio reges habuere miastem Rzymem z początku rządzili królowie, libertatem et consulatum L. Brutus instituit wolność i konsulat ustanowił Lucjusz Brutus, dictaturae ad tempus sumebantur dyktatury wprowadzano czasowo…” itd. Przy czym nie jest to tylko zabawa i efektowny „chwyt literacki”: powieści Bocheńskiego znakomicie rekonstruują przestrzeń łacińskiej tradycji współczesnej zachodniej Europy.

Tyberiusz, ukazany tu rzeczywiście jako samotnik, rozstrzyga – choć w istocie tego nie chce: długo trwa u niego podjęcie decyzji o objęciu panowania – dylematy władzy i zawiłości dziejów. Splot intryg, przypadków, zaskakujących odmian sytuacji – wszystko to stanowi dlań wyzwanie, z którym w istocie nie bardzo potrafi sobie poradzić. Towarzyszy mu w tym jednak narrator, ów przewodnik prowadzący wycieczkę naszych współczesnych po labiryntach przeszłości, która też okazuje się niejednoznaczna. Nic zatem dziwnego, że, zwracając się do turystów, powiada: „Jesteśmy, proszę państwa, na Damecucie po to, żeby państwo mogli być sobą i wybrać prawdę historyczną wedle życzenia (…). Należałoby może tylko zastąpić niektóre przestarzałe, martwo brzmiące słowa jakimiś aktualniejszymi i zamiast o prawdzie mówić na przykład o produkcie (…) jak mówią o wycieczkach dzisiejsze agencje turystyczne. (…) Produkty są, rzecz jasna, wymienne, a moglibyśmy jeszcze przedstawić nieskończone mnóstwo innych fantastycznych produktów alternatywnych, gdybyśmy byli nie na Dameceucie, lecz na koncercie poetyckim Nazona poety, ukaranego za pieśń i błąd”.

Osobliwość tej opowieści – a mamy tu wszak czytelne nawiązanie do „Nazo poety”, także do „Boskiego Juliusza” – polega na ironicznym potraktowaniu przekształcającej się w historię współczesności. Narrator (narratorzy) wszystkich trzech utworów, do pewnego stopnia tylko zachowują swą trójosobową tożsamość – nie brak sugestii, że zarówno antykwariusz opowiadający o losach Juliusza Cezara, jak konferansjer relacjonujący historię Owidiusza, wreszcie pilot wycieczki oprowadzający po świecie Tyberiusza to jedna i ta sama postać, której właściwością zasadniczą jest zdolność egzystencji tak w przeszłości, jak we współczesności.

Lecz oto pojawia się wyznanie zaskakujące: „Aha, to ja, pilot, czyli Tyberiusz”. Jeśli tak, to antykwariusz jest tożsamy z Cezarem, zaś konferansjer z Owidiuszem, wszyscy zaś oni są nadto jedną osobą. Kim zatem? Można domniemywać, że tym, co ich łączy w jedną postać, jest autor: Jacek Bocheński. To on, opowiadając te wszystkie przypadki, „wybiera prawdę historyczną wedle życzenia” tworząc dla nas, czytelników, kolejne „produkty”. I gdy kończymy lekturę „Tyberiusza Cezara” dziś, w czasach uprawiania „polityki historycznej”, ironia narratora-autora nie przypadkiem przytaczającego określenie „propaganda politica”, staje się w pełni zrozumiała: wiemy już, że zawsze tak było, a w dochodzeniu do „prawdy historycznej” ufać możemy tylko sobie, a właściwie własnemu widzimisię.

LESZEK SZARUGA

Katarzyna Marciniak - "Tyberiusz all inclusive – wycieczka z Jackiem Bocheńskim" (1)

"Meander" (Warszawa)

kwartalnik poświęcony kulturze świata starożytnego

Nr 62 / 2007  (opublikowany  w grudniu 2009)

W swojej najnowszej powieści, Tyberiusz Cezar, która stanowi trzeci tom Trylogii rzymskiej, Jacek Bocheński zaprasza czytelników na wycieczkę. Wycieczka trwa trzydzieści osiem lat, bo tak długo – z przerwami – autor pracował nad książką1) . A może dwa tysiąclecia, gdyż taki mniej więcej okres obejmuje akcja powieści – od wizyty Tyberiusza na Rodos do czasów nam współczesnych? Albo jeden dzień (i ewentualnie noc), ponieważ od tomu nie sposób się oderwać? Lub nieokreśloną liczbę dni, również w przyszłości, bo kto raz przeczyta, będzie wracał do książki wielokrotnie...2)

Opiekę nad czytelnikami sprawuje pilot. Znamy go z poprzednich części tryptyku:

Podjąłem się, szanowni państwo, nowej funkcji. Ja, były antykwariusz, w pewnym okresie konferansjer, zmieniłem raz jeszcze zawód. Będę pilotem wycieczki.

[...] Wszyscy mogą wziąć udział w pasjonującej wycieczce z cezarem Tyberiuszem w tle. Oto najnowszy, prawdziwie awangardowy rodzaj turystyki. Nie ma mowy o sennym wałęsaniu się z aparatami fotograficznymi, wystawaniu przed martwymi posągami w muzeach, jałowym gapieniu się na łuki triumfalne, świątynie i akwedukty! Nikt nie będzie nigdzie jeździć tak sobie, żeby tylko popatrzeć. Przestawiamy się na metody nowoczesne, na turystykę zaangażowaną!3)

Pilot, podobnie jak antykwariusz z Boskiego Juliusza i konferansjer z Nazona poety, jest znakomicie przygotowany do nowej roli. Świetnie zna źródła i wyjątkowo trafnie charakteryzuje sposób pisania autorów będących jego przewodnikami po starożytnym świecie – świecie, do którego zaprasza uczestników wycieczki. Przywołajmy choćby analizę stylu Tacyta – lekturę jego Roczników porównuje pilot do wędrówki po stromych zboczach, skałach i bezdrożach Capri:

Nie można być pewnym, co kryją próżnie gramatyczne lub logiczne w tekście, tu i ówdzie pozostawiane domyślności czytelnika, na przykład opuszczone podmioty w zdaniach. Nie można być pewnym znaczenia skrótów ani dyskretnych, niczym niezapowiedzianych przeskoków z tematu, z przedmiotu na przedmiot, na temat, być pewnym, gdzie się co zaczyna, gdzie kończy, co się z czym jeszcze wiąże, co nie, i do kiedy, a właśnie już mowa o czymś innym, o kimś innym, ale czy na pewno, ale o kim, nagle kres, urwisko, tu tę szczelinę proszę przeskoczyć, asekuracji nie ma. Stale czegoś brak, taka zasada, oszczędność stylistyczna, lapidarność, czyli pod względem etymologicznym kamienność, lapis bowiem znaczy kamień, szanowni państwo. Nagi, ostry, kamienny język, tak idzie się przez Tacyta. A mimo to narracja płynie 4).

Płynie również narracja Bocheńskiego. Autor zmienia osoby – to zwraca się do całej grupy, to do pojedynczego uczestnika wycieczki, raz pozwala przez dłuższy czas opowiadać pilotowi, innym razem dopuszcza do głosu turystów, którzy zaczynają prowadzić dialog z przewodnikiem lub nonszalancko – są przecież na wakacjach... – komentują jego objaśnienia:

Ach, Sejan, przerabialiśmy to, no tak, tego faceta się pamięta, byłby dobry jako temat medialny, zawrotna kariera i straszny upadek, ofiara jednej nocy październikowej, bo to przecież ten, który u szczytu potęgi zostanie skazany na śmierć i natychmiast uduszony. Powrozem! A jego małoletnia córka będzie przed uduszeniem zgwałcona zgodnie z prawem przez kata5) .

Czasem autor pozwala także mówić samemu Tyberiuszowi i jego bliższym bądź dalszym współczesnym. Na szczególną uwagę, jak zawsze w książkach Bocheńskiego, zasługują cytaty ze źródeł, tu na przykład z pism Cycerona czy Swetoniusza. Autor sprawia, że ich język – dziś rzekomo martwy – na powrót tętni życiem. Co za szczególny talent pozwala pisarzowi na zniesienie dystansu dwóch tysiącleci, które dzielą nas od antyku? Otóż Bocheński nie tłumaczy. On tylko pisze po polsku to, co starożytni autorzy wyrażali po grecku i po łacinie 6). Genialnie prosta technika. Jej mistrzem w poezji był Jan Kochanowski...

Tyberiusz Cezar, podobnie jak Boski Juliusz i Nazo poeta, zasługuje na podziw nie tylko ze względu na szacunek, który żywi Bocheński wobec źródeł. Autorowi udaje się przybliżyć czytelnikom z początku XXI wieku realia starożytnego Rzymu, paradoksalnie dlatego, że nie próbuje odtwarzać ich za wszelką cenę, świadom, że zazwyczaj przynosi to katastrofalne skutki. Możemy się o tym przekonać w trakcie lektury popularnych powieści anglojęzycznych (nomina sunt odiosa), w których Klodia przy kubku wina proponuje Cyceronowi przejście na ty, a pokój Tyrona ozdabiają freski-postery z wizerunkami jego ulubionych gladiatorów. Tymczasem Bocheński nie boi się ubrać swojego Tyberiusza w T-shirt i dżinsy na przejażdżkę kwadrygą, choć oczywiście wspomina o właściwym na taką okazję chitonie. Tak odważna gra z antykiem jest jednak w powieści całkowicie naturalna. Pisarz wybiera oryginalną drogę do odbiorcy – zaskakuje go błyskotliwymi odniesieniami do kultury współczesnej: porównuje na przykład sekretarza odczytującego testament Augusta do odtwarzacza płyt7), co pozwala lepiej zrozumieć, jaki status miał wyzwoleniec na usługach cesarskich.

Efektem ubocznym literackiego stopienia epok antycznej i współczesnej z pewnością będą próby odczytywania Tyberiusza Cezara jako paraboli teraźniejszości, zwłaszcza że tego rodzaju interpretacje pojawiły się również w trakcie analiz pierwszych dwóch tomów Trylogii. Trzeba przyznać, że pisarz trochę prowokuje czytelników do takiej lektury, twierdząc, że nie ma znaczenia, czy jest rok 19, czy 2019, czy 2009, oraz poruszając jednocześnie na przykład kwestię wykluczenia kobiet w starożytności, dzisiejsze protesty feministek, wypędzenie z Rzymu Żydów za Tyberiusza, problem AIDS, chińską Kampanię Stu Kwiatów, wojnę w Wietnamie, dramat uchodźców w Darfurze czy pewien słynny na polskiej scenie politycznej okrzyk byłego premiera:

Co się tyczy nimf, to ja, pilot wycieczki, od trzydziestu pięciu, a może i czterdziestu lat szukam z niesłabnącym pożądaniem tych rozkosznych, zwiewnych istot po wszystkich grotach Capri, aż wreszcie w Matermanii, yes, yes, yes, chłopaki, mamy je, żywe, ciepłe, fluoryzujące boskością i feromonami...8)

W dodatku przy tej okazji pilot natychmiast się poprawia. Daje do zrozumienia, że posunął się za daleko. Ale czy dlatego że wkroczył na scenę satyry politycznej? Otóż nie. Poprawia się z zupełnie innego powodu:

Och, przepraszam za nietakt, mój okrzyk do chłopaków yes, yes, yes był skandaliczny, oferta nie ogranicza się, rzecz jasna, do prostej usługi dla mężczyzn, jest w menu pełny asortyment produktów. Nimfy dla lesbijek? Proszę, wystarczy nacisnąć enter 9).

I właśnie potencjał ironii zawartej w takich fragmentach jest wyraźną wskazówką autora, by nie czytać jego powieści tylko w kategoriach napisanej ezopowym językiem paraboli. Tak jednostronna interpretacja spłycałaby literackie osiągnięcie Bocheńskiego. Tyberiusz Cezar bowiem to powieść, która dotyka wielu zagadnień. Jak obiecuje pilot – i spełnia tę obietnicę:

Oferta będzie urozmaicona, powiedziałbym – wszechstronna, zróżnicowana, dostosowana do indywidualnych pragnień państwa 10)

Bocheński porusza kwestie władzy, polityki, manipulacji, tworzenia historii, przyjaźni i zdrady, miłości i nienawiści, nauki i religii, tolerancji, a nawet równouprawnienia. Autor zajmuje się również problematyką metatekstualną – kryzysem dotykającym twórców, w efekcie którego giną wielkie fabuły i powstaje „literatura nudy”:

Zamiast fabuł pojawią się serie niepowiązanych zdarzeń. Uzna się bowiem, że wszystko, co literatura mogła opowiedzieć, opowiedziała już wcześniej. Pozostaje zabawa w odwracanie do góry nogami starych modeli artystycznych. Zostają puste formy, które można przynajmniej z hałasem potłuc. 11)

Ciąg dalszy – część II

Katarzyna Marciniak - "Tyberiusz all inclusive – wycieczka z Jackiem Bocheńskim" (2)

 Tyberiusz Cezar jest zaprzeczeniem tego rodzaju „pustej literatury”. Przyjmując konwencję pisarza, moglibyśmy powiedzieć, że wycieczka śladami Tyberiusza to oferta w pełni all inclusive. Oczywiście jeszcze kilkadziesiąt lat temu tak znakomitą powieść, zamiast terminem z dziedziny turystyki, nazwano by summą, jednak użycie takiego pojęcia w stosunku do Tyberiusza Cezara byłoby anachronizmem. Dziś książka jest przecież produktem. Każdy, kto korzysta z Internetu – a Bocheński korzysta: pisarz ma nawet swojego bloga! 12) – wie o tym dobrze: w internetowej księgarni, po wybraniu interesującego nas dzieła i kliknięciu, na ekranie komputera pojawia się komunikat, że oto włożyliśmy produkt do koszyka, a w ramach promocji otrzymamy jeszcze próbkę kawy gratis lub torbę ekologiczną za złotówkę. Enter!

A zatem turyści chcą circenses? 13) Ich życzenie zostanie spełnione. Już same tytuły poszczególnych części powieści zapowiadają emocjonującą wycieczkę, niczym slogany reklamowe lub krzyczące nagłówki tabloidów: Pornografia 14–26, Horror 26–37. A jednak w trakcie lektury przekonujemy się, że znów daliśmy się zwieść autorowi: chociaż Bocheński wybrał bohatera, którego biografia (prawdziwa czy sfałszowana – w tym kontekście nie ma to znaczenia) pozwoliłaby mu na przytłoczenie czytelników przemocą i okrucieństwem, odnosi się do Tyberiusza z szacunkiem, zachowuje umiar. Nie znam żadnego innego pisarza, który potrafiłby przyswoić i wykorzystać cały arsenał środków współczesnej kultury masowej, a także swobodnie przekraczać różne rejestry językowe, pozostając jednocześnie w kręgu arcydzieł literatury klasycznej oraz wartości śródziemnomorskich. I tak pilot zdaje się akceptować nowe reguły, pozornie dostosowuje się do oczekiwań turystów, utwierdza ich w przekonaniu, że oto oferuje im po prostu łatwy do przyswojenia produkt – po to, żeby już za chwilę obnażyć wady programu wycieczki, programu świata, i tego starożytnego, i tego współczesnego, ani na chwilę nie zmieniając się przy tym w moralistę. Twórczość Bocheńskiego przypomina pod tym względem ironiczny dyskurs poetycki Katullusa. Zauważmy, że nawet wybór pilota jako narratora jest nieprzypadkowy: decydując się na nieco staroświecko dziś brzmiące określenie „przewodnik”, autor nie tylko nie podążyłby za duchem czasów, ale i mógłby zasugerować coś, czego z pewnością nie chciał – rodzaj wyższości, narzucającej posłuszeństwo, aspirującej do miana autorytetu. Zamiast cokolwiek narzucać jako przewodnik duchowy, pilot woli prowokować czytelników. Wykorzystuje potencjał legendy Tyberiusza, aby skłonić nas do samodzielnego myślenia – stąd odważne uwagi na temat religii, dzięki której „czyny niedopuszczalne zamieniają się w cudowny sposób na chwalebne” 14), czy demokracji:

Proszę mi wskazać jakieś wielkie mocarstwo, gdzie panowałaby demokracja. Owszem, w miastach – tak, w Atenach, to wiemy – ale nie w państwach złożonych z wielu krajów, narodów i plemion, nie w takich kolosach. Ogromna większość ludzkości nie chce demokracji 15)

Za swoją odwagę Bocheński może zresztą zapłacić krytyką, zwłaszcza natury obyczajowej, w związku z fragmentami dotyczącymi rzekomej pedofilii Tyberiusza i poruszającą sceną zamordowania córeczki Sejana, która zgodnie z rzymskim prawem musiała zostać zgwałcona przed egzekucją przez kata. Dodajmy, że jego rolę powierza pilot uczestnikowi wycieczki, w niezwykle plastyczny sposób, niczym kierujący graczami „mistrz gry” w role playing games, odmalowując okoliczności i odczucia towarzyszące zbrodni.

Ponadto Bocheński, który wielokrotnie oddaje w powieści głos bezpośrednio Tyberiuszowi, naraża się na oskarżenia, że broni potwora. Ryzykuje, że powtórzy się historia z czasów, gdy po raz pierwszy ukazała się jego książka Krwawe specjały włoskie, poświęcona terroryzmowi w Italii, szerzącemu się w pamiętnych „latach ołowiu”, anni di piombo, wznowiona – niezwykły zbieg okoliczności! – niemal równolegle z publikacją Tyberiusza Cezara 16). A przecież w tej ostatniej części Trylogii rzymskiej Bocheński jest jeszcze odważniejszy niż w szkicach, w których starał się odkryć przyczyny dramatycznych wydarzeń we Włoszech. Nie tylko opisuje czyny Tyberiusza, ale i pozwala nam usłyszeć jego myśli. Co więcej, w pewnym momencie maskę cesarza wkłada sam pilot-narrator, by przekazać ją następnie turystom. Na chwilę Tyberiuszem staje się każdy z czytelników – Tyberiuszem w biurze czy urzędzie, człowiekiem, który boi się władzy, ale jeszcze bardziej boi się jej braku. Przyjmując tego rodzaju perspektywę, autor sprzeciwia się łatwym ocenom – potępieniu, które nie prowadzi do niczego poza potępieniem. I chociaż pilot zdaje sobie sprawę, że „pojąć motywów Tyberiusza nie potrafił prawdopodobnie nikt” 17), na przykładzie biografii cesarza ukazuje trudności ze zrozumieniem innego człowieka. Jeżeli wysłuchamy drugiej strony – audiatur et altera pars – może okazać się wówczas, że następca Augusta dopuszczał się przerażających aktów po to, aby ukryć swoje słabości:

Jestem w gruncie rzeczy starcem, który niedowidzi, ma chory kręgosłup i nieznośną swędzonkę zmuszającą do drapania się to tu, to tam, co powoduje rany, strupy i raz po raz konieczność zalepiania różnych miejsc plastrami, niestety, również na twarzy. Chciałem udawać przed ludźmi przystojniaka i seksualnego osiłka, gdy naprawdę, mimo moich urodziwych posągów rozstawionych wszędzie po świecie, wyglądam ohydnie i cierpię od lat na impotencję 18)

Czy to usprawiedliwia Tyberiusza? Ale czy w ogóle usprawiedliwienie kogokolwiek jest celem wycieczki? Pilot wie, że nie, ale wie również, że to on poniesie konsekwencje każdej możliwej interpretacji – zostanie osądzony nawet za treść tablicy umieszczonej na Wieży Zegarowej przy Placyku na Capri, upamiętniającej Tyberiusza jako człowieka wybitnie zasłużonego, ufundowanej przez Włochów, których specyficzny, pełen czułości stosunek do historycznych postaci udało się Bocheńskiemu tak celnie uchwycić.

I rzeczywiście, w czwartej części książki pilot zostaje pociągnięty do odpowiedzialności. Ten, który do tej pory narzucał drogę, ustępuje grupie 19). Jakiej grupie? Pora wspomnieć o zupełnie wyjątkowym bohaterze powieści. Bohater ten występował już w poprzednich tomach Trylogii, ale dopiero w tym dochodzi do głosu – to czytelnicy, którzy w Tyberiuszu Cezarze odgrywają rolę turystów. Towarzyszą oni pilotowi, niczym komentujący wydarzenia chór z tragedii greckiej, od początku pracy nad książką, zmieniają się, dorastają. Są wśród nich marksiści i feministki, a także młodzi ludzie, którzy czasy publikacji Boskiego Juliusza i Nazona poety znają tylko z lekcji historii. Tej publiczności nie wystarcza już przysłuchiwanie się wywodom pilota. Zmuszają go do „nagrania w przestrzeni publicznej”, które bardziej niż wywiad przypomina przesłuchanie, podobne do przesłuchania Owidiusza w drugim tomie Trylogii, tylko że to jest okrutniejsze, bo podczas gdy Owidiusz milczał i nie zaprzeczał swojej winie, pilot, choć nie popełnił żadnego przestępstwa, musi odpierać zarzuty skierowane przeciwko sobie, ale i przeciw równie niesłusznie oskarżonym antykwariuszowi oraz konferansjerowi:

Pan od dawna był kameleonem. Słyszałam, że lubi się pan podszywać pod ludzi różnych intratnych zawodów, kiedyś podobno chciał pan uchodzić za antykwariusza... Ale... kiedy indziej za konferansjera, lecz nawet wtedy zmieniał się pan z konferansjera w sędziego śledczego. Musiał się pan tak maskować? Dla zmylenia konkurencji czy dla zatarcia śladów po jakimś nadużyciu? [...] Nie wiem, kto jak robił karierę w tamtych czasach. Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy pan w niejasnych okolicznościach, bez odpowiednich kwalifikacji, został pilotem wycieczki. [...] Ogólnie przyjmuje się, że cały ten pana starożytny Rzym to też jest kamuflaż, bo naprawdę obchodziła pana polityka, nie historii 20).

Właściwa odpowiedź na zarzuty nie istnieje. Pokazywał turystom drogę, niosąc czerwony proporczyk? – wiadomo, po czyjej był stronie... Posługiwał się białym? – sytuacja też jasna: poddał się systemowi. Cokolwiek pilot powie, zostanie użyte przeciwko niemu. Dlatego w trakcie tego wywiadu-przesłuchania rezygnuje z obrony:

Ja, pilot, nic już nie wiem. Wyczerpuję się powoli. Czarno jest we mnie. Wypalony węgiel. I czarno dokoła mnie 21).

Maski narratora, który z pilota przeobraża się w swoją publiczność, to znów w Tyberiusza, symbolizują jeden z najważniejszych problemów poruszonych w ostatnim tomie Trylogii rzymskiej – kwestię tożsamości. Zauważmy, że jedyną prośbą pilota do uczestników wycieczki jest apel, by każdy z nich był sobą. Co jednak oznacza „bycie sobą” i czy jest to możliwe? Analizując ten wątek, odkrywamy, że nie tylko następstwo chronologiczne łączy trzy części cyklu Bocheńskiego. Pisarz pokazuje, jak zmienia się życie jego bohaterów, którzy zdobywając władzę, tracą własną tożsamość. W pełni sobą jest Juliusz Cezar, który walczy o boskość. Jego następca, August, ugruntowuje pozycję zdobytą przez adopcyjnego ojca, skazując na zesłanie Owidiusza – potencjalnego złodzieja boskości. Gdy do władzy dochodzi Tyberiusz, walka jest już dawno zakończona. Senat może kaprysić, ale i tak wszyscy dobrze wiedzą, że Rzymem rządzi pierwszy obywatel. Tyberiusz płaci jednak za to wysoką cenę. Nie może być sobą. Wkłada maskę tyrana.

Ciąg dalszy – część III

Katarzyna Marciniak - "Tyberiusz all inclusive – wycieczka z Jackiem Bocheńskim" (3)

 

Z tej samej perspektywy kryzysu tożsamości możemy zinterpretować samobójstwo Kokcejusza Nerwy. Tyberiusz go nie rozumie. Albo nie chce zrozumieć. Dlaczego zdolny prawnik, przyjaciel cesarza, niezamieszany w żadne spiski, postanowił umrzeć i z przerażającą konsekwencją zrealizował swój zamiar? Wydaje się, że pilot, choć w wielu przypadkach tłumaczy intencje bohaterów, tym razem pozostawia nas bez odpowiedzi, jak Tyberiusza. Jeśli jednak wsłuchamy się w opowieść o niedoszłym reformatorze prawa Imperium i wielbicielu Cycerona, zrozumiemy, że wybór Nerwy jest w pewnym sensie powtórzeniem decyzji Arpinaty, który w 43 roku, gdy nie mógł już dłużej walczyć o republikę, zrezygnował z ucieczki, dając świadectwo wiary w swoje przekonania i płacąc życiem za zachowanie tożsamości.

Może konformiści są zawsze mądrzejsi od pozabijanych dawno Cyceronów i innych Brutusów, daremnych obrońców republiki? 22)

Chociaż Bocheński nie udziela odpowiedzi na to pytanie, wydaje się, że zna ją Kokcejusz, jednak Rzymianin odrzuca taką „mądrość”.

Wśród bohaterów powieści jest tylko jedna spełniona postać. Astrolog Tyberiusza – Trazyllus. Czy to znaczy, że nie był konformistą? Musiał nim być, bo inaczej nie utrzymałby się przy życiu. Trazyllus jednak jest konformistycznym minimalistą: nie sprzeciwia się cesarzowi, bo to nierozsądne, ale też nie ulega pokusie władzy. Ma własną pasję, której poświęca się bez reszty, by na starość zrealizować swoje wielkie marzenie – wydać wszystkie dzieła Platona. Dzięki tej pasji jest sobą, niezależnie od zmieniających się warunków politycznych. Pozostali bohaterowie rozpaczliwie próbują zachować tożsamość, nadać sens życiu, jednak na próżno:

[...] nie pierwszy i nie ostatni raz w dziejach świata jest pustka uczuciowa, mniej więcej taka jak w dwudziestym pierwszym wieku. 23)

Również pilot, i to już rozpoczynając wycieczkę, przewiduje, że jego rola wkrótce się skończy:

Po zakończeniu podróży stanę się niepotrzebny. Będę się musiał gdzieś podziać, chociaż nie wiem, gdzie. Osobiście nie mam żadnego programu w tej sprawie. A może komuś przychodzi do głowy jakiś pomysł? Oczekuję propozycji 24).

W trakcie wycieczki okazuje się jednak, że turyści, chociaż zdarza im się kwestionować intencje i kwalifikacje pilota, bez niego są zupełnie bezradni. Nie tylko dlatego, że nie potrafią samodzielnie przetłumaczyć łacińskiej inskrypcji ku czci Tyberiusza. Potrzebujemy pilota, bo jest on – nawet jeśli wzbrania się przed takim określeniem – naszym Przewodnikiem, w pełnym znaczeniu tego słowa, po świecie starożytnym i po tym współczesnym. Przewodnikiem, który zamiast odpowiedzi przede wszystkim stawia pytania, proponuje hipotezy, wyraża wątpliwości i wymaga samodzielnego myślenia. Ośmielam się zatem wystąpić z propozycją programu...

Już greccy teoretycy literatury zauważyli pewne podobieństwo między tragedią a historiografią. Również Trylogia rzymska Bocheńskiego, osadzona w historycznych realiach, przypomina antyczną tragedię – jej bohaterowie budzą litość i trwogę, nieobce im hamartia i hybris, a treść poszczególnych tomów dotyka najważniejszych ludzkich uczuć i problemów.

W trakcie świąt ku czci Dionizosa tragik przedstawiał zazwyczaj trzy sztuki. Na tym jednak nie kończył. Wystawiał jeszcze dramat satyrowy. Drzwi do świata, który pokazali nam antykwariusz, konferansjer i pilot, są otwarte. Stoi w nich Kaligula...

ARGUMENTUM

Censura libri a Hyacintho Bocheński scripti, qui Tiberius Caesar inscribitur et tertiam partem Operis Romani, post Divum Iulium et Nasonem poetam, confecit. Bocheński de vita Tiberii usque ad imperatoris mortem Capreis obitam multis cum commentariis ad tempora nostra atque mores pertinentibus splendide narrat.

 KATARZYNA MARCINIAK

Instytut Badań Interdyscyplinarnych „Artes Liberales”, Uniwersytet Warszawski

 

* Jacek Bocheński, Tyberiusz Cezar. Świat Książki. Warszawa 2009, 320 s.

 

PRZYPISY:

 

1) Jacek Bocheński zaczął pisać Tyberiusza Cezara w 1970 roku, na 35 lat zarzucił pracę nad książką, kończąc ją w grudniu 2008 roku. Jak wspomina sam autor, pomysł stworzenia powieści poświęconej Tyberiuszowi przyszedł mu do głowy już w trakcie pisania Nazona poety. Orientację w chronologii ułatwiają opatrzone datami (choć pochodzącymi z dwóch planów – działalności pisarza i opisywanych wydarzeń) tytuły poszczególnych części (Część pierwsza: Prospekt 1970; Część druga: Fantazja 2005; Część trzecia: Pornografia 14–26; Część czwarta: Horror 26–37; Epilog: Śmierć stróża 1973).

2) Wprawdzie już na początku pilot czyni pewne zastrzeżenie: „Dobrze – powiadacie – ale gdzie w końcu zajdziemy? Jaki jest cel podróży? A żaden, proszę państwa, żaden, stawiam tę sprawę otwarcie, bez przechwałek i niepotrzebnych złudzeń. Przeżyjecie wszystko, co jest i było dane, a potem żadne z tych doświadczeń nie będzie się liczyć i będzie znowu tak, jakby podróży nigdy nie było” (s. 66). Po przeczytaniu powieści ośmielamy się jednak odrzucić zastrzeżenie pilota.

3) S. . 24 i 47–48.

4) S. 20.

5) S. 193–194.

6) Por. na przykład ustępy z dialogu De legibus Cycerona cytowane w powieści (s. 217–222).

7) S. 160.

8) S. 258.

9) S. 258–259.

10) S. 26.

11) S. 53.

12) Zob. http://jacekbochenski.blox.pl (dostęp 4 listopada 2009).

13) S. 271.

14) S. 259.

15) S. 293–294.

16) Por. Jacek Bocheński, Krwawe specjały włoskie, Agora, Warszawa 2009 (Biblioteka „Gazety Wyborczej”), z przedmową Adama Michnika. Zob. recenzje pierwszego wydania książki z 1982 roku pod adresem: http://jacekbochenski.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?537654 (dostęp 4 listopada 2009).

17) S. 133.

18) S. 281.

19) S. 264.

20) S. 274.

21) S. 261.

22) S. 161.

23) S. 172.

24) S. 67.

wtorek, 25 sierpnia 2009
"Pojechałem do Rzymu, żeby w nim pobyć" - rozmowa z Jackiem Bocheńskim (1)

"Nowe Książki" nr 8 /sierpień 2009 r.

[tekst ukazał się pod tytułem redakcyjnym "Pojechałem do Rzymu, żeby w nim pobyć"]

Z Jackiem Bocheńskim rozmawia Zuzanna Grębecka

- Mówił pan, że już w wycinku prasowym z 1962 roku pojawiła się zapowiedź nie tylko Owidiusza, ale i Tyberiusza.

- Tak, na razie Tyberiusza bez dodatku Cezar, bo na to, że to będzie Tyberiusz Cezar, wpadłem dopiero wtedy, kiedy dowiedziałem się z historycznych inskrypcji, jak on się podpisywał – mianowicie Ti. Caesar. Tyberiusz Cezar. No i pomyślałem sobie, że to dźwiękowo dobrze współbrzmi z poprzednimi moimi tytułami. Jest dwuczłonowy Boski Juliusz, jest Nazo poeta, niech będzie Tyberiusz Cezar. Jednak w 1962 roku – nie wiem, nie umiem wyjaśnić, skąd wiedziałem, że to wszystko będę pisał. Boski Juliusz był dopiero co wydany i zabierałem się do Owidiusza – ale Tyberiusz?

Po wydaniu Nazona poety w roku 1969 wyjechałem wiosną 1970 roku do Rzymu. To był ostatni rok rządów Władysława Gomułki, ale nikt jeszcze nie przewidywał, że już w grudniu on zostanie obalony i zastąpi go Gierek. Jesteśmy raczej pod wrażeniem Marca 1968 i stłumienia próby "socjalizmu o ludzkiej twarzy" przez inwazję na Czechosłowację. Tymczasem na Zachodzie robią na mnie wielkie, zaskakujące wrażenie idee marksistowskie młodzieży akademickiej. Jak się z takimi młodymi ludźmi spotykam, to jeden w drugiego okazują się wielbicielami rewolucji w duchu Mao Tse Tunga. Mam wtedy bardzo zacny i prosty zamiar: usiąść w bibliotece i studiować historię rzymską przełomu er. Pojechać do Kampanii, pojechać na Capri, obejrzeć miejsca, o których już wiem, że na pewno będę o nich pisał. Rodos jeszcze mi wtedy nie przychodzi do głowy. We wspaniałym rzymskim instytucie archeologicznym, założonym w XIX wieku przez Niemców – Istituto Archeologico Germanico – spędzałem długie godziny. Doskonale pamiętam tamten rzymski maj. Wieczorami był tak samo chłodny jak dzisiejsza, czerwcowa, Warszawa. Wychodzę przed siódmą czy ósmą z instytutu i przede wszystkim muszę naciągać na siebie sweter, bo jest okropnie zimno. Po czym gonię galopem przez park Villa Borghese do domu. Te moje biegi wieczorne mam żywo w pamięci. Tak tam spędzam czas, potem jadę na Capri. Cudem jakimś, bo przecież nie mam pieniędzy na tę podróż – muszę ją sfinansować ze swoich prywatnych środków. Wszystkie dewizy, jakie wtedy miałem, uciułane z moich honorariów na Zachodzie, to jest jednak niewiele, muszę bardzo oszczędzać. Ale mi się jakoś udaje – żyję skromnie, żywię się w najprostszy sposób, coś sobie kupując i przyrządzając w domu. Na Capri udaje mi się tanio wynająć pokoik w małym domku i siedzę tam przez dwa tygodnie. Chodzę wtedy po raz pierwszy do Willi Jowisza. Niemal codziennie, bo gospodyni, która mnie gości, mieszka właściwie u podnóża Monte Tiberio.

Wracam do Polski i zaraz siadam do pisania. Jest wciąż rok 1970, kiedy piszę część pierwszą Tyberiusza Cezara. Nadaję jej tytuł Prospekt. Chodzi o prospekt wycieczki, na którą zapraszam turystów, niby o reklamę. Nie mam jeszcze jasnego pomysłu, co z tego będzie. Ale już wiem, że zrobię taką sztuczkę: akcja zacznie się już w tym prospekcie. I rzeczywiście, jest tam opisane kluczowe wydarzenie, do którego powieść będzie potem nawracać, noc z 18 na 19 października roku 31, gdy decyduje się los prefekta gwardii pretoriańskiej, Sejana. I jeszcze wiem, że w akcji wezmą udział równolegle, na dwóch rożnych planach starożytni Rzymianie i ludzie współcześni, właściwie moi czytelnicy, z którymi rozmawiam. Ale przede wszystkim oni sami ze sobą rozmawiają, ich dialog tworzy akcję.

- A swoją drogą, ci marksiści, którzy pojawiają się w Prospekcie to włoscy marksiści, czy nasi? Co to za marksiści?

- Nasi nie, bo nasi nie potrafili prowadzić tego rodzaju dyskursu w tamtych czasach. Może  przedwojenni marksiści, albo komunistyczni intelektualiści bezpośrednio po wojnie, byli zdolni do takiej interpretacji historii czy kultury. Ci nasi, którzy sprawowali władzę w Polsce, mieli zupełnie inne horyzonty i zainteresowania. Marksizm jako sposób opisywania stosunków społecznych, historii i człowieka w ogóle ich nie interesował. Oni się na tym nie znali – wiedzieli, że jakaś doktryna jest skodyfikowana w dziełach klasyków, że to wszystko święte, Marks, Engels...

- Święte księgi…

- Święte księgi, ale oni ich po prostu nie czytali.

- W etnograficznych materiałach z Białorusi zgromadzonych przez znajomą wyczytałam, jak taka wiejska babina mówi: „Komuniści kazali w marksaengelsa wierzyć. Bo to taka religia marksaengelsa była”.

- Ci zachodnioeuropejscy mieli jeszcze nowe bóstwa, chińskie, bo coś im się jednak nie podobało w Związku Radzieckim. To już niekoniecznie był ich wzór. Natomiast podobała im się rewolucja jako szansa zmiany własnego życia, które, ich zdaniem, było okropne – ucisk domu, kapitału, kościoła, tradycji, uczelni, prawa, fałszywej demokracji, która wcale nie była demokracją, tylko dyktaturą – tak to widziano. No ciężki, ciężki los! To było zresztą po maju paryskim i po ruchach studenckich w Berlinie Zachodnim, po śmierci tego studenta, Benno Ohnesorga, który został zastrzelony przez policjanta podczas demonstracji w 1967 roku. Ta śmierć dała asumpt do pierwszych manifestacji i starć z policją – do zradykalizowania się młodzieży.

Napisałem wtedy Prospekt niemal dokładnie taki sam, jaki pozostał w książce. Doszły potem tylko drobne uzupełnienia – mianowicie zdałem sobie sprawę przygotowując książkę do publikacji w roku 2009, że mój czytelnik będzie prawdopodobnie bardzo mało wiedział o tym, co się działo w tamtych latach i po prostu nie zrozumie pewnych motywów, które tam się pojawiają, ot, takiego choćby, że możliwa jest tylko rewolucja policjantów. Co to znaczy? Otóż było wówczas po Marcu 1968 roku w Polsce, kiedy rewolta studentów została w praktyce przekształcona w zamach stanu, dokonany przez policję pod wodzą Mieczysława Moczara. Musiałem do tego wstawić jakiś zrozumiały komentarz. Ale większość realiów współczesnych była w książce od początku – że na przykład we Włoszech wybuchł strajk straży pożarnej, który bardzo mi się spodobał, bo mi to tworzyło kontrapunkt z rolą straży pożarnej w Rzymie starożytnym podczas upadku Sejana. Wprawdzie potem w narracji te wątki nie rozwinęły się tak, jak pierwotnie sobie wyobrażałem, ale zaczynając nie wiedziałem, czy nie będzie jakiejś ważnej korespondencji jednego z drugim. Albo upadek rządu w Rzymie... Zachowały się moje notatki, do których po latach sięgnąłem – nie wszystkie szczegóły były zapisane od razu w tekście książki – prowadziłem we Włoszech taki dzienniczek, zapiski, i z nich wyciągnąłem później trochę materiału, który mógł stworzyć bardziej uchwytną, materialną rzeczywistość roku 1970 na Capri i na świecie.

Ciąg dalszy – część 2

"Pojechałem do Rzymu, żeby w nim pobyć" - rozmowa z Jackiem Bocheńskim (2)

- Mięso...

- Właśnie, takie mięso. No więc napisałem Prospekt i zaraz miałem się zabrać do dalszego ciągu...

- Ale...?

- … ale autora, jak napisze tyle stron – a to było dobrych kilkadziesiąt stron maszynopisu, spory plik – zaczyna kusić, żeby to zaraz gdzieś wydrukować. Takim miejscem, gdzie mógł wówczas prozaik polski ulokować w całości lub częściowo swoje, szumnie mówiąc, dzieło przed wydaniem książkowym, był miesięcznik „Twórczość” - godne, prestiżowe miejsce. Ale mi tam niestety Prospekt odrzucono. To mnie speszyło, bo odrzuciła nie cenzura, tylko ktoś nastawiony do mnie bardzo przyjaźnie, ale całkiem nieprzygotowany na drastyczność typu, jak dziś mówimy, obyczajowego. W tych czasach homoseksualizm był tematem dyskretnym, który nie nadawał się ze względu na swoją "nieprzyzwoitość" do poruszania w inny sposób niż bardzo zawoalowany, aluzyjny. Tak, jak to jest w twórczości Iwaszkiewicza, gdzie chłopcy zjawiają się pod postacią kobiet. Więc mnie, krótko mówiąc, pogoniono razem z tym moim tekstem i w ogóle zobaczyłem, że nie ma co gadać.

Może opiszę kiedyś dokładniej przygody z próbami druku pierwszej części Tyberiusza Cezara, bo nie tylko w „Twórczości” spotkała mnie odmowa druku. Próbowałem też zamieścić fragment w „Tygodniku Powszechnym”. Ale do dziś mam w oczach Stefana Kisielewskiego – który zresztą o druku tam nie decydował – słyszę, jak sobie ze mnie pokpiwa, co też to ja proponuję „Tygodnikowi Powszechnemu”. Zdałem sobie sprawę, że katolickie pismo też nie może mojego tekstu przyjąć. Podobnie było w „Literaturze” - a to był tygodnik redagowany przez Gustawa Gottesmana, mojego tradycyjnego dobroczyńcę z „Przeglądu Kulturalnego”, który drukował kiedyś w odcinku fragmenty Pożegnania z panną Syngilu zatytułowane Słoń a sprawa polska i sporą część przyszłego Boskiego Juliusza jako Zapiski antykwariusza. Teraz Gottesman przyjął Prospekt i bardzo się starał go opublikować. Nie pozwalała cenzura. Gottesman długo z nią walczył, odwoływał się nawet, o ile wiem, do Wydziału Kultury Komitetu Centralnego.

- A jednak to nie pomogło…

- O tym, że wszelkie wysiłki spełzły na niczym wskutek ostatecznej decyzji towarzysza Kwiatka, dowiedziałem się podczas mojego kolejnego pobytu we Włoszech w roku 1973. Pojechałem tam ponownie, nadal po materiał do Tyberiusza Cezara, ale w innej trochę perspektywie. Już nie tylko po to, żeby zasiąść w bibliotece Instytutu Archeologicznego nad tekstami, choć po to też, i nie tylko żeby chodzić po Forum Romanum i Domus Tiberiana na Palatynie, gdzie zresztą Tyberiusz nie mieszkał.

Pojechałem do Rzymu, żeby w nim pobyć i przeżyć coś, co będzie się aktualnie w Rzymie dziać – ponieważ do tej powieści musiała wejść żywa współczesność, to było od dawna wiadome. Trzecia część trylogii rzymskiej miała pokazać, gdzie jest starożytność, gdzie współczesność, i jakie między nimi zachodzą granice, ewentualne powiązania, sprzeczności, niejasności, czy naprawdę jest tak, jak twierdził mój Peppino, że człowiek jest "zawsze ten sam"? Ja nie jestem pewien, że jest ten sam. Ale i tego, że nie jest, też, oczywiście, nie jestem pewien. Na wszelki wypadek obie możliwości zostały wzięte pod uwagę.

Nazwała pani mięsem tę rzeczywistość materialną, konkretną, żywą, która się dzieje – ja jej szukałem podczas tej drugiej podróży do Rzymu. Byłem już w trochę lepszych warunkach i mogłem sobie pozwolić, żeby prawie rok tam pomieszkać.

- To było stypendium?

Miałem stypendium, ale wcześniej i nie w Rzymie, tylko w Berlinie Zachodnim. Byłem przez rok gościem programu Künstler in Berlin – Artyści w Berlinie – na bardzo przyzwoitych warunkach. Zaoszczędziłem świadomie cześć pieniędzy, żeby móc potem pojechać do Włoch. W Rzymie wynająłem mieszkanie i notowałem, co też się będzie działo. Zdarzyły się różne historie, z których trzy wydały mi się bardzo ciekawe, zebrałem obfitą dokumentację, ale ona wykroczyła daleko poza potrzeby powieści Tyberiusz Cezar. Jednocześnie zrozumiałem, że Tyberiusz nie ma właściwie żadnych szans publikacji, skoro Prospektu nikt nie chce. Oczywiście, pisarzem kieruje jego własna potrzeba pisania niezależnie od okoliczności, ale na razie pod wpływem przykrych doświadczeń zniechęciłem się do Tyberiusza i odłożyłem go na później. Wtedy znów stanął mi na drodze notoryczny uczestnik mojej biografii literackiej, Gustaw Gottesman, pytając, co przywiozłem z Włoch. Zacząłem opowiadać przy obiedzie w SPATiF-ie, że porwano szesnastoletniego Paula Getty'ego i obcięto mu ucho, że działają Czerwone Brygady, że wynotowałem sobie takie historie, które może jakoś opiszę. On na to: „Pisz, a ja to będę drukować!” No i z tego pisania dla Gottesmana, pokrzyżowanego zresztą wkrótce przez cenzurę, powstały Krwawe specjały włoskie, wypączkowały z Tyberiusza Cezara, ale one są utrzymane w zupełnie innej konwencji stylistycznej, bo wiedziałem, że to osobna książka.

- A dlaczego powraca pan do trylogii dopiero po 30 latach?

Zawsze miałem w zamiarze powrót, tylko po drodze były przeszkody, z pewnością kryzys autorski na tle Tyberiusza po przejściach z nim, ponadto różne moje zajęcia, nagłe nowe pasje – a to inne książki pisałem, a to powstała opozycja demokratyczna i redagowałem „Zapis” w drugim obiegu.

- Zresztą w „Zapisie” przecież się pojawił Tyberiusz Cezar.

- Tak, krótki fragment pod tytułem Prospekt o urzędowym gwałcie na dziewczynce, mniej więcej zrozumiały sam w sobie, ale bez pedofilii, homoseksualistów i marksistów. Całości Prospektu nie chciałem drukować w „Zapisie”.

- Dlaczego?

Uważałem, że akurat w "Zapisie" nie powinno się tego robić z tych tak zwanych względów obyczajowych, o których mówiliśmy. Ale i dlatego, że publiczność czytelnicza, a także moi współpracownicy redakcyjni oczekiwali od literatury treści ideowych, politycznych, wolnościowo-patriotycznych. W pierwszej połowie lat 70. pojawia się na oficjalnym rynku książka bardzo młodych wówczas autorów, Zagajewskiego i Kornhausera, Świat nieprzedstawiony, w której krytykują oni język ezopowy – a ja przecież w najlepszym razie posługuję się językiem ezopowym, kostiumem historycznym, jak zgodnie twierdzą i moi krytycy, i moi cenzorzy, i zagraniczni dziennikarze, i badacze literatury, i wszyscy prześladowcy, i wielbiciele, i oburzeni, i zachwyceni, że można u mnie wyczytać takie rzeczy, które wolno pisać tylko w języku ezopowym.

Ciąg dalszy – część 3

"Pojechałem do Rzymu, żeby w nim pobyć" - rozmowa z Jackiem Bocheńskim (3)

- Język ezopowy jest szalenie atrakcyjny dla czytelnika – pozwala mu poczuć się lepiej jako temu, kto rozumie pewną tajemnicę, kto gra z autorem we wspólną grę. To szalenie dowartościowuje.

- Oczywiście, ale w latach 70. działa już presja, żeby wreszcie jednoznacznie, bez ogródek przedstawić polską rzeczywistość. Ma to być społecznym czy narodowym obowiązkiem, nie pierwszy zresztą raz w kulturze polskiej. Nie chcę być nieskromny, ale Chopinowi kiedyś zarzucano. że pisze preludia i scherza, a nie tworzy opery narodowej. Z czasem napisałem książkę, odpowiadającą na to zamówienie, choć może nie tak zupełnie jednoznacznie agitacyjną.

- Stan po zapaści".

- Żadna moja książka nie spotykała się z takim gorącym zachwytem nie tyle czytelników, ile w tym wypadku słuchaczy, jak Stan po zapaści, kiedy go osobiście czytałem przez Radio Wolna Europa, a oni mnie widzieli chodzącego po ulicy w kraju. Nagranie zrobiłem wcześniej w Monachium i wróciłem do Polski. Żadna moja książka nie została też tak gwałtownie odrzucona, jak ten sam Stan po zapaści po zmianie ustroju w roku 1989. Poszła natychmiast w zapomnienie, a jeśli ktoś do niej wracał, to raczej po to, żeby wypowiedzieć jakieś zgryźliwe uwagi.

- A pan lubi tę powieść?

Nie wiem, czy to jest słowo, którego chciałbym użyć. Właściwie, jeżeli lubię którąś z moich książek, to Nazona poetę. Wydaje mi się, że w niej zamysł autorski został najlepiej spełniony. A Stan po zapaści? Nie jest rzeczą bez znaczenia napisać przed przewrotem, że już jutro się obudzimy i dowiemy, czy jesteśmy przeżarci rakiem. Nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, że to będzie już jutro. I rzeczywiście było, bo Nowa" wydała książkę w roku 1987, przeczytałem ja przez radio w 1988, a w 1989 był Okrągły Stół, wybory 4 czerwca, był nowy, niekomunistyczny rząd polski Tadeusza Mazowieckiego i w jesieni nie było już muru berlińskiego. Mógłbym powiedzieć, że lubię tę książkę za przeczucie, które mnie nie omyliło. Ale niezupełnie mi tam wyszła wielogłosowość. Zasada tej narracji polega na udzieleniu głosu masie ludzi, których wypowiedzi wspólnie tworzą rzeczywistość – a w odbiorze często jest to traktowane jak opinia autora. Był nawet taki krytyk, który zarzucił mi prymitywizm myślenia i  wyjątkowo niski poziom umysłowy.

- Wróćmy do Tyberiusza Cezara". Co z nim?

- Tyberiusz Cezar jest odłożony, dzieją się inne rzeczy. Można by zacząć go pisać, ale z rozpędu zajmuję się eseistyką polityczną i mam PEN Club na głowie. Okazuje się, że Polska musi zorganizować światowy kongres PEN – kilka lat mija mi na przygotowaniach. W listopadzie 1999 roku, kiedy jest już po kongresie, kończy się moja kadencja prezesa. Mimo namów nie decyduję się na ponowne kandydowanie. Postanawiam wrócić do literatury, ale nie piszę Tyberiusza. Powstają dwie inne książki – Kaprysy starszego pana i Trzynaście ćwiczeń europejskich. Kaprysy są narracją, chociaż bywają uznawane za zbiór felietonów, może dlatego, że kawałki ich czytałem przed mikrofonem Programu II Polskiego Radia jako "felietony kulturalne". Gdyby mnie pani zapytała, czy lubię tę książkę, to owszem - znów za iskrę jasnowidztwa. Zapowiedziałem tam, że świat, kiedy już dojdzie do krawędzi rozwoju kapitalistycznego, zrobi zbawczego fikołka i to go uchroni od katastrofy. Światu przydarzył się kryzys – może to jest ten fikołek? Co wyniknie z kryzysu, nie wiem, ale przyłączam się do zdania tych, którzy twierdzą, że świat po kryzysie zmieni się na lepsze. Choć trudno sobie wyobrazić fikołek do tyłu, może to jest właśnie taki niezwykły fikołek.

- A co stanowiło impuls, by wrócić do Tyberiusza?

- Jest już rok 2005, Kaprysy starszego pana i Trzynaście ćwiczeń europejskich zostały opublikowane. Tymczasem Świat Książki", który wie, że miałem kiedyś napisać powieść o Tyberiuszu, mówi, że ją wyda, jeśli tylko napiszę. Bardzo zachęca. Nie było lepszego momentu, żeby padła taka propozycja, która nie jest, oczywiście, dla żadnej twórczości  decydująca, ale bardzo pomaga. Moja żona, obecna przy rozmowie z wydawcą, ogromnie się zapaliła do tego pomysłu, stała się sojuszniczką Świata Książki" i zaczęła mnie delikatnie, lecz systematycznie napędzać do roboty.

- Czy ta książka była dla niej ważna? To jedyna książka, którą pan w ogóle zadedykował – właśnie żonie.

- Była ważna dla niej i ta dedykacja nie jest zdawkowa. Niestety, moja żona nie doczekała skończenia książki, a bardzo na to czekała – spóźniłem się z zakończeniem o trzy miesiące. Ona bardzo czuwała nad powstawaniem Tyberiusza, starała się stworzyć mi jak najlepsze warunki w domu. Pod tym względem była to idealna żona, rozumiejąca. Idealna też do ryzykownej działalności opozycyjnej – a nie każda kobieta chętnie przestaje z takim mężem, co to nie wiadomo, czy go jutro nie zamkną. Już pomijając kwestię, z czego żyć. Pamiętam, jak ona przeżywała moje internowanie. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa sprzeciwu czy wątpliwości: może byś dał spokój. Wiadomo było, że trzeba i robimy to razem.

Ale teraz okazało się tylko, że trzeba pojechać na Capri – przez te trzydzieści lat zatarłem sobie w pamięci wiele rzeczy, nie czułem ich już tak jak kiedyś. Sięgam do swoich notatek, czytam na nowo Tacyta i Swetoniusza. Myślę znów o instytucie archeologicznym. W końcu mówię sobie: „Dość, inaczej nigdy nie skończysz tych studiów. Ale koniecznie jedź na Capri, musisz zobaczyć nowy historyczny świat z lat 2000 ileś – bo tego z lat 70. już nie ma”.

- Pilot wycieczek musi takie rzeczy wiedzieć na bieżąco.

- I pilot tam jedzie – wie oczywiście, że jest pilotem, bo to było ustalone od roku 1970 – mieszka znowu dwa tygodnie na wyspie i łazi, gdzie się da. Jeden pomysł mu się nie udaje – odnalezienie śladów Peppino. Co więcej, kiedy już później, z Polski, za pośrednictwem pewnego włoskiego archeologa, trafia na wnuka Peppino, okazuje się, że ten nie życzy sobie żadnych bliższych kontaktów. Proponuję mu, że przyjadę jeszcze raz, że porozmawiamy. Nie chce. Peppino miał odegrać znacznie większą rolę, niż faktycznie odgrywa w powieści, epilog Śmierć stróża miał być bogatszy niż jest. Ale musiałem z tego zrezygnować. Z kolei rzeczywistość włoska zarejestrowana przeze mnie w latach 70. – krwawe akty terroru, gwałtu i zupełna niemoc demokracji – już nie była rzeczywistością lat 2000 ileś, więc zupełnie zmieniłem zamysł. Zrozumiałem, że moi rozmówcy, którzy byli w Prospekcie, ci studenci-marksiści i mój nowożytny rówieśnik, niekiedy alter ego, Tyberiusz, z którym rozmawiam, muszą mieć kontynuację w nowej postaci, ich ustami przemówi aktualna rzeczywistość z lat 2000 ileś. Tak się narodził pomysł formalny – wykiełkował w trakcie pisania po tych trzydziestu latach – dialog, rozmowa jako podstawa narracji. Ale nie tylko, bo zastosowałem też chwyt, którego użyłem już w Nazonie poecie – skoro August tam monologuje, czemu i Tyberiusz nie miałby pomonologować? W Boskim Juliuszu są listy Cycerona do Attyka – czemu nie nawiązać do tego motywu, niech się ci panowie jeszcze raz pojawią. I pojawiają się w lekturze Kokcejusza Nerwy.

Ciąg dalszy – część 4

"Pojechałem do Rzymu, żeby w nim pobyć" - rozmowa z Jackiem Bocheńskim (4)

- Dlaczego wybrał pan z tego fascynującego okresu w historii Rzymu właśnie te postaci?

- Mam na takie pytania tylko jedną prawdziwą odpowiedź – Juliusz Cezar, Oktawian i Tyberiusz kolejno rządzili Rzymem. Wybór postaci jest chronologiczny. A początek był zupełnie przypadkowy. Nigdy nie planowałem książki o Juliuszu Cezarze, kluczową rolę znów odegrał tu wydawca. W legendarnej już dzisiaj kawiarni Czytelnika" zobaczyła mnie Irena Szymańska – świetny wydawca, ze znakomitą intuicją i trochę arbitralny. Powiedziała, że przeczytała dwa kawałki mojego tekstu zamieszczone w „Przeglądzie Kulturalnym” i dodała: „Zrób z tego książkę o Juliuszu Cezarze, zaraz podpiszemy umowę”. Wydała mi się ta propozycja idiotyczna w pierwszej chwili. Co można jeszcze napisać o Juliuszu Cezarze? Ale już do domu wróciłem z ćwiekiem w głowie. No i posłuchałem Ireny. Tak więc powstał Boski Juliusz – z przypadku. A potem Owidiusz – też początkowo nie wiedziałem, że równie ważnym bohaterem książki będzie Oktawian, zacząłem od poezji Owidiusza. Inspiracją dla mnie były zawsze teksty – począwszy od Juliusza Cezara Commentarii de Bello Gallico i Commentarii de Bello Civili. Najpierw Commentarii de Bello Gallico – wstrząsnęła mną ich lektura. A potem poezja Owidiusza – właściwie całe opowiadanie o nim jest z niej wywiedzione. I Tacyt, bardziej niż Swetoniusz. On się zresztą pojawia w Prospekcie jako ważniejsze odwołanie, bo Swetoniusz to, jak mówi Peppino, publicysta i dziennikarz, co?

- Publicysta i dziennikarz piszący bardziej o toposach niż o faktach. On mi się kojarzy z naszymi kronikarzami, posługującymi się prostym chwytem – jeśli chcemy napisać dobrze o jakimś władcy, musimy opisać gorzej jego poprzednika i następcę – tworzy się taka sinusoida. Oktawian August, który wyraźnie jest ulubieńcem Swetoniusza, takim właśnie toposowym doskonałym władcą, i Tyberiusz, który niestety musi być w związku z tym okrutnikiem. A pan których spośród swoich bohaterów szczególnie lubi?

- Przede wszystkim jednego – Owidiusza. Lubię go, byłem w nim zakochany. To jest mój autor, co nie znaczy, że mój porte-parole – to zupełnie inna natura.

- A lubi pan pisarstwo historyczne jako czytelnik? Pisał pan w Kaprysach... o „Quo vadis", i to z sympatią, choć to chętnie dyskredytowana dziś powieść.

- Potraktowałem ją jako prefigurację kultury masowej. Zresztą w mojej trylogii stale się odbywa ironiczny romans z kulturą masową – proszę zwrócić uwagę, że Nazo poeta występuje poniekąd jako artysta rockowy. Wybrałem Quo vadis na dzieło emblematyczne – nie ma wątpliwości, że należy przecież do kultury wysokiej, Nagroda Nobla, czego chcieć więcej. A z drugiej strony to popularny kicz, który z niebywałym powodzeniem funkcjonuje już od ponad stu lat. Są w tym tekście rzeczy okropne, ale są i genialne. Niektóre wizje Sienkiewicza wydają mi się wspaniałe, są napisane z taką plastyką! Jednak w ogóle muszę pani powiedzieć, że pisząc starałem się unikać powieści o starożytnym Rzymie jako czytelnik, nie wracałem do nich. Nie wracałem do Gravesa.

- Właśnie, jaki jest pana stosunek do Gravesa?

- Bardzo go szanuję, ponieważ jest nie tylko beletrystą, ale jako naukowiec doskonale się zna na tym, o czym pisze. Przecież istnieją nie tylko jego powieści, ale i dzieła naukowe z zakresu choćby mitologii. Więc unikałem Graves'a, mówiłem sobie „ciebie nie dotyczy to, co on pisze, ty nic o tym nie wiesz”. Teraz pozostaje mi z Graves'a tylko pamięć solidności jego studiów źródłowych, ale też ta lekkość, bardzo elegancki, angielski dowcip. Tego się najbardziej bałem, bo to jest mi bardzo bliskie – żeby mi się ten Graves nie odbijał reminiscencjami stylistycznymi. Teraz może znowu go przeczytam, bo już mi niczym nie grozi.

- Zakończył pan dopiero co trylogię, było Tabu, Krwawe specjały włoskie, Kaprysy starszego pana, ale i Pożegnanie z panną Syngilu. Co chciałby pan wznowić ze swoich wcześniejszych książek? Boski Juliusz i Nazo poeta zostali teraz wydani razem z Tyberiuszem Cezarem...

- Krwawe specjały włoskie też zostały właśnie wznowione, ale chciałbym przywrócić do życia książkę, która wyszła stosunkowo niedawno, a gdzieś przepadła i nigdzie jej nie ma - Kaprysy starszego pana.

- Ta książka kojarzy mi się z inną narracją starszego pana, a nawet dwóch. Widzę podobieństwo w typie dowcipu, stosunku do kobiet...

- Myślę, że Przybora był znacznie bardziej szarmancki wobec kobiet, lepiej się z nimi obchodził niż ja w Kaprysach. Co prawda, te moje kobiety tam, przynajmniej większość, są wymyślone, o, mam odpowiednie słowo, są toposowe, jak Pani powiedziała o postaciach i faktach u Swetoniusza. 

- A może w ogóle tworzy się taki gatunek, jak narracja starszego pana?

- W takim razie Tyberiusz Cezar też jest narracją starszego pana. W pewnym sensie to rozprawa o starości. Ktoś mi powiedział: Jacek De Senectute. Jak Cato Maior de Senectute, czyli rozprawa Cycerona. Inaczej: starszy pan o starości.

- Starszy pan to figura nieco zdystansowana – w Kaprysach... określa się jako ktoś niewspółczesny, choćby w całym wątku wyścigu szczurów.

- No tak, mogę sobie pozwolić na luksus nie brania udziału w wyścigu szczurów, bo jestem stary i mam swoją grekę.

- A wznowiłby pan jeszcze którąś ze swoich książek?

- Może Tabu.

- Na to właśnie czekałam, bo to jedna z tych książek, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie.

- Tabu było wznawiane, ale dawno, ostatni raz w 1992 roku. Miało natomiast dwa opracowania wizualne – telewizyjne, z Ewą Błaszczyk i Kaliną Jędrusik.

- A ciekawe, że Krystyna Janda nie myślała o zrobieniu Tabu. Zwłaszcza drugiej części – już ją widzę z papierosem...

- Właśnie wczoraj byłem na „Tataraku”. Szczególny film. Te pomieszane obrazy pozostawiają nas, jak w życiu, które też jest chaotyczne, z takim wrażeniem, że nie wiemy, co z tym zrobić. A właśnie coś takiego spotyka człowieka, gdy mu kogoś najbliższego zabiera śmierć.

- To chyba najbardziej elementarne dotknięcie chaosu.

- Tam jest chaos, bo wątki nie łączą się organicznie, one tylko współistnieją. Ten film, może nie najlepszy od strony formalnej – robi wrażenie. A o to w końcu chodzi w sztuce – żebym, kiedy skończy się film, siedział bez słowa. I ja tak siedziałem przez chwilę. Pewnie nic więcej nie potrzeba.

 

wtorek, 14 lipca 2009
Arkadiusz Morawiec - "Sine ira et studio"

"Nowe Książki" nr 8/2009

Tyberiusz Cezar Jacka Bocheńskiego stanowi trzecie ogniwo „trylogii rzymskiej”. Jej pierwszym segmentem jest Boski Juliusz (1961), drugim Nazo Poeta, opublikowany osiem lat później. W 1977 r. na łamach „Zapisu” ukazał się Prospekt (fragment książki o Tyberiuszu). Ten parostronicowy tekst poczęty został przez autora w roku 1970. Mogło się więc wydawać, że trzecie ogniwo pojawi się wkrótce. Na dopełnienie prospektu trzeba było jednak czekać aż cztery dekady. Autor powrócił do poniechanego dzieła w 2005 r., ukończył je trzy lata później. Prospekt został do książki włączony.

W Boskim Juliuszu drogę Cezara do „boskości” rekonstruował antykwariusz, w Nazonie poecie los Owidiusza prezentował konferansjer, teraz natomiast swoje usługi oferuje czytelnikowi pilot wycieczki. W kolejnych powieściach zmieniają się tylko narracyjne role, maski autora – eseisty, miłośnika antyku, pisarza zafascynowanego losami ludzi niezwykłych. Podobnie jak dawniej, autor – za pośrednictwem narratora – zachęca odbiorcę do podjęcia podróży w czasie. W Tyberiuszu ma ona także charakter dosłowny. Wcielony w rolę turysty czytelnik oprowadzany jest po miejscach, z którymi związany jest los cesarza. Dodać tu trzeba, że role osobowe w powieści mnożą się i gmatwają. Recenzentowi sprawia trudność nie tylko precyzyjne operowanie kategoriami autora i narratora, niekiedy wymiennymi. Komplikacji jest więcej. W niektórych fragmentach odbiorcy wewnętrznemu narzucana jest, obok roli turysty, rola Tyberiusza. Formuły: „Robi pan tylko to, co panu dogadza. Nie musi się pan z nikim liczyć”, „Jest pan pionierem przyszłej epoki” – formalnie adresowane do uczestnika wycieczki, dotyczą zarazem bohatera książki. Mało tego, również narrator wciela się – nie tylko poprzez mowę pozornie zależną – w cesarza: „to ja, pilot, czyli Tyberiusz”. Personalizacja narracji po części wynika z autorskiej empatii wobec władcy, jednak jej głównym źródłem jest próba przeniknięcia człowieka-zagadki.

Narracyjne gry, wymienność ról, nakładanie się głosów na siebie – stanowiące wyraz, z jednej strony, poznawczej pasji i zarazem sceptycyzmu autora, z drugiej zaś będące znakiem czasu – nie czynią jednak tej opowieści wielogłosową (w sensie bachtinowskim). Postawa poznawcza autora, dociekającego prawdy o samotniku z Capri, nie różni się w istotny sposób od perspektywy aktualizowanej w poprzednich ogniwach cyklu. Bocheński nie folguje wyobraźni, powściąga fabułę. Silniej aniżeli biografię fabularyzuje sytuację narracyjną (w Tyberiuszu  – rozgrywającą się w 1970 r. oraz na początku obecnego stulecia). Nie uprawia powieści biograficznej, raczej eseistyczną, względnie beletryzowany esej (portret). Mowa pozornie zależna, monologi i dialogi postaci, wypełnianie luk fikcją służą unaocznieniu odległego czasowo świata, przychyleniu go odbiorcy; zabiegi te są także efektem autorskich spekulacji, zobrazowanymi hipotezami. Przewodnikami autora są starożytni historiografowie, w Tyberiuszu Cezarze – przede wszystkim Tacyt, autor Roczników, oraz Swetoniusz, twórca Żywotów cezarów. Pisarz nie kroczy za nimi bezwiednie. Indagowanemu przez turystów pilotowi nakazuje wyznać: „Nie wiem, która wersja jest prawdziwa”, „Nie wiem, co się w istocie zdarzyło. Wiem, co jest w źródłach”. Ponad prawdę autor przedkłada prawdopodobieństwo. Tak było i w poprzednich utworach. Jednak w Tyberiuszu ironizujący narrator „przestarzałe” słowo „prawda” proponuje zastąpić słowem „produkt”. To znak czasu. Oczywiście, z dążenia do prawdy pisarz nie rezygnuje. Pokazuje tylko, że kategoria ta podlega w kulturze współczesnej, traktującej niemal wszystko jako towar, dewaluacji.

Komplikacje komunikacyjne są więc też dziełem współczesności. Wcielający się w przewodnika wycieczki (all–inclusive) autor stara się zaspokoić oczekiwania klientów: „Każdemu wedle gustu, proszę Państwa”. Od czasów Boskiego Juliusza i Nazona poety zmieniło się wiele. Dzisiejszemu czytelnikowi – takie założenie czyni narrator (a bodaj i autor) – trzeba tłumaczyć z zakresu historii starożytnej to, co dawny absolwent gimnazjum uznawał za wiedzę elementarną. Niegdysiejszego odbiorcę, doszukującego się w prozie Bocheńskiego politycznych aluzji, zastępuje czytelnik łowiący głównie sensację. Stąd też narrację rozpoczyna, zaczerpnięty ze Swetoniusza, opis przypadłości Tyberiusza, zwanej dziś pedofilią. Narrator Bocheńskiego, kiedyś tylko zabiegający o względy czytelnika, obecnie wręcz mu nadskakuje. Przejawia się to w eksponowaniu motywów seksualnych (w Nazonie będących zaledwie wabikiem) i sadystycznych, np. podawaniu odbiorcy do przymiarki kostiumu lubieżnego Tyberiusza czy kata gwałcącego i mordującego dziewczynkę. Ukłon w stronę konsumenta widoczny jest też w (celowym) obniżeniu stylu, dokonującym się zarówno w wypowiedziach uczestników wycieczki („kurna”, „pierniczę”), jak też w cechującej mowę narratora potoczności, niejako cytującej współczesność. Powiada narrator: „Dzięki telewizji jest pan przyzwyczajony do drastycznych obrazów”, „Wszystko, co dzisiaj wydaje się przesadą lub skrajnością, może po pewnym czasie okazać się w sam raz. Trzeba przewidzieć styl, który zostanie dany w przyszłości”. Dodam, że duch czasu nakazuje narratorowi podjąć też problematykę prześladowania Żydów przez Tyberiusza, ucisku kobiet w Rzymie oraz niejasnej wtedy sytuacji homoseksualistów.

Jeżeli Boskiego Juliusza i Nazona poetę odbierano jako powieści polityczne, aluzyjne, to Tyberiusz Cezar jawi się jako portret zdegenerowanej współczesności, nastawionej na konsumpcję, użycie, wypełnionej uczuciową pustką. Tematem zasadniczym pozostaje wszakże Tyberiusz. I to wcale nie jako potwór. Bocheński zaczyna swe dzieło od kompromitacji protagonisty, jednak szybko wyjaśnia, powołując się na Tacyta, że relacje starożytnych o Tyberiuszu, Kaliguli czy Neronie, tworzone były już po śmierci władców pod wpływem świeżych resentymentów. Ów przekazany przez tradycję posępny obraz Tyberiusza zakwestionowano u progu minionego stulecia. Podważa go również Bocheński i zgodnie z zaleceniem Tacyta próbuje spojrzeć na princepsa sine ira et studio, bez gniewu i stronniczości. Bo też Tyberiusz nie jest wcale postacią jednoznaczną. Pisarz ukazuje go jako człowieka uwikłanego w politykę wbrew własnej woli, nie zaś jako pozbawionego skrupułów tyrana, delektującego się władzą. Ta powieść to jakby odwrotność Boskiego Juliusza, gdzie Cezar ukazany był w jednym wymiarze – jako cyniczny polityk (homo politicus), dążący za wszelką cenę do władzy absolutnej oraz statusu boga; tymczasem Tyberiusz robi wiele (wedle Tacyta, była to tylko gra), aby wymknąć się sidłom polityki, pozostać człowiekiem prywatnym, pozostać człowiekiem. Okoliczności na to nie pozwalają: „Wiedział, że władza i strach są czymś, czemu (…) podlega. Tkwił od urodzenia wewnątrz tego czegoś i miotał się jak oszalałe wahadło”. Jedyną kochaną przez siebie kobietę utracił wskutek politycznej gry Augusta, który zapragnął uczynić go swym zięciem oraz następcą; od drugiej („podarowanej” mu, rozwiązłej) żony i od władzy, „dwóch bestii”, uciekł – ryzykując gniew Augusta – na Rodos, aby studiować. Jednak polityka dopadła go. Owszem, bywało, że jako imperator, a może już sięgając po władzę (to kwestia sporna), nie przebierał w środkach. Z bogatego katalogu Swetoniusza Bocheński wybrał tylko nieliczne przykłady okrucieństw i bezeceństw. Pisarz nie rozstrzyga przy tym kwestii wątpliwych. Ukazuje Tyberiusza jako mizantropa, samotnika, usuwającego się z Rzymu na Capri po dwunastu latach rządzenia, tj. „babrania się w świństwach i podłościach, użerania się z perfidią, obłudą i służalstwem”. Ucieczka ostatecznie nie powiodła się. Na kartach książki Tyberiusz ginie zamordowany (zgodnie z supozycją historyków) przez prefekta Makrona przy współudziale Kaliguli. Kaliguli, którego cynizmem – podkreśla to Bocheński – Tyberiusz był przerażony. Autor, wypada to wreszcie dopowiedzieć, kreśli w Tyberiuszu Cezarze – wbrew historiografii – portret zgoła filozofa, bezskutecznie usiłującego wymknąć się konieczności.

Dwa wcześniejsze ogniwa cyklu to nie tylko teksty aluzyjne, kostiumy. Bocheński nie traktuje historii li tylko instrumentalnie. Jednakże ponad aktualizujące odniesienia i ponad rekonstrukcję historycznej prawdy tak wtedy, jak i obecnie pisarz przedkłada uniwersalizującą analogię. Najnowsza powieść jawi się jako zarazem utwór historyczny i wypowiedź na temat uwikłania we władzę. W dzisiejszych demokracjach zapewnienia polityków, że to konieczność lub inne abstrakty nakazują im – oczywiście dla dobra ogółu – ujmować ster rządów, brzmią fałszywie. Jednak przypadek uchylającego się od tego przywileju Tyberiusza, żyjącego w zupełnie innych czasach, w innych okolicznościach, może być przekonujący. Zięć, a potem przybrany syn Augusta nie miał wyjścia: mógł przyjąć władzę albo ryzykować, że – jako główny kandydat do jej objęcia – zostanie zamordowany.

Mało jest w książce Bocheńskiego historiozofii, zdecydowanie więcej – psychologii. Już w Boskim Juliuszu pisarz wskazywał, że „prócz idei i rozumu istnieje także coś takiego jak natura człowieka”. W najnowszej powieści stary Pepino, stróż wykopalisk archeologicznych na Capri i „gorący zwolennik” Tyberiusza, przekonuje, że „człowiek jest i był zawsze taki sam”. Bywa, że pożąda władzy, bywa też, że się nią brzydzi. Historycy lepiej znają to pierwsze wcielenie, Bocheński pokazuje drugie oraz zgubne skutki przegranej walki o żywot poczciwy.

ARKADIUSZ MORAWIEC

Jacek Bocheński, Tyberiusz Cezar. Warszawa: „Świat Książki”, 2009.

Anna Nasiłowska - "Kto chce być bogiem?" (1)

 

„Gazeta Wyborcza” (Warszawa)

Nr 163 (6076) / 14.07.2009 r.

Bywa, że pomysły twórcze, których realizacja się odwleka, stopniowo ulegają dewaluacji. Tu stało się przeciwnie. Bo "Tyberiusz Cezar" to najlepsza książka Jacka Bocheńskiego.

"Habent sua fata libelli" - "książki mają swoje losy" - mówi łacińska średniowieczna maksyma.

Od wydania "Boskiego Juliusza", pierwszego tomu trylogii starożytnej Jacka Bocheńskiego, do jej zamknięcia powieścią "Tyberiusz Cezar" upłynęło 48 lat. Powieść "Nazo poeta", część druga, ukazała się w 1969 r. Od decyzji o rozpoczęciu "Tyberiusza Cezara" w 1970 r. i powstania pierwszych fragmentów do wydania powieści trzeba było czekać 35 lat. Dużo.

Co złożyło się na takie opóźnienie? Pierwsze fragmenty tekstu powstały na początku lat 70.. Potem Jacek Bocheński mocno zaangażował się w opozycję. Od 1977 r. był w redakcji drugoobiegowego pisma "Zapis" i nieformalnie mu szefował, wspierał opozycję w latach 80. i wydał w 1987 r. nakładem drugoobiegowej oficyny NOW-a powieść o stanie wojennym i konspiracji - " Stan po zapaści". Wreszcie w nowej Polsce był prezesem Polskiego PEN Clubu, zabierał głos w kwestiach aktualnych i opublikował m.in. "Kaprysy starszego pana".

Może z tego opisu zajęć i osiągnięć nie wynika jeszcze jasno, dlaczego "Tyberiusz Cezar" musiał czekać, bo sprawa dotyczy przede wszystkim atmosfery i mocno zaważyła nie tylko na twórczości Jacka Bocheńskiego, ale - nie waham się powiedzieć - całej polskiej kultury.

Cezar jak Stalin

Od połowy lat 70. mocno zradykalizowane środowisko literackie nakręcało się samo: liczyło się przede wszystkim to, co politycznie i opozycyjnie użyteczne, nie bez żalu dla wielkiej sztuki i uniwersalnych problemów, ale też w poczuciu doniosłości chwili i poważnych obowiązków, których nie dało się odłożyć na potem. Historia starożytna zawsze może poczekać...

 Atmosfera napięcia i politycznej radykalizacji zaczęła się zresztą wcześniej. Kiedy w 1961 r. ukazał się "Boski Juliusz", książkę odczytywano jako rozrachunek z okresem kultu jednostki. "Czy ktoś z państwa chciałby zostać bogiem?" - brzmi pierwsze zdanie tej powieści, zresztą - jedno z najpiękniejszych powieściowych otwarć akcji.

Klarowne i perfidne pytanie. A dalszy ciąg opowiada o tym, jak republika rzymska ową boskość Cezara przyjmuje i akceptuje, mimo że najpoważniejszym dowodem boskości jest liczba popełnianych zabójstw politycznych.

To się kojarzyło ze Stalinem i okresem kultu jednostki. A więc czytano to jak powieść z kluczem, przypadek podobny do "Ciemności kryją ziemię" Jerzego Andrzejewskiego, gdzie uwiedzenie ideowe adepta pokazane było na modelu z czasów inkwizycji hiszpańskiej.

Po co kostiumy?

Potem jednakże "klucz" zaczął kojarzyć się źle - przede wszystkim z niechcianymi unikami cenzuralnymi, ucieczką w bezpieczne rejony i "światem nieprzedstawionym". I jeśli pisarze zaangażowali się w tworzenie alternatywy dla oficjalnego życia literackiego, robili to, by nareszcie "mówić wprost" i nie używać kostiumów.

O tym, że alternatywa obieg cenzuralny albo podziemie była w istocie wyniszczająca dla kultury, wiedziano powszechnie, ale racje służące podtrzymywaniu owego rozdarcia były tak poważne, że nie wolno było ich zlekceważyć.

Polska literatura zapłaciła sporą ceną za radykalizację polityczną i nieustanne podgrzewanie atmosfery: w latach 80. w ogóle straciła puls europejski. "Klucz" historii starożytnej nie był przecież nigdy wyłącznie unikiem cenzuralnym, pozwalał na dużo głębsze spojrzenie, a dystans historyczny ułatwiał refleksję.

Bocheński o imperium

I tak naprawdę pomysł Jacka Bocheńskiego na pisanie własnej wersji historii starożytnej można i trzeba umieścić w doskonałym europejskim towarzystwie.

Oto ono: "Ja, Klaudiusz" Roberta Gravesa, "Pamiętniki Hadriana" Marguerite Yourcenar, "Śmierć Wergilego" Hermanna Brocha; a można by zacząć od tragedii Szekspira. Po historię starożytnego Rzymu sięgać się będzie, póki Europa nie zatraci poczucia dramatu jednostki uwikłanej w mechanizmy władzy.

W trylogii Bocheńskiego problem przejścia od demokracji ku władzy jednostkowej wyposażonej w specjalny, personalny nimb boskości rysuje się szczególnie ostro. To Rzym, który rozrósł się do rozmiarów imperium. Senat wciąż oficjalnie sprawuje władzę, obraduje, uchwala ustawy i odgrywa ważną rolę. A jednak od momentu pojawienia się pomysłu otoczenia "pierwszego" aurą boskości - najpierw za Juliusza Cezara, później Oktawiana Augusta - restytucja republiki staje się wyłącznie ideą czy nawet wygodnym hasłem politycznym.

Wiele posunięć Augusta - widzimy to w powieści "Nazo poeta" - podejmowanych w imię odnowienia tradycyjnych rzymskich cnót i ideałów ma w istocie charakter totalitarny. Przeciwko wolności i republice obraca się np. próba prowadzenia "polityki prorodzinnej", a biedny poeta Owidiusz Nazo, autor żartobliwego poematu poradnika sztuki kochania, musi zostać wygnany z Rzymu.

Tyberiusz się nie wymigał

Kiedy (w 14 r. n.e.) umiera boski August - rola "pierwszego" w imperium spada na Tyberiusza. I to jest właśnie najważniejszym tematem trzeciej części trylogii. Nie sama sukcesja, ale psychologiczny paradoks.

Bo Tyberiusz nie chce być bogiem! Odmawia stanowczo i robi wszystko, by tego uniknąć. Już na początku powieści "Boski Juliusz", zaraz po pierwszym zadaniu, pojawia się wahanie: nie każdy reflektuje na propozycję ubóstwienia. Tyberiusz usiłuje powiedzieć: "nie!". Jeszcze za życia Augusta nie ma ochoty walczyć o sukcesję, na kilka lat, z niezrozumiałych dla otoczenia powodów, znika z Rzymu i zaszywa się na wyspie Rodos.

Tymczasem na horyzoncie pojawia się konkurent do sukcesji, co nieboski przyjmuje z ulgą, nie zamierzając walczyć. Los jednak - może rzeczywiście zapisany w gwiazdach? - płata mu figla. I tak zostanie następcą.

Tyberiusz próbuje się wymigać. Ale nie dość zdecydowanie, by hołdy senatu nie uczyniły go Pierwszym. Ogłasza, że będzie rządził mocą praw i testamentu Augusta. Zabrania stanowczo tytułowania go Boskim, co odebrane zostanie jako objaw chimerycznego, nieprzewidywalnego charakteru. Wiadomo, jak postępować z boskością - trzeba jej schlebiać, by zyskać przychylność. Tyberiusz wydaje się enigmą, budzi tym większą grozę. Skutek jest odwrotny do zamierzonego.

Ciąg dalszy – część II

Anna Nasiłowska - "Kto chce być bogiem?" (2)

Rzym, miasto przemocy

Dwaj boscy poprzednicy rozstrzygnęli o tym, czym stał się Rzym - miejscem przemocy i intryg, w którym wszystko toczy się wokół princepsa, czyli Pierwszego. Wystarczy nie ingerować zbyt mocno w zastany kształt ustrojowy, broniąc się jedynie przed zakusami intrygantów, a sprawy potoczą się same. Przeciwnicy będą mordowani na podstawie dekretów, legalnie, ale bardzo okrutnie.

Jeśli np. prawo nie przewiduje kary śmierci dla dziewic, a interes Imperium tego wymaga, cóż, znajdzie się wyjście. Dziewczynę przed uduszeniem trzeba zgwałcić, a wszystko odbędzie się zgodnie z prawem.

.

Najpoważniejszą przewagą powieściopisarza w porównaniu z zawodowym historykiem jest jego wyobraźnia. Mają do dyspozycji te same źródła; okres panowania Tyberiusza wymaga przede wszystkim korzystania z Tacyta i Swetoniusza. Odkrycie tu nowych, nieznanych szczegółów jest praktycznie niemożliwe. A jednak powieściopisarz używa bardzo precyzyjnego narzędzia analitycznego, jakim jest konstruowanie prawdopodobnych psychologicznie scen i obrazów. Jak na przykład pogodzić domniemanie impotencji Tyberiusza z sugestiami, że w starszym wieku, podczas pobytu na Capri, był on uczestnikiem orgii? Czy niechętni późniejsi autorzy nie powtarzali po prostu plotek? - tak twierdzi wielu dzisiejszych historyków, jeśli w ogóle interesuje ich ta sprawa.

Ależ - zdaje się mówić współczesny pisarz - nie ma tu najmniejszej sprzeczności, zamknijcie państwo oczy, rozluźnijcie się.... I wyobraźcie sobie przede wszystkim rzecz podstawową, że wszystko wolno. I co się wtedy dzieje? Pierwszy, boski lub nie, zwoła wesołe towarzystwo, wedle uznania, a prestiż władzy nie tylko nie ucierpi, ale wzrośnie. A czytelnicy zostaną w tę zabawę wciągnięci przez autora, który roztoczy przed nimi sensualny opis. Bardzo kuszący zresztą.

W "Boskim Juliuszu" narrator był usłużnym antykwariuszem, który na potrzeby miłośników boskości zobowiązał się wziąć na siebie nudną robotę czytania po łacinie i przekopywania się przez źródła.

W kolejnej powieści, "Nazo poeta", narrator był konferansjerem, rozmawiającym ze współczesną publicznością. W "Tyberiuszu Cezarze" przez świat starożytny prowadzi nas przewodnik turystyczny.

Jak to w Rzymie, zakłada swoją czapkę na kij, żeby było go dobrze widać, i zobowiązuje się prowadzić od atrakcji do atrakcji. Nic niezwykłego, wykupiliśmy wycieczkę. Tak się jednak złożyło, że wycieczka zaczęła się w roku 1970, równolegle do innej, którą ten sam autor opisał w książce "Krwawe specjały włoskie". Ta wczesna publiczność składa się z lewaków, hipisów i ludzi umiarkowanych. Terrorystów całe szczęście nie zaproszono, ale wiadomo, że istnieją. Później skład publiczności się zmienia, lewacy zmieniają się samorzutnie w statecznych (acz skłonnych do frywolności) obywateli, a do grupy dołączają feministki.

Jean-Paul Laurens, "Śmierć Tyberiusza" (1864) - Musée des Augustins, Tuluza

Te dowiedzą się, że w starożytnym Rzymie kobieta jest rzeczą. Nie żeby nią rzeczywiście była, ale tak traktuje ją prawo. Skutki tego okazują się straszne. Czy można kochać rzecz? Niestety, nie. Nie ma więc miłości. Istnieją tylko nierząd lub patriarchalne życie rodzinne. Tertium non datur .

Po co poprawiać ustrój

Czytelnik w tej powieści odbywa pod opieką przewodnika aż dwie podróże w czasie, pierwszą przez drugą połowę XX wieku i początek XXI oraz drugą - niemal dwa tysiące lat wstecz. W ten sposób dokonuje się konfrontacja reakcji i przyzwyczajeń współczesnego człowieka z warunkami i psychologią czasów starożytnych.

Nie są to całkiem komfortowe wyprawy, bo wciąż natykamy się na niemożliwe do rozwiązania problemy.

Czy dobra wola jednostki może poprawić ustrój? Czy władza jest samoistnym żywiołem? Czy demokracja nie jest utopią, skoro da się dowieść, że w ludzkiej psychologii tkwią pragnienie dominacji, woluntaryzm i żądza? To bardzo dramatyczne pytania, bo autor używa wrażliwości - własnej i czytelnika. Podoba nam się, gdy "wszystko wolno"? Głaszcze zmysły? Przemawia do wyobraźni? Niestety, tak! Bardzo!

Trzecia część trylogii starożytnej Bocheńskiego przewyższa dwie pierwsze nie tylko rozmiarami. To artystyczne spełnienie. Pojawia się w czasie, gdy demokracji można stawiać pytania. Bardzo różne, także podchwytliwe. Dlatego że wciąż mamy z nią problemy. Ale zacząć trzeba od tego, że stała się ona realna.

ANNA NASIŁOWSKA

Anna Nasiłowska (ur. 1958) – profesor Instytutu Badń Literackich PAN w Warszawie, historyk literatury, pisarka.

sobota, 09 maja 2009
Bocheński ukończył antyczną trylogię

W maju ukaże się książka "Tyberiusz Cezar". 82-letni Jacek Bocheński kończy nią trylogię, na którą składają się wydany w 1961 roku "Boski Juliusz" i "Nazo poeta" z 1969 roku. Pisarz tworzył antyczną trylogię przez niemal całe życie.

Wychowywany przez ojca, filologa klasycznego, Jacek Bocheński już w dzieciństwie poznał języki antyczne. Ojciec pisarza stosował stare metody uczenia dzieci łaciny - był przekonany, że w tym języku należy rozmawiać i w ten sposób przyswajać go dzieciom. Zamiłowanie do kultury antycznej powróciło w życiu Jacka Bocheńskiego jako temat twórczości. "Mam wrażenie, że w szufladkach, w których porządkuje się pisarzy pod różnymi hasłami, ja w swoim czasie znalazłem się pod napisem 'pisarz rzymsko-erotyczny'" - powiedział Bocheński dwa lata temu na spotkaniu w Salonie Pisarzy Biblioteki Narodowej.

Jacek Bocheński, autor opowiadań, powieści, przedstawień i słuchowisk teatralnych oraz esejów odegrał znaczącą rolę w polskim życiu literackim jako prezes Polskiego PEN Clubu. Debiutował w 1949 roku tomem opowiadań "Fiołki przynoszą nieszczęście", ale prawdziwą popularność przyniosła mu opublikowana po raz pierwszy w 1961 roku powieść "Boski Juliusz".

Dyskusja na temat tego dzieła, jego wartości jako powieści historycznej oraz odniesień do współczesności - postać Cezara, głównego bohatera powieści, interpretowano jako uniwersalne studium władcy - ciągnęła się na łamach polskiej prasy kulturalnej lat 60. przez dobrych kilka lat. W książce wynajdowano rozmaite aluzje do Władysława Gomułki i jego otoczenia. Po latach pisarz wyznał, że tego rodzaju interpretacje byłyby dla Gomułki zbyt pochlebne. Na postaci I Sekretarza wzorował się tworząc postać Oktawiana Augusta, który w ocenie Bocheńskiego był zwykłym biurokratą u władzy.

Bocheńskiemu ograniczono możliwości publikacji, gdy pisał kolejną część antycznej trylogii pt. "Nazo poeta" (1969). Bohaterem jest Owidiusz - poeta, który doświadczył zesłania i skazania na zapomnienie. Głównym bohaterem ostatniej powieści jest Tyberiusz, następca Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta, a zarazem jedna z najbardziej zagadkowych i niejednoznacznych postaci wśród cezarów rzymskich.

Ale dramatyczna historia Tyberiusza nie rozgrywa się wyłącznie w starożytności. Dzieje się również w XX i XXI wieku. Narrator, który w "Boskim Juliuszu" był antykwariuszem, a w "Nazonie poecie" konferansjerem, staje się w "Tyberiuszu Cezarze" pilotem wycieczki, oprowadzającym współczesną publiczność po różnych przestrzeniach i czasach.

Autor zaczął pisać tę książkę w roku 1970, gdy miał 44 lata, jednak skończył tylko jej pierwszą część "Prospekt" i przerwał pracę na 35 lat. Wrócił do powieści w roku 2005, by wreszcie jako człowiek 82-letni ukończyć całą trylogię w grudniu 2008 r. O swojej nowej książce pisarz informuje na swojej niedawno otwartej stronie internetowej. "Mam 82 lata i nie boję się komputera" - deklaruje we wstępie do swojego bloga Bocheński.

"Tyberiusz Cezar" ukaże się w połowie maja nakładem Świata Książki.

(PAP)

Okładka I wydania "Boskiego Juliusza" (1961)

Okładka I wydania "Nazona poety" (1969)