© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
wtorek, 14 lipca 2009
"Krwawe specjały włoskie" - nowe wydanie książki Jacka Bocheńskiego (2009)

O "Krwawych specjałach włoskich" rozmawiała  z autorem Ewa Stocka-Kalinowska w audycji "Tętno świata. Opisać terroryzm". 

(Polskie Radio, 2 Program,12 lutego 2011, g. 12:00)

***

rooo .

"Krwawe specjały włoskie" - AGORA S.A., Warszawa 2009, ISBN 978-83-755-2567-0

Poprzednie wydania: Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1982.

*   *   *

Książka „Krwawe specjały włoskie” z opowiadaniami Jacka Bocheńskiego o włoskim terroryzmie lat 70. trafiła do sprzedaży 23 kwietnia. Wydawcą książki jest "Agora S.A.".

W zbiorze „Krwawe specjały włoskie” znalazły się trzy opowiadania Bocheńskiego, napisane w latach 1974-1976, ukazujące słabości demokracji, niemoc i uwikłania wymiaru sprawiedliwości oraz instrumentalizację mediów. Autor opisuje zdarzenia, które rozpalały wówczas zbiorową wyobraźnię: porwanie wnuka jednego z najbogatszych ludzi na świecie; bunt więzienny zaplanowany jako zarzewie społecznej rewolucji oraz porwanie i uwolnienie wysoko postawionego prokuratora przez terrorystów, których celem nie jest okup, lecz obnażenie zakłamania państwa.

Fabuła opowiadań jest pretekstem do postawienia uniwersalnych pytań o granice odpowiedzialności za słowa i czyny, sens demokracji i zagrożenia płynące z manipulacji. Aktualność tych problemów dostrzegł Adam Michnik, który w przedmowie do „Krwawych specjałów włoskich" pisze: „ (...) Książkę Jacka Bocheńskiego przeczytałem w więzieniu mokotowskim w Warszawie. (...) Jak wszyscy moi przyjaciele z Solidarności, byłem wtedy marzycielem. Marzyłem o wolnej Polsce (...). I oto Jacek Bocheński pokazał mi wolną Italię, niepodległe państwo demokracji parlamentarnej w pełnej krasie swoich nowych schorzeń. Czy tak będzie wyglądała wolna parlamentarna Polska? - pytałem sam siebie (...). Takie pytanie zabrzęczało mi w głowie. I brzęczy do dzisiaj".

Jacek Bocheński jest autorem m.in. powieści z czasów cesarstwa rzymskiego: „Boski Juliusz" (1961) i „Nazo poeta" (1969). Pokazał w nich etyczne problemy władzy, jej wynaturzenia i degenerację w drodze do dyktatury, a także relacje z niepokornymi twórcami. W latach 70. i 80. był działaczem opozycji, współtwórcą i redaktorem podziemnego kwartalnika literackiego „Zapis” (1978-1981), eseistą, publikującym w drugim obiegu. W latach 1997-1999 był prezesem Polskiego PEN Clubu, który nagrodził go w 2006 r. nagrodą im. Jana Parandowskiego. Niedawno, po przeszło trzydziestu latach przerwy, ukończył powieść „Tyberiusz Cezar" - trzecią część swego antycznego tryptyku.

.

(Informacja wydawcy)

.

*   *   *

Zobacz więcej:

"Krwawe specjały włoskie" Jacka Bocheńskiego - recenzja Dariusza Fedora

"Krwawe specjały globalnej wojny z terroryzmem. Jacek Bocheński o Włoszech" - recenzja Artura Celińskiego

"Cenzura torpeduje wątek polski" - recenzja Joanny Szczęsnej

Blog Jacka Bocheńskiego poświęcony książce -   Fragment 1    Fragment 2   Fragment 3

"Cenzura torpeduje wątek polski" - recenzja książki "Krwawe specjały włoskie" (2009) (1)

„Gazeta Wyborcza” (Warszawa)

Nr … / 15.06.2009 r.

Może nawet i ta zachodnia demokracja jest paskudna, ale alternatywy, jakie się dla niej rysują, też nie wyglądają wesoło.

Wznowione właśnie "Krwawe specjały włoskie" Jacka Bocheńskiego zyskały na aktualności, o jakiej autorowi zapewne się nie śniło. No bo kto w Polsce w środku epoki Gierka, kiedy książka powstała, czy na początku stanu wojennego, kiedy ją wydano, mógł przypuszczać, że niebawem na własnej skórze będziemy testować wady parlamentarnej demokracji, oglądać jej bezsilność wobec przemocy i szantażu, a też jej toksyczny związek z wolnymi mediami.

Książka urodziła się właściwie przypadkiem, na marginesie całkiem innego pisarskiego projektu, w związku z którym Bocheński dwukrotnie w latach 70. przebywał we Włoszech. Był już wtedy autorem rozgrywających się w starożytności powieści "Boski Juliusz" i "Nazo poeta", które traktowały o problemach starych jak świat: o mechanizmach władzy i jej przeradzaniu się w tyranię, o fundamentalnej sprzeczności między moralnością, która nie cierpi kompromisu, i polityką, która bez niego obejść się nie może, o relacji władca - niepokorny twórca. Zarówno czytelnicy, jak i krytycy literaccy odczytali je w sposób absolutnie jednoznaczny - jako literaturę kostiumową, dla której antyczne historie są jedynie pretekstem, by dobrać się do skóry aktualnie rządzącym nad Wisłą. Autora musiało to chyba irytować, no bo w końcu trzeba znać proporcję: gdzie Juliusz Cezar, a gdzie Gomułka?

- Jakoś nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że gdyby moim celem było wyłącznie zagranie na nosie władzy komunistycznej - opowiadał mi Bocheński - mógłbym zrobić to bez badań, lektur, bez studiowania źródeł. Mógłbym sobie przecież historię starożytną po prostu zmyślić, wykreować jakiś fikcyjny antyczny świat, co zresztą najczęściej robią pisarze.

Przystępując do pracy nad trzecią książką z antycznego tryptyku, Bocheński postanowił uniemożliwić jednostronne rozumienie powieści jako krytyki reżimu komunistycznego pod pozorem opowiadania o starożytnym Rzymie. "Tyberiusz Cezar" miał być już wyraźnie opowieścią dwuwątkową o ludziach z dwóch różnych epok: z historii antycznej i z bardzo konkretnej, nie alegorycznej czy aluzyjnej, rzeczywistości dzisiejszej. Nawiasem mówiąc, pisarz porzucił tę książkę na lat ponad trzydzieści, teraz dopiero ją ukończył i właśnie się ukazała.

Na początek jednak - w 1970 r. - pojechał do Włoch, by tam zwiedzić historyczne miejsca i wykopaliska, zapoznać się ze źródłami w bibliotece rzymskiego Instytutu Archeologicznego, a zwłaszcza śladem Tyberiusza powędrować na Capri, gdzie ten spędził ostatnie lata życia.

Gdy już w Polsce zabrał się do pisania, zdał sobie sprawę z tego, że musi wrócić do Włoch, bo potrzebuje współczesnego tła, a za pierwszym pobytem jego myśl i wyobraźnia całkowicie pogrążone były w antyku. Wrócił akurat na porwanie Paula Getty'ego III, wnuka jednego z najbogatszych wówczas ludzi na świecie, a ściśle mówiąc, na moment, kiedy porywacze, sfrustrowani, że rodzina nie kwapi się z wypłaceniem okupu, przesłali dziennikarzom odcięte ucho chłopca. Kiedy po roku opuszczał Włochy, miał jeszcze zdokumentowane dwie inne sprawy, które wstrząsnęły włoską opinią publiczną: bunt w więzieniu w Alessandrii zakończony masakrą zakładników i porwanie przez terrorystów z Czerwonych Brygad prokuratora Mario Sossiego, które co prawda dla porwanego skończyło się happy endem, ale jednocześnie obnażyło nieudolność rządu, administracji publicznej i wymiaru sprawiedliwości.

Było jasne, że zebrany materiał nie ma szans zmieścić się w powieści o Tyberiuszu. Kiedy więc redaktor "Literatury" Gustaw Gottesman zaproponował, by Bocheński napisał coś z podróży do Włoch, ten od razu się zgodził. Na pierwszy ogień poszło opowiadanie o porwaniu Paula Getty'ego. Autor obmyślił sobie, że napisze je w dwu planach - jako reportażową niemal relację z wydarzeń i jako coś w rodzaju fantazji na temat, co by było, gdyby akurat to porwanie zdarzyło się w Polsce. Niestety, szybko okazało się, że cenzura skreśla i wyrzuca, jednym słowem - torpeduje pomysł.

Powtarzana przez Bocheńskiego myśl, że w Polsce coś takiego jak porwanie dla pieniędzy nie mogłoby się zdarzyć, jakoś nie uśpiła czujności cenzorów. Wietrzyli podstęp, i słusznie. Bo też ta niby-pochwała bezpieczeństwa w PRL-u była mocno przewrotna. Nie wiadomo, jak porywacze porozumiewaliby się z rodziną porwanego, ale raczej nie przez telefon, bo telefonów publicznych jest niewiele, a prywatne mogą być na podsłuchu. Nie mogliby też najpewniej wysługiwać się mediami, bo państwowe gazety nie poświęcałyby sprawie tyle czasu i miejsca. I tak dalej. Może nawet i ta zachodnia demokracja jest paskudna, ale alternatywy, jakie się dla niej rysują, też nie wyglądają wesoło.

Ciąg dalszy – część II

 

"Cenzura torpeduje wątek polski" - recenzja książki "Krwawe specjały włoskie" (2009) (2)

A wracając do cenzorów. Naprawdę jak, bez ryzyka utraty pracy, puścić takie choćby herezje: "Przypomniano by sobie inne porwania, do których przyzwyczaiły Polskę okupacje, najazdy i opresje historyczne. W wyobraźni Polaka majaczyłyby widma umundurowanych łapaczy lub tajnych agentów policji zabierających młodego człowieka z domu albo ulicy. (...) W jego imaginacji roiłyby się wizje uprowadzeń potajemnych, pokrytych raz na zawsze milczeniem, zwidy sądów kapturowych, (...) a nawet obrazy tortur. Ale tortury miałyby na celu wymuszenie zeznań, nie pieniędzy".

.

Cenzura już w pierwszym odcinku kręciła nosem na polski wątek, potem zaś konsekwentnie go wyrzucała. Co ma robić autor, który zapowiedział coś czytelnikom i nie może dotrzymać obietnicy? Strzelba z pierwszego aktu powinna przecież w końcu wystrzelić. Bocheński w rozpaczy wymyślił sen, senny koszmar, w którym porywacze Getty'ego porywają i jego, by uciąć mu... język. Wywikłał się w ten sposób z polskiego wątku, a zarazem dał czytelnikowi do zrozumienia, że nie może go dalej ciągnąć.

Czy można zatem powiedzieć, że cenzura zmasakrowała Bocheńskiemu opowiadanie? Prawdę mówiąc, gdyby mi sam nie opowiedział, jak to było z tym snem, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że nie był to jego własny pomysł, co więcej, przydający opowieści symbolicznej wymowy, metafizycznej głębi i dramatyzmu. No cóż, najwidoczniej cenzura wpływała nie tylko na treść, ale i na formę. W tym akurat przypadku ze świetnym rezultatem.

Jednak kolejne opowiadanie - "Mechaniczna pomarańcza" - okazało się dla cenzury niestrawne w całości i Bocheński zdecydował, że rezygnuje ze współpracy z "Literaturą". Opowiadania "Cios w serce i prokurator Sossi" już w ogóle nie dał do tygodnika. Te przykre doświadczenia odegrały w jego biografii nieoczekiwaną rolę, a mianowicie przyczyniły się do jego zaangażowania w niezależny ruch wydawniczy i wejścia do redakcji kwartalnika literackiego "Zapis", co z kolei spowodowało odłożenie na lata projektu książki o Tyberiuszu, a też umieszczenie jego nazwiska na indeksie, przez co "Krwawe specjały włoskie" przeleżały się sześć lat w wydawnictwie. Autor w podziemiu nie chciał ich drukować, wychodząc z założenia, że nie tego - to jest krytyki zachodniej demokracji - oczekuje czytelnik bibuły. Ukazały się niedługo po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy to nikt w Polsce nie miał głowy do cudzych nieszczęść i problemów, nikt też nie przeczuwał, że niebawem będą to nasze problemy i nieszczęścia.

Czytane dziś zachwycają przenikliwością i mądrością (subtelność i ironiczny wdzięk, z jakim te krwawe historie zostały zrelacjonowane, dowodzą, że nie ma tabloidowych tematów, są jedynie kiczowate wykonania). Pewna rzeczywistość dogoniła nas po 30 latach z okładem. Nie powinniśmy mieć kompleksów: sprawa Krzysztofa Olewnika ma ten sam, jeśli nie większy ciężar gatunkowy (różnica polega na tym, że tam opinia publiczna domagała się wypłacenia okupu od wstrętnego kapitalisty, skąpca bez serca, który gotów był poświęcić życie wnuka dla pieniędzy, w Polsce zaś oburzenie skierowane jest na przedstawicieli władzy; ale jest też ciekawe podobieństwo - i tam, i tu porwane ofiary posądzone zostały o to, że same sfingowały swoje porwanie). A jeśli nawet nie dorobiliśmy się własnego terroryzmu, to z racji otwarcia się przed nami świata mamy szansę zetknąć się z nim całkiem bezpośrednio (dość wspomnieć Polaka zamordowanego przez talibów w Pakistanie czy polskich marynarzy regularnie branych do niewoli przez somalijskich piratów). O ile więc w latach 70. i 80. książka Jacka Bocheńskiego była tylko fascynującą opowieścią o dość egzotycznych dla nas problemach, o tyle dziś stała się artykułem pierwszej intelektualnej potrzeby.

JOANNA SZCZĘSNA

czwartek, 23 kwietnia 2009
"Krwawe specjały globalnej wojny z terroryzmem. Jacek Bocheński o Włoszech" - recenzja książki "Krwawe specjały włoskie" (2009)

 .

 

.

Kulturaliberalna.pl

18.05.2009 r.

Książka Bocheńskiego napisana została ponad 30 lat temu, a przedstawione w niej wydarzenia przenoszą czytelników do Włoch z początku lat 70. Te Włochy dziś już nie istnieją. Spory i konflikty ideologiczne leżące u podstaw „Krwawych specjałów włoskich” są wciąż żywe tylko w głowie Silvio Berlusconiego. Dzisiejsza demokracja we Włoszech nie jest już tak „chwiejna”, a jej specyfika tak „krwawa”. Co więc jest w niej tak istotnego, że w roku 2009 Adam Michnik decyduje się na ponowne wydanie książki i pisze we wstępie, że uderzyła go jej aktualność?

„Krwawe specjały” można czytać jak relację z pola walki. Ten, kto szuka takiej lektury, znajdzie u Bocheńskiego wszystko, czego może oczekiwać: chronologicznie przedstawiony bieg wydarzeń, komentarze z obu stron frontu, a nawet krwawe szczegóły, jak np. obcięte ucho porwanego chłopca. Rzeczywiście, pomijając pierwszą z trzech opowieści przedstawionych w książce, można odnieść wrażenie, że to dobrze napisana i wnikliwa analiza. Nie wydaje mi się jednak, żeby przedstawienie konsekwencji włoskiej specyfiki rozwiązywania sporów ideologicznych było tu najważniejsze. Gdyby tak miało być, autor z pewnością nie zakończyłby książki na czerwcu 1976 roku i poświęciłby czwartą opowieść trupowi Aldo Moro wyjętemu w maju 1979 roku z samochodu zaparkowanego na tyłach rzymskiego Placu Weneckiego.

Bocheński rzeczywiście napisał książkę o przemocy, ale tak naprawdę jest ona bohaterem drugoplanowym. Ważniejsze są reakcje – to, w jaki sposób przemoc odbija się na działaniach osób bezpośrednio przez nią dotkniętych. Trzy opowieści tworzące książkę to historie osób, które przemoc stawia w sytuacji rodem z antycznej tragedii, gdy każda z podjętych decyzji, każda obrona przed przemocą jest jednocześnie poświęceniem innych ludzi lub wartości.

Autor portretuje postawy i opisuje działania swoich bohaterów. Od siebie nie daje jednak żadnej kategorycznej oceny. Nie mówi, czy według niego dziadek porwanego we Włoszech młodego Amerykanina dobrze robi, że odmawia płacenia okupu; nie przekonuje, że bunt rozpętany przez trzech więźniów, jest słuszny (lub nie); nie mówi, czy państwo powinno dotrzymać słowa danego porywaczom jednego ze swoich urzędników. Zamiast tego przytacza wyłaniające się w danej sytuacji argumenty i używa ich do obalania tych, które pojawiły się wcześniej. Opinie formułuje, używając cudzych słów. Bocheński jest sekretarzem zapisującym przebieg dyskusji, a nie jej recenzentem.

Warto jednak zauważyć, że choć utrzymując reporterski dystans, „Krwawe specjały włoskie” zabierają czytelników do samego środka sporu. Tam zaś czekają pytania, na które trzeba odpowiedzieć sobie samemu. Bocheński kieruje je m.in. do czytającego tę książkę w mokotowskim więzieniu Adama Michnika i jemu podobnym, którzy mieli nadzieję na budowę zdrowej demokracji. Najważniejszy problem – pytanie zawarte w tej książce, które, jak sądzę „uderza aktualnością” i wciąż nie doczekało się odpowiedzi – dotyczy demokratycznego państwa, które znajduje się w sytuacji szantażu. Państwa, które musi głęboko zastanowić się nad wagą życia swoich obywateli i hierarchią fundamentalnych dla niego wartości, a następnie podjąć decyzję. Jak pokazuje Bocheński, kryterium wartościowania nie jest tu bezdyskusyjne.

W sytuacji braku możliwości podania jednego rozwiązania powyższej kwestii, książka Bocheńskiego ma do zaproponowania tylko (i aż) głębię swojej analizy. Opisywane przez niego rozterki, wątpliwości i dylematy moralne nie skończyły się bowiem wraz z rozkładem antagonizmów trawiących od środka włoską demokrację. „Krwawe specjały włoskie” mogłyby dzisiaj bowiem równie dobrze nosić tytuł „Krwawe specjały globalnej wojny z terroryzmem”.

ARTUR CELIŃSKI

Artur Celiński - członek redakcji kwartalnika „Res Publica Nowa”.

poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Cudze nieszczęścia (recenzja z 1983 r.)

„Twórczość” Nr 10 (455) / październik 1983 r.

Jacek Bocheński: Krwawe specjały włoskie, Warszawa Czytelnik 1982, str. 245

Gdyby nie cudze nieszczęścia, życie byłoby znacznie trudniejsze do zniesienia. Tak zaś bezpłodni mogą współczuć rodzicom, którzy wydali na świat dzieci złe i niewdzięczne, biedni - chodzić na pogrzeby bogaczy zabitych dla pieniędzy, prostacy - biadać nad losem popadłych w obłąkanie filozofów, a mieszkańcy środkowo-wschodniej Europy uczestniczyć w cierpieniach zachodnich demokracji.

Szatan kusił Polaków na różne sposoby, na przemian osłabiając w nich ducha, i pobudzając pycho. To w twarz spojrzeć nic śmieli Anglikowi czy Francuzowi, to znów rozpierało ich poczucie wyższości i moralnej siły. Ostatnio jednak diabeł zmądrzał i podał ton subtelniejszy: podsunął Polakowi rolę człowieka doświadczonego, który z bolesną wiedzą w oku spogląda na szamotaninę Zachodu. Oczywiście, ten Zachód sam się prosi, by go traktować z góry. Zamiast cieszyć się swoją zachodnią demokracją jak ślubną żoną, która dobrze gotuje, dom trzyma czysto, a i od uciech nie stroni.

Zachód wciąż szuka dziury w całym: a to w pęcinie za gruba, a to z truflami sobie nie radzi, a to namiętności w niej nic dosyć. Wolność? Równość? Szydzą intelektualiści. A ile kobiet jest rektorami uniwersytetów? A kiedy Murzyn będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych?  Uczestnicy  demonstracji pacyfistycznych, przeciągających ulicami Paryża, obrzucają rozmarzonym wzrokiem portrety Konfucjusza, Mao-Tse-Tunga i Stalina, niesione nad głowami. Znajomy Kanadyjczyk, który sądzi, iż większość nieszczęść na świecie bierze się stąd, że ludzie żywią się mięsem, miast, jak przystało i jak było na początku - owocami, rozpromienia się na mój widok: „W Polsce istnieją teraz wspaniałe warunki do propagowania wegetarianizmu" - mówi.

We wręczonej mi przezeń broszurze Ziemia przyszłości przedstawiona jest jako jeden wielki kwitnący sad, pośrodku którego przechadzają się uduchowione istoty ludzkie, wyzwolone z agresywnych instynktów, obok nich zaś bez lęku kicają zajączki i stąpają delikatnie sarny, a wszelkie ptactwa przelatuje bezkarnie nad ich głowami. Jakże na wszystkie te dicta reagować ma biedny Polak? Najskromniejszy, chcąc nie chcąc, musi się poczuć Sokratesem.

Gdyby książkę Jacka Bocheńskiego Krwawe specjały włoskie chcieć określić jak najzwięźlej, można by ją nazwać wyżyciem się narracji ironicznej. Każdy z nas nosi w sobie ironistę; jak napoleoński żołnierzy buławę marszałkowską w plecaku. Ironia jest manifestacją swobody, dojrzałości i wdzięku; kojarzy się z wyższością i luksusem. Rzecz w tym, by trafić na właściwe miejsce, znaleźć odpowiedni przedmiot, który umożliwi jej wyzwolenie, pozwalając na stworzenie lub zachowanie odpowiedniego dystansu. Takim przedmiotem są dla Bocheńskiego kłopoty zachodnich demokracji, studiowane na przykładzie szczególnie dobrze wybranym, jakim są Włochy drugiej połowy lat siedemdziesiątych.

Bocheński robi przyjemność zgłodniałemu anegdot czytelnikowi i opowiada mu najbardziej niewiarygodne, a w istocie miejscami krwawe historie; dzieje uprowadzenia Paula Getty’ego III, przebieg buntu w więzieniu w Alessandrii, porwanie prokuratora Sossiego przez Czerwone Brygady. Opowiada zaś wyśmienicie, raz basem, raz falsetem, to wciela się w bandytów, to w stróżów prawa, to znów przybiera postać prawdziwie obiektywnego sprawozdawcy, to pofantazjuje sobie na boku, robiąc oko do czytelnika. Opowieść, którą snuje, jest tragikomedią bez bohatera pozytywnego. Po jednej stronie znajduje się nieco zastraszone, a nieco zramolałe demokratyczne państwo, które resztkami sił broni swego autorytetu i praworządności, atakowane zarówno przez faszyzującą prawicę, jak i komunizującą lewicę; po drugiej - burzyciele porządku: porywacze, terroryści, anarchiści, zbuntowani przestępcy. Pośrodku miota się ogłupiała opinia publiczna, raz po raz zmieniająca faworytów. Gdy rząd źle zagra, opinia staje po stronie bandytów nagle przemienionych w romantycznych zbójców; gdy bandyci upuszczą krwi, opinia domaga się stanowczych posunięć. Opinia i państwo szantażowane są wspólnie przez terroryzm, w którego działanie wkalkulowane są tradycyjne wartości kultury europejskiej, do jakich należy instytucjonalna ochrona życia człowieka niewinnego. Zabijemy Paula, jeśli nie dostaniemy paru milionów dolarów, powiadają  porywacze; zlikwidujemy prokuratora Sossiego, jeśli nie zwolnicie naszych więźniów, grożą Czerwone Brygady. Na początku ma miejsce gwałt, a potem wszyscy przybierają miny, jakby z własnej woli zasiedli do partii szachów. Oprawcy napomykają o honorze i o uczciwości transakcji, rząd odpowiada za niedotrzymanie warunków umowy. Intelektualiści zastanawiają się, czy w ogóle można mówić o gwałcie i o niewinności ofiary. Czy Paul Getty nie był w jakiś sposób winien rodząc się wnukiem miliardera? A Sossi sprawując funkcję prokuratora w burżuazyjnym państwie? Może przestępcy odbywający karę w więzieniach w istocie zasługują na lepsze warunki? Może przestępców w ogóle nie należy karać, lecz nawracać - pyta nieśmiało członek zrzeszenia humanitarystów, który obawiając się napadu, nawet znaczki pocztowe kupuje na kartę kredytową. Finał tych wszystkich rozgrywek jest oczywiście żałosny. By uratować swój autorytet, państwo stosuje ograniczoną warunkami przemoc lub ucieka się do prostego oszustwa, czym kompromituje się w oczach zwolenników fair play; bandyci i porywacze również jedynie częściowo, wychodzą na swoje. Opinia publiczna opuszcza rolety z wyrazem niesmaku na twarzy. Oto skutki demokratycznego rozkładu - powiada prawica; oto skutki korupcji i niewłaściwego użycia władzy - wola lewica. Zaś autor - sprawozdawca, widz tej tragikomedii, czerpie z niej energię do swojej ironicznej narracji. Jeśli zaś przez przypadek sam znajdzie się na scenie, schodzi z niej z siniakiem na plecach. Oczywiście, łatwo uczestniczyć w tym europejskim widowisku zachowując zdrowy dystans. Wnukowie milionerów należą u nas do rzadkości, nikt ich nie porywa, nie obcina im ucha i nie przesyła go w plastikowym woreczku do redakcji „Życia Warszawy"; nikt nie uprowadza prokuratorów i nie próbuje wymienić ich za więźniów politycznych. Mamy inne zmartwienia i inne obyczaje. Trudno nam jednak cierpienia zachodnich demokracji traktować wyłącznie widowiskowo. Jesteśmy przywiązani do idei demokratycznego państwa nawet wcielonej w kształty dalekie od doskonałości. Obserwacja bowiem poucza, iż państwo to dysponuje zazwyczaj cennym mechanizmem samoregulującym, że naturalnemu dążeniu do opaczności i sklerozy towarzyszy zdolność do samozachowania i regeneracji. Intelektualiści i studenci, a często także fryzjerzy i sklepikarze, lubią dostrzegać niewydolność i sklerozę demokratycznego systemu. Pierwsi wrażliwi są szczególnie na wdzięki nowoczesnych Robin Hoodów i Janosików (którzy stali się włamywaczami, gwałcicielami, handlarzami narkotyków), a wyjątkowo głębokim uczuciem darzą potomstwo Lafcadia, „sprawcę gwałtów spontanicznych i cokolwiek bezinteresownych, człowieka młodego (to konieczne) kierującego się »naturalnym« instynktem, słowem: typ amoralnego brutala, bez zasad i skrupułów, z duszą dionizyjską, romantyczną, natchnioną, na poły dziecięcą, na poły zbójecką”. Drudzy lgną raczej do munduru, znajdują upodobanie w glansowanych butach i dźwiękach gromkich komend. Oczywiście, można mieć nadzieje, że intelektualiści niekiedy mądrzeją, studenci dorośleją, sklepikarze nie zawsze dochodzą do głosu, zaś przyparte do ściany zachodnie demokracje od czasu do czasu nabierają nowego oddechu, a także uczą się czegoś na własnych błędach i potrafią spoglądać w twarz najrozmaitszym paradoksom życia społecznego, których istnienia nawet, nie przeczuwały.

Oczywiście sam Bocheński jest tego wszystkiego doskonale świadom. Jego ironiczna, mannowska narracja miejscami pęka, a powstałe w niej szczeliny wypełnia refleksja serio. To każe podejrzewać, iż ironizujący widz europejskiej tragikomedii jest także uczestnikiem europejskiego dramatu.

TERESA WALAS

 

Krwawe specjały (recenzja z 1984 r.)

„Tu i Teraz”

11. 01. 1984 r.

Terroryzm włoski to zupełnie osobliwa sprawa współczesna. Skąd te furie akurat w tym narodzie? Skąd te destrukcyjne, dzikie działania w społeczeństwie, które pozornie istniejąc w stałym bałaganie politycznym i gospodarczym – w zdumiewający sposób potrafi żyć i całkiem dobrze organizować swoje życie gospodarcze. Współczesna Italia to wielka zagadka dla kogo, kto stara się myśleć racjonalnie, a już terroryzm włoski – zarówno ten polityczny, jak i ten kryminalny – to już zagadka w zagadce. Gdy cały świat europejski powoli przyzwyczajał się do myśli o tym, iż córka funkcjonariusza Watykanu, porwana przez terrorystów stawiających papieżowi różne dziwaczne żądania, z pewnością już nie żyje (choć takiej absolutnej pewności mieć nie można – może okazać się bowiem, iż jest ona sama terrorystką, uczestnicząc we własnym porwaniu?!) – czytelnicy polscy otrzymali książkę

.

Jacka Bocheńskiego „Krwawe specjały włoskie”, „Czytelnik” 1982, s. 244

.

.

.

która sama dla siebie budzi pewne zdziwienie czytelnika.

Książka nosi notatkę: „Pisana w latach 1974-1976”, jej obszerne fragmenty czytaliśmy swego czasu w pismach tygodniowych. Są to trzy eseje (z pewnym, leciutkim akcentem reporterskim – Bocheński posługiwał się tylko lekturą gazet, parę tylko razy cytuje swoje rozmowy z Włochami) o trzech konkretnych wypadkach, aktach terrorystycznych, jakie miały miejsce we Włoszech. O sławnym porwaniu wnuka najbogatszego podobno człowieka świata, Paula Getty’ego, który po wielu miesiącach wrócił do domu z oderżniętym uchem. O pewnej masakrze terrorystycznej – w związku, z którą autor stara się analizować problem, czy to akurat warunki społeczne kształtują przestępców i jak daleko człowiek sam za siebie odpowiada. Oraz o osobliwym porwaniu prokuratora Soski, które stało się okazją do zdemaskowania pewnych brzydkich złych stron italskich administracji państwowej.

Wszystkie trzy opowieści są napisane z pewnym literackim zacięciem. Może nawet nadmiernie literackim. Sądzę, że dywagacje autora na temat, czy w Polsce byłoby możliwe – i jak by przebiegało – porwanie młodego Getty – to czczy popis pewnej literackiej maniery, w tym wypadku bezsensownie zacierającej główną analizę. Co byłoby, gdyby… To co jest – jest wystarczająco ciekawe i straszne.

Ale moja zasadnicza pretensja do tej książki ma inny, nie literacki, charakter. Moja pretensja jest następująca – a ściśle są to dwie pretensje:

Pierwsza: brak ze strony autora jasnej, zdecydowanej opinii o działaniach terrorystów. Czytając „Krwawe specjały włoskie” mam wrażenie, że autor jakby nie mógł się zdecydować na jednoznaczny osąd tego terrorystycznego ewenementu. Jakby – tak to wygląda w opowieści trzeciej na przykład – gotów był przyznać rację tym terrorystom, którzy porywając prokuratora, chcieli zdemaskować nicość włoskiej administracji państwowej. Jakby Bocheński bardziej solidaryzował się z przeciwnikami państwa włoskiego niż ze zwolennikami porządku państwowego. Dziwne i niebezpieczne stanowisko.

I druga pretensja. „Skończyłem pisać w czerwcu 1976” – są to ostatnie słowa książki, która ukazała się w roku 1983 (wydrukowana w grudniu 1982 posłano ją do składania w marcu 1982). Książka jest publicystyczna, a nie literacka. Autor żyje i od 1976 roku stale był czynny w Warszawie. Jasne jest dla mnie, że to z powodu jego związków politycznych książki tej mu nie wydawano, aż dopiero umożliwiła to bardzo otwarta polityka kulturalna 1982 roku. Ale dlaczegóż to czytelnik – co najmniej 20 tysięcy ludzi ma być karany za polityczną wojnę Bocheńskiego z rządem.

Między 1975 rokiem a 1982 zdarzyło się w Italii oraz w italskim terroryzmie tyle – choćby sprawa Moro – żeby czytelnik kupujący w 1983 roku książkę o terroryzmie włoskim miał prawo otrzymać sąd autora nie tylko o wydarzeniach historycznych, ale i o wydarzeniach bardziej aktualnych. Czy po siedmiu dalszych latach Bocheński nadal utrzymuje swój dwuznaczny sąd o włoskich terrorystach?

Przepraszam za tak obcesowe pytanie. Literatura piękna – powieść, nowela, poezja – mogą być dwuznaczne, publicystyka – a „Krwawe specjały włoskie” to publicystyka – musi być jednoznaczna i jeżeli jest to możliwe, doprowadzona do ostatecznej mety wydarzeń. Inaczej otrzymujemy  efektowny stylistycznie i narratorsko, ale kikut. Zamykając książkę Bocheńskiego nie wiemy, co mamy myśleć o terroryzmie włoskim. A przecież w 1982 roku, gdy książka szła do druku, Bocheński mógł te braki uzupełnić.

Specjał niedopieczony do końca. A szkoda.

HENRYK WEBER