© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Co NIE musi być powiedziane

Jest mi przykro i wstyd za naszego przyjaciela, wielkiego pisarza niemieckiego, gdańszczanina, mojego rówieśnika, Güntera Grassa. To, co w tak zwanym wierszu, a raczej artykule publicystycznym mającym graficzną formę wiersza, czyli w tekście, o którym ostatnio głośno, musiało podobno być powiedziane, nie powinno być mówione  przez nikogo, niestety jednak zostało powiedziane przez Güntera Grassa.

Oczywiście, postulat końcowy jego tekstu, żeby "na swobodną i nieustanną kontrolę izraelskiego potencjału atomowego oraz irańskich urządzeń atomowych przez jakąś międzynarodową organizację zgodziły się rządy obu krajów", choć może mało realny, może niezrównoważony politycznie, jest mimo wszystko zrozumiały i na pewno dopuszczalny. Postępowanie każdego rządu, również izraelskiego, również despocji irańskiej, wolno każdemu krytykować w wolnym świecie. 

Jednak punkt ciężkości enuncjacji Grassa kryje się w czymś innym: w skardze, że despocję irańską z jej "narodem ujarzmionym przez pyszałka i zmuszanym do sztucznej owacji" krytykować mu właśnie wolno, natomiast "tego drugiego kraju" on sam sobie nie pozwalał dotychczas "nazwać po imieniu", bo za to grozi krytykowi kara: "obiegowy  jest werdykt - antysemityzm". Tłumaczę dosłownie z oryginału.

Pisarz w podeszłym wieku, piszący już "ostatkiem atramentu", zdecydował się przed końcem życia to właśnie oświadczyć. Ale myśl, jaką przedstawił, nie jest niczym oryginalnym. Niezliczoną ilość razy słyszałem taki wywód z ust antysemitów: to oni, nie będąc przecież we własnej opinii antysemitami, podlegają dyskryminacji, bo nie mogą głosić "prawdy" o Żydach, szantażowani przez świat zarzutem antysemityzmu. Günter Grass, którego za antysemitę  istotnie uznać nie sposób, oddał nagle ogromną przysługę antysemitom dołączając swój cenny głos do ich chóru.

Także Grass musiał, jak twierdzi, przemilczać prawdę, tę mianowicie, przemilczaną zresztą "powszechnie", że Izrael rozporządza bronią atomową i zagraża pokojowi świata bardziej niż Iran, rozporządzający nią tylko hipotetycznie, bo nikt posiadania broni Iranowi  nie udowodnił. Otóż wygarnąć tę prawdę Izraelowi Grass się dotychczas wzbraniał ze względu na swoje pochodzenie, "obarczone nigdy nieusuwalną plamą".  Zbrodni,  za które odpowiada  jego kraj, nie da się bowiem porównać z niczym.

Motyw splamionego pochodzenia i wynikających stąd konsekwencji wydaje mi się najbardziej godny uwagi z całej wypowiedzi Grassa. Pozwolę sobie wyrazić własne zdanie w tej sprawie.     

Myślę, że żadnego człowieka nie obciążają winy, restrykcje ani klątwy z powodu pochodzenia. To mówi nam rozum, bo przecież nikt nie miał wpływu na to, kim się urodził, Niemcem, Żydem, Polakiem czy Urugwajczykiem.

Wolność słowa przysługuje wszystkim ludziom w równym zakresie. Jeśli na Niemcu jako jednostce ludzkiej nie ciąży kompromitująca odpowiedzialność osobista za udział w zbrodni Holokaustu, a na Günterze Grassie nie ciąży, podobnie jak na Benedykcie XVI, mimo wcielenia obu do nazistowskich formacji za młodu, Niemiec ma takie samo prawo krytyki władz Izraela w kwestii pokoju światowego, jak mam ja lub Urugwajczyk czy w końcu Izraelczyk, który wcale nie musi popierać polityki prawicowego rządu Beniamina Netanjahu. To też mówi nam rozum.

Jednak ludzie we wzajemnych stosunkach kierują się nie tylko rozumnymi kryteriami, lecz emocjami, skojarzeniami, lękami, urazami, całym mrocznym kłębem irracjonalnych, często nieświadomych impulsów, o czym wiedzą psychologowie i pisarze. W Polsce na przykład zwykłe niemieckie słowa o znaczeniu obojętnym, dotyczącym ruchu, kierunku i czasu,  jak "raus" , "los" czy "schnell", budzą do dzisiaj grozę wśród rówieśników moich i Grassa.  

Jeśli ktoś ze względu na Holokaust i wrażliwość Żydów, nie tak dawno skazanych z powodu swego pochodzenia bez wyjątku na śmierć, czuje, że winien powstrzymać się od pewnych, mniejsza o to, słusznych czy niesłusznych, krytyk pod adresem ocalałych jednostek i zbiorowości, jest to chwalebna przyzwoitość. Niemcy w większości zrozumieli to po II wojnie światowej , czym zasługują na szacunek.

Nie jest dobrze powoływać się wobec Żydów na obciążające pochodzenie, bo natychmiast stwarza się sugestię, że istnieją rodzaje pochodzenia wadliwego. Z czym się to kojarzy, przemilczę.

Są rzeczy na świecie, które mimo że są, NIE muszą być powiedziane, bo lepiej, żeby w kulturze ludzkiej były respektowane niż mówione. Grass lepiej by zrobił, gdyby o swoich skrupułach i obawach nie mówił, tylko je respektował.    

Tak, został okrzyczany antysemitą. Zakazano mu wstępu do Izraela i do gdańskiej synagogi. Są to reakcje emocjonalne, niepotrzebne i zapewne szkodliwe  dla samego Izraela, ale sprowokowane przez Grassa, dlatego potrafię je także zrozumieć.  

JACEK BOCHEŃSKI   

[Gazeta Wyborcza - Magazyn Świateczny, 12-15 kwietnia 2012 r.]

niedziela, 27 marca 2011
Literatura nie zaginie

                          

Mniej więcej 40 lat temu napisałem  powieść o starożytnym poecie Owidiuszu. Jedno z jej zdań brzmiało "poeta wydał książkę".  PRL-owski cenzor przyczepił się do tego zdania. "Jaką książkę? -  mówił. - Przecież chodzi o poetę sprzed 2 tysięcy lat,  a wtedy nie było książek, tylko zwoje papirusowe. Ten Bocheński  robi jakieś aluzje do naszych czasów. Nie zgadzamy się na to. Słowo książka musi wykreślić z powieści historycznej".

Cenzor najwyraźniej uważał książki za zbiory kartek dających się przewracać, jedna za drugą. I rzeczywiście: książka podobna do naszej, którą możemy kartkować stronica po stronicy, powstała dopiero w średniowieczu. A jednak książki Owidiusza w postaci niekartkowej wychodziły już w starożytności. Dziś  możemy dla odmiany wejść do Internetu i czytać je w innym, niekartkowym zapisie, mianowicie  elektronicznym. 

Nośnik się zmienia, dzieło pozostaje - tak dotychczas było i prawdopodobnie będzie.

Na zorganizowanym przez Bibliotekę Narodową 8 grudnia 2010 Forum, które powołało Republikę Książki, ruch społeczny na rzecz rozwoju czytelnictwa, omawiano najrozmaitsze zagadnienia związane z tą sprawą, bibliotekarskie, organizacyjne, socjologiczne, administracyjne, prawne. Ja byłem proszony o odpowiedź na jedno pytanie: czy zmiana technologii wpłynie na zmianę roli twórcy?

Co właściwie mamy na myśli mówiąc "zmiana technologii" w związku z twórczością?

Z grubsza dwie rzeczy.

Po pierwsze, może to być zmiana technicznych narzędzi, jakimi posługuje się twórca. Pisarz  posługiwał się w przeszłości rylcem, piórem gęsim, ołówkiem, pędzelkiem maczanym w czernidle, jeśli np. był to Chińczyk, piórem wiecznym, długopisem,  maszyną do pisania, i tak dalej. Ja sam w ciągu życia posługiwałem się coraz to nowszymi narzędziami. Jako dziecko zacząłem od stalówki w obsadce i kałamarza z atramentem. Teraz używam laptopa. 

Po drugie, zmiana technologii  może dotyczyć sposobów rozpowszechniania dzieł wśród publiczności. Na ogół o tym właśnie się myśli, gdy mowa o nowych technologiach. A to też zmieniało się w przeszłości, począwszy od najdawniejszego gromadzenia słuchaczy pod drzewem albo przy ognisku czy stole biesiadnym, przez wynalazek pisma, przepisywania, druku, aż do zapisu elektronicznego dostępnego w Internecie lub np. emisji radiowej. 

 Czy te zmiany wpływały na zmianę roli twórcy? Wydaje mi się, że nie. W każdym razie nie umiałbym się powołać na jakieś własne doświadczenie potwierdzające wpływ czynnika technologicznego na moją twórczość. Owszem, wygodniej jest używać laptopa niż stalówki i kałamarza. Co się tyczy techniki rozpowszechniania, mój tekst mógł być przekazywany z rąk do rąk w rękopisie czy odbitce powielaczowej (tak działo się w drugim obiegu za PRL), mógł być wydany w zwykłej papierowej postaci książkowej, ale także nadany głosem przez radio albo zapisany na płycie alfabetem Braille'a  dla niewidomych. Dziś, gdybym zechciał, mógłbym także ogłosić go w wersji elektronicznej na swojej stronie internetowej. Ale tekst jest wciąż tym samym tekstem.  

Nie od narzędzia zależy, co napiszę.  O wiele większy wpływ na twórczość wywierają zmiany społeczne, obyczajowe, ekonomiczne, polityczne. Tak przynajmniej było w historii kultury: zmieniały się narzędzia sztuk i sposoby rozpowszechniania, lecz istota twórczości pozostawała bez zmian. Oczywiście, fakt, że tak było, nie przesądza, że do końca świata będzie.

Jednak w możliwie bliskim czasie o przyszłości literatury zdecyduje najpewniej to, co ludzie zechcą czytać.

Z okazji debaty na Forum cytowałem już publicznie list, jaki dostałem niedawno pocztą elektroniczną od nieznajomej czytelniczki książek. Osoba ta opowiada o swych zainteresowaniach prywatnych, ponieważ jednak napomknęła, że pracuje w pewnej bibliotece miejskiej na terenie kraju, warto, myślę,  przytoczyć jeszcze raz fragment jej listu w tej mojej wypowiedzi, którą tu warszawskiemu Magazynowi Bibliotek Mokotowskich "Sowa Mokotowa" ofiarowuję po sąsiedzku ja, mokotowianin. 

Moja korespondentka, po trosze żartując, pisze tak:  Mam 25 lat. Jeszcze nie nauczyłam się mówić i chodzić, a już czytałam - krążą takie pogłoski… Z racji zawodu i zamiłowania czytam bardzo dużo. Przeczytałam i zgromadziłam w prywatnej biblioteczce grubo ponad tysiąc książek… Kilka, może kilkanaście książek było dla mnie jak olśnienie. Wśród tych olśnień wymienia młoda osoba "Ulissesa" Joyce'a, "Auto da fé" Canettiego, "Diunę" Franka  Herberta. Padają nazwiska autorów: Bradbury, Calvino, Melville, Bułhakow, Sołżenicyn, Krzysztoń, Singer.

Póki istnieją w Polsce młodzi ludzie o takim wachlarzu czytelniczych upodobań, książka oparta na treści tekstowej, a nie na przykład obrazkowej, papierowa, analogowa, cyfrowa, czy jakakolwiek inna wyobrażalna z pewnością nie zaginie. Inaczej mówiąc, nie zaginie literatura.

JACEK BOCHEŃSKI

[tekst napisany dla warszawskiego  Magazynu Bibliotek Mokotowskich "SowA MokotowA" ukazal się w numerze 04 (14), zima 2010/2011]

 

wtorek, 25 sierpnia 2009
Co mnie zdumiewało w Leszku Kołakowskim?

"Gazeta Wyborcza"
18-19 lipca 2009 r.

Był człowiekiem z kilku powodów zdumiewającym.

Zapisał się w historii jako ktoś, kto podjął i zwycięsko stoczył walkę z komunizmem -  nie wyłącznie jako ktoś taki, ale w znacznej mierze. I cóż to zdumiewającego? Z komunizmem walczył nie on jeden i nie on jeden odnosił sukcesy. Otóż zdumiewającą rzeczą jest, że on to robił inaczej niż wszyscy. Walczył z czymś, czego w praktyce doświadczył, co przeżył, a nawet w młodości sam współtworzył, ale czego genezę i teoretyczną podstawę poznał do samego jądra i naprawdę zrozumiał. Walczył mianowicie z marksizmem, fenomenem światowym, a nie na przykład z rosyjskim czerwonym caratem. To go wyróżniało szczególnie wśród Polaków. Tym zdumiał mnie bardziej nawet niż odwagą cywilną, bo odwagi cywilnej różnym Polakom nie brakowało, jednak badać i opisywać marksizmu nie umiano u nas i nie chciano. A on opisał go nie tylko w swoich "Głównych nurtach marksizmu". Zdaje mi się, że niemal we wszystkich książkach jakoś go opisywał, i to celnie.

Owszem, był niesłychanie odważny. W partii, zwyrodniałym tworze nowożytnej demokracji, w tym konkretnie wypadku zwyrodniałej jako Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, zaprotestował przeciw świętej zasadzie posłuszeństwa wobec partyjnego przywództwa, w tym wypadku komunisty - Gomułki. Znamy dziś karykaturalne wersje tego samego zjawiska w innych, słabszych, trochę śmiesznych partiach, i już mniej zdumiewa nas, że coś takiego działo się w komunistycznych, choć zdumiało to z górą pół wieku temu i wzburzyło do głębi Leszka Kołakowskiego. Mnie zdumiał głównie on sam tym, co wtedy wykonał. Mianowicie zbuntował się przeciwko nieomylnemu, groźnemu przywódcy partyjnemu z jego dworem i policją. Rzucił mu rękawicę w twarz, a potem wcale się nie schował, nie uciekł.

Pierwszy pokazał, że tak można. Wzór takiego zachowania, dopiero z czasem przejęty przez marcowych "komandosów", przez KOR, tzw. drugi obieg wydawniczy i całą opozycję demokratyczną, stworzył właśnie Leszek Kołakowski, o czym się mało pamięta. Tworzył go krok za krokiem, stopniowo, od połowy lat 50. do roku 1968, gdy nagle wyemigrował, nie wiedząc zresztą, że emigruje.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym zdumiewającym aspekcie postawy i twórczości Leszka Kołakowskiego. Mam na myśli stosunek filozofa do transcendencji. W Polsce stosunek większości ludzi do transcendencji polega na chodzeniu do kościoła i uczestnictwie w obrzędach. Konsekwencje duchowe tych aktów w życiu ludzkim, umysłowe i na przykład moralne, są niewielkie. Leszek Kołakowski utrzymywał zawsze, że nie wyznaje żadnej religii, a w rytuałach kościelnych nie uczestniczy. Lubił opowiadać anegdotę, jak go przed wojną wyrzucono ze szkoły, bo powiedział nauczycielce, że jest bezwyznaniowy. Nie ulegało jednak wątpliwości jego badawcze zainteresowanie religią, chyba od początku nie mniejsze niż zainteresowanie marksizmem, jakby to były zainteresowania równoległe i wzajemnie powiązane. Z latami rosła natomiast uwaga filozofa dla pytań metafizycznych, do których odnosił się z coraz większą powagą, uznając ich kluczowe znaczenie dla człowieka.

Pozostał do końca agnostykiem, jednak nie był nigdy przeciwnikiem religii, raczej przyjacielem. W kraju, gdzie właściwie nie ma agnostycyzmu, lecz ze względu na opinię "wszystkich" dominuje kościelny oportunizm, a tylko z rzadka pojawia się antykościelna wściekłość, przeważnie urazowa na tle seksualnym lub finansowym, taka rozumna przyjaźń mędrca-agnostyka z religią, sacrum i transcendencją, była czymś niezwykłym.

Dostarczył mi, oczywiście, więcej powodów do zdumienia i podziwu, zwłaszcza wypowiadanymi myślami na najrozmaitsze tematy w książkach, wystąpieniach publicznych i rozmowach, ale chciałem się tu skupić na tym, co najważniejsze.

 

JACEK BOCHEŃSKI

piątek, 27 marca 2009
Ludzie mediów a etyka

„Forum dziennikarzy”

Nr 2 / 1997 r.

Zanim zacznę mówić o etyce mediów, mam ochotę ostrzec sam siebie: Zastanów się, czy powinieneś wchodzić na to bagniste pole, pełne zasadzek. Cóż to jest etyka mediów?

Pamiętaj, że etyka, jeśli kiedyś istniała, utonęła w trzęsawiskach i o tej przykrej sprawie lepiej, zdaje się, nie wspominać. A ty co? Wierzysz w topielice? A jakie masz, przepraszam, prawo, szukać tego trupa? Co cię upoważnia? Mogą ci też powiedzieć: Tu teraz jest grunt prywatny, l w ogóle etyka nie utonęła, tylko uległa restrukturyzacji. A zresztą, czy nie ty przypadkiem jesteś winien, że utonęła? l mogą cię na wszelki wypadek zepchnąć do bagna. Działaj więc roztropnie i patrz końca. Nie wiem, jaki będzie koniec, ale przynajmniej zacznę roztropnie.

Czy jest to rodzaj etyki pracowniczej, która obowiązuje ludzi występujących w telewizji, radiu i prasie? Wydaje się, że na ogół tak o niej myślimy. Wobec tego etyka mediów byłaby z grubsza tym samym, co etyka dziennikarska.

Ale skoro jednak myślimy o mediach, nie o dziennikarzach, to może dlatego, że one jako instytucje tez ponoszą odpowiedzialność moralną, jakąś taką rozleglejszą, by użyć brzydkiego wyrazu - systemową. Może w etyce mediów nie mniej ważna od moralności pojedynczych pracowników jest moralność ciał zbiorowych, zespołów, redakcji, a zwłaszcza różnych kierownictw, rad, komitetów, spółek, sponsorów? Czy między takimi zbiorowościami i pojedynczymi pracownikami powstają różnice poglądów, interesów i sumień, jak za czasów PRL, i stąd wynikają rozterki moralne w me­diach? Dlatego trzeba szukać jakiejś wspólnej etyki mediów?

Nie sposób wdawać się w bardziej szczegółowe rozróżnienia i komplikacje sytuacyjne, których niewątpliwie odkrylibyśmy więcej, gdybyśmy próbowali ułożyć definicję etyki mediów. Obejdę się więc bez definicji.

Nie ma natomiast powodu, żeby etyka mediów, czymkolwiek jest, miała się różnić w podstawowej sprawie dobra i zła od powszechnej etyki ludzkiej, gdyby ona mimo wszystko istniała. Innymi słowy, trzeba dla pewności przypomnieć banał: Jeśli w ogóle nie powinienem kłamać, to nie powinienem też kłamać w mediach. Jeśli w ogóle nie powinienem zabijać, to również w mediach nie powinienem przykładać pośrednio ręki do zabójstw, l tak dalej. Fakt, że etyka mediów przynależy swą istotą do etyki powszechnej, pozwala też na inny użyteczny wniosek. Dzisiejszy kłopot etyczny mediów jest prawdopodobnie taki sam, jak ogólnie kłopot etyki w naszych czasach i warunkach.

Utarło się w PRL, głównie za sprawą ówczesnej nieoficjalnej opozycji, że dostatecznym, jeśli nie jedynym, sprawdzianem moralności publicznej każdego człowieka był jego stosunek do władzy zwanej totalitarną. Kościół miał swoje tradycyjne kryterium pobożności, ale ono godziło się dobrze z tym pierwszym, ponieważ władza była niepobożna. Obywatele źle usposobieni do władzy uchodzili za ludzi „przyzwoitych", żyjący z nią na dobrej stopie budzili pogardę, Odpowiednio dzielono ludzkie czyny, między innymi zachowania dziennikarzy, na godziwe i naganne.

Trzeba jednak dodać, że taki sam, choć odwrócony, podział na uczciwych zwolenników i nieuczciwych przeciwników władzy ludowej przyjęli ideologowie komunistyczni. Obie strony odwoływały się po swojemu do wartości bądź co bądź wyższych. Zarazem każda ze stron uznawała wyższe wartości drugiej strony za fikcyjne i wręcz nikczemne, jedynie swoje za rzeczywiste i szlachetne.

Przywykliśmy do tak prostego, politycznego schematu etycznego. Przez lata nikt go nie podważał, lecz i nie przeczyła mu na ogół codzienna praktyka życiowa.

Po zmianie ustroju schemat szybko przestał wystarczać. Skończyła się mianowicie władza totalitarna, a nowej można było bezkarnie ciosać kołki na głowie, dlatego stosunek do niej stracił znaczenie i nie mógł już być podstawą głębokich ocen moralnych. Postkomuniści zauważyli to pierwsi, byliby też najchętniej z wszelkich ocen moralnych zrezygnowali, doradzając od początku zajęcie się „przyszłością”.

Jednak wśród historycznych „ludzi przyzwoitych" (oponentów PRL) byli tacy, których wciąż nęci dawny schemat. Chcieli wyciągnięcia z niego rygorystycznych konsekwencji wobec „nieprzyzwoitych”, domagali się dekomunizacji, rozliczania i tak dalej Jeszcze inni za wyłączne uznali kryterium pobożności, co znów dało wielu „nieprzyzwoitym” możliwość nawróceń. Wszyscy zachowywali się tak, jakby dobro publiczne zależało od wydania ludziom należytych cenzur. Kto uzyskał pozytywną cenzurę wedle opisanych wyżej zasad, mógł uspokoić sumienie. Kto sam wydawał cenzury, mógł sądzić, że rozwiązał problemy etyczne, l ten był, oczywiście, w najdogodniejszej sytuacji. Żądza przydzielania cenzur szczególnie pociągała notorycznych parszywców.

Dziennikarstwo agresywne

Można jednak powiedzieć, że w mediach pozostały nawykowe odruchy, urazy i potrzeby kompensacyjne. Ponieważ do niedawna cnotą budzącą najwyższe zdumienie było przeciwstawianie się władzy, media zapragnęły przede wszystkim pokazać, jak zdecydowanie potrafią się jej przeciwstawiać. Jednak z braku władzy totalitarnej spóźnione odium przeniosło się na tzw. klasę polityczną. Z dnia na dzień szczytem ambicji stało się tzw. dziennikarstwo agresywne.

Najporęczniejszym bodaj narzędziem dziennikarstwa agresywnego był wywiad. Ofiarą agresji mógł być każdy rozmówca należący do klasy politycznej czy „elity”, im wybitniejszy, tym lepiej. Rola dziennikarza polegała na wykazaniu, że rozmówca jest durniem.

Osiągało się to prostymi środkami, na przykład zadając złośliwe bądź absurdalne pytania i nie dopuszczając do odpowiedzi, lecz przerywając ją w połowie, by zadać następne pytanie możliwie bez związku, znowu przerwać odpowiedz i tak w kółko. Robienie durniów z polityków (ale częściowo tez z tzw. autorytetów moralnych czy wyznawców etosu, którzy niejako zastąpili dawnych ideologów) odpowiadało w pewnej mierze nastrojom społecznym, lecz i samo pomnażało frustrację społeczną. Z kolei dziennikarz czerpał stąd zachętę do dalszego popisywania się przed publicznością agresywnym dziennikarstwem. Ponieważ kompromitował wszystkich, nikogo nie oszczędzając, mógł poza po­czuciem odwagi i przewagi nad fałszywymi wielkościami mieć jeszcze poczucie własnego obiektywizmu. To postępowanie dziennikarza wydawało się całkiem chwalebne w świetle etyki me­diów, wywiedzionej z niedawnego doświadczenia historycznego.

Nie ugruntowała się jeszcze świadomość, że już nie władza totalitarna rządzi i nie ideologia, lecz pieniądz. Nie odwagi politycznej czy pluralizmu, jak w PRL, brakować będzie mediom, lecz pieniędzy. Podłość nie będzie popełniana ze strachu przed władzą, lecz dla pieniędzy. A pieniądze będą wypłacane nie za płaszczenie się, lecz za przysparzanie mediom lub osobom jeszcze większych pieniędzy. Jeśli na czymkolwiek, choćby na krzewieniu satanizmu, uda się zarobić, sataniści znajdą się w mediach.

Tu jest sedno

Stosunek do przeciwnika politycznego przestał być wyższą wartością, chociaż nie od razu rzecz byłą jasna. Ta niejasność miała być przez dłuższy czas po­wodem nieporozumień i konfliktów zastępczych. W istocie je­dnak zysk zastąpił wszelkie inne wartości. Zawrotną karierę zrobiła nagle znamienna maksyma teoriopoznawcza, powtarzana do znudzenia przez wszystkich:

„Gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze". Przestrzegać etyki w nowych warunkach, znaczy godzić się w mediach na mniej pieniędzy, co jest nadzwyczaj proste i nadzwyczaj trudne.

Tyle umiem powiedzieć wyrywkowo o etyce mediów. Wyrywkowo, bo mój modelowy dziennikarz agresywny jest, oczywiście, tylko jednym typem dziennikarza i jednym szczególnym typem współtwórcy mediów pośród wielu rzeczywiście istniejących.

Także wybrany przeze mnie temat pieniędzy jest tylko jednym z tych, jakie może nasunąć etyka mediów, choć twierdzę, że najważniejszym. Pozostaje olbrzymia reszta tematów nie poruszonych.

Wypowiedź na dorocznym spotkaniu, zorganizowanym 18 czerwca 1997 r. przez Konferencję Mediów Polskich i Radę Etyki Mediów.

piątek, 13 marca 2009
Odmieniec (Tadeusz Bocheński 1895-1962) - fragmenty (I)

 

„Zeszyty Literackie”

nr 41, zima 1993

„Dawni bywalcy Zakopanego pamiętają zapewne kaligrafowane własnoręcznie przez prelegenta i przymocowywane pinezkami na słupach ulicznych ogłoszenia zapowiadające tematy jego piątków literackich”- pisał w roku 1971 Kazimierz Andrzej Jaworski, poeta.

Zmarły dziewięć lat wcześniej (1962) prelegent, który kaligrafował i przybijał te ogłoszenia pinezkami do słupów, nazywał się Tadeusz Bocheński.

Był to mój ojciec.

Ludzie musieli go tak zapamiętać: jako osobliwość Zakopanego, coś na podobieństwo podreglańskiego kobziarza lub może przebierańca w kożuchu z niedźwiedzim łbem, zapraszającego do fotografii na Krupówkach, a najprawdopodobniej jako jednego z wielkich zakopiańskich maniaków, biegającego z tymi ogłoszeniami po mieście od słupa do słupa. Miał, oczywiście, i pinezki. Ale co do nich, to już się trochę nie zgadza. On je z całą pewnością nazywał inaczej: pluskiewki. Wiem, co mówię.

Jest w Zakopanem Stary Cmentarz, swego czasu zwany też Cmentarzem Zasłużonych, gdzie leżą półlegendarne postacie Podhala: ksiądz Jan Stolarczyk, Sabała, Tytus Chałubiński, Stanisław Witkiewicz, Władysław Orkan, a i liczni Gąsienicowie, i Chramcowie, i Marusarze. A również Kornel Makuszyński i Antoni Kenar. Oraz jeszcze ze dwieście osób.

Jest grób na prawo od wejścia, lecz nieco głębiej, jakoś tak w połowie drogi przez cmentarz, jednak nie przy głównej drodze, tylko z boku, z tego prawego, pod murem. Jest tam grób ojca, są paprocie, granitowy kamień, napis: Tadeusz Bocheński, poeta i społecznik.

.

Nagrobek Tadeusza Bocheńskiego w Zakopanem

.

Są też jeszcze na granitowym kamieniu napisane inne rzeczy, że na przykład poeta-społecznik walczył o prawdę i tak dalej. Bo ludzie uważali, że powinno być napisane coś takiego pięknego i że to właśnie jest prawda. Ale rzeczywistość była, jak mi się wydaje, trochę inna. Jeśli walczył w istocie, to o język. Nikt tego nigdy nie rozumiał. A potem wszyscy zapomnieli.

Myślę, że ja wiem o tej sprawie pewne rzeczy, których nie wiedzą inni. Dlatego zdecydowałem się o nich napisać. Bo pewnie już pora. Aby zdążyć, zanim sam umrę.

Teraz, gdy na horyzoncie zarysował się niby kontur tajemnicy, która ma być odsłonięta, mógłby ktoś oczekiwać, że nastąpią rewelacje historyczno-polityczne, jakich od pewnego czasu wiele. A nuż syn odkryje bohaterski szczegół życiorysu ojca. Wyjdzie na jaw nieznana karta wojenna? Tajny sąd w piwnicach NKWD? Dokument z ubeckiego archiwum? Ukrywane latami represje?

Otóż nic takiego nie będzie, bo nic takiego nie było. Kto się czuje zawiedziony, może dalej nie czytać.

       (…)

Ojciec, który zawsze pisał wiersze i przekładał poezję z obcych języków na własny, a do czterdziestego roku życia uczył w szkole łaciny i greki, uważał politykę za sprawę brudną. Był to pierwszy pogląd na politykę i etos, jaki jeszcze w dzieciństwie poznałem.

Jednak z opowiadań domowych wnioskuję, że ten pogląd nie był wcale pierwotnym przekonaniem ojca, ale że ojciec ukształtował go w sobie dopiero z czasem, gdy w pewnym momencie zajął się mimo wszystko polityką. Mianowicie po przewrocie majowym (1926 - rok mego urodzenia) zaangażował się jako mówca polityczny w kampanii wyborczej na rzecz Piłsudskiego i sanacji.

Może byłoby słuszniej, gdybym zamiast „sanacji” napisał „uzdrowienia”, bo Piłsudskiemu chodziło o uzdrowienie stosunków, a ojciec musiał w słowie sanacja wyczuwać przede wszystkim jego naturalne znaczenie łacińskie. Teraz też wiem, co mówię.

Piłsudski ze swym programem uzdrowienia był niewątpliwie w oczach ojca człowiekiem czystym. Nie okazały się jednak czyste ani wybory pomajowe, ani późniejsze rządy, ani ludzie, którzy mieli ojcu w nagrodę za udział w kampanii wyborczej i ewentualne przystąpienie do BBWR (mówiono BB) obiecywać jakoby posadę starosty.

To mu się nie podobało. Oferty nie przyjął, do BB nie wstąpił, starostą nie został, jednak sentymentu i respektu dla Piłsudskiego nigdy nie stracił, samą politykę uznał za rzecz brudną i przestał się nią zajmować.

Nie wiem, czy więcej skłonności odziedziczyłem w prostej linii po nim ja, stary koń, czy przeciwnie: odrzuciłem prawem kontrastu i buntu pokoleń. Ale nie o mnie ma tu być mowa.

       (…)

Dlaczego odszedł ze szkół, w których był doskonałym nauczycielem i których w istocie sam potrzebował dla równowagi psychicznej?

Jego uczniowie powoli wymierają, ale oprócz ludzi pamiętających zakopiańskie „piątki literackie” spotykałem do niedawna właśnie uczniów ojca z dwóch przedwojennych gimnazjów: imienia Staszica w Lublinie oraz św. Anny (później Nowodworskiego) w Krakowie. Ci pamiętali niezwykłe olśnienia doznane na lekcjach niby to martwych języków.

Miał też pewnie uczniów, którzy go nie znosili, ale takich rzeczy nie mówi się synowi.

Ja nie chodziłem do szkoły na lekcje ojca. Znam z domu jego sposób uczenia.

Łacina była językiem jak każdy, czyli narzędziem do nazywania przedmiotów, osób, zwierząt, spraw i zjawisk otaczającego świata. Po łacinie po prostu rozmawiał i czasami nie zauważało się, co to za język. Łacina mogła być użyta do czytania fascynujących tekstów o bogach i wojnach, ale gramatyce łacińskiej nie poświęcało się więcej uwagi niż należałoby poświęcić budowie narzędzia.

Powiem to w sposób nowocześniejszy i zrozumialszy. Łacina była jak samochód, który ma się po to, żeby nim jeździć, a nie po to, żeby ćwiczyć znajomość budowy silnika, ciągle coś w nim rozbierając i na nowo składając.

Inaczej działo się z greką. Owszem, także greka mogła być użyta do lektury tekstów starożytnych, których piękno zapierało dech, lecz nie służyła do rozmów. Grekę się poniekąd oglądało z pewnej odległości, a było na co popatrzeć, bo zachodziły w niej bardzo osobliwe procesy. Greka przypominała ni to ogród zoologiczny, ni to muzeum przyrodnicze, gdzie słowa żyły, mnożyły się i przepoczwarzały jak dziwne zwierzęta z rozmaitych światów i epok jednocześnie, dinozaury obok wiewiórek. No, może przesadziłem. Chodzi o to, że było widać, jakie jest bogactwo form i gatunków, jaki twór z jakiego powstał, co który po którym dziedziczy, jak mogli wyglądać hipotetyczni przodkowie, jak to wszystko mutuje, ewoluuje, rodzi się, ale też wymiera, i dlaczego w końcu dinozaur przekształca się w taką wiewiórkę.

Chyba się to udawało, chyba dobrze było przeżywać to z uczniami, skoro niektórzy są pod wrażeniem do dzisiaj.

Ciąg dalszy – patrz część II

Odmieniec (Tadeusz Bocheński 1895-1962) - fragmenty (II)

 

„Zeszyty Literackie”

nr 41, zima 1993

Co jednak spowodowało, że ich porzucił?

Ależ uciekał od wszystkich! Bał się ludzi. Unikał kontaktu ze światem brudnym jak polityka, a może jeszcze brudniejszym. Szukał pustelni.

W Zakopanem, gdzie się przeniósł zimą 1936-1937, wkrótce po uzyskaniu urlopu, był tragicznym samotnikiem. Ale chciał samotności. Tylko całkiem wyjątkowo przyjmował kogoś w domu. Nie wiem, czy takich wypadków zdarzyło się więcej niż mógłbym wtedy zliczyć na palcach jednej ręki, wciąż jeszcze dość małej.

Wybuchła wojna. Popadł w nędzę.

Właśnie podczas okupacji niemieckiej rozpoczął „odczyty”, zrazu konspiracyjne, bo zbieranie się w kilkanaście osób po domach prywatnych, żeby głośno czytać wiersze, nie było, oczywiście, dozwolone.

Po wojnie skończyła się konspiracja, jednak odczyty w domach prywatnych pozostały. Już legalne, ale w oczach nowej władzy „bezideowe”, więc pozbawione wartości. Oficjalnie nikt nie chciał ich organizować. Stąd wzięła się konieczność własnoręcznie kaligrafowanych ogłoszeń, pluskiewek i słupów.

       Pewna zmiana zaszła dopiero po październiku 1956. Pojawiły się drukowane afisze, salka do dyspozycji w Bibliotece Miejskiej. Także emerytura skromna, lecz regularnie wypłacana. A z czasem wręcz order!

       (…)

Pytanie główne, jaka jest wartość jego twórczości, naprasza się od początku, ale o tym za chwilę. Najpierw skończmy z Zakopanem i Tatrami.

Bo tak go widzą, tak rozumieją, klasyfikują i opisują, jeśli w ogóle ktoś o nim pisze: zawsze na tle gór. Zdaje się, że i pejzaż literacki, w którym go umieszczają, przynajmniej gdy mowa o wczesnym okresie twórczości - spóźniona Młoda Polska, też jest przede wszystkim częścią pejzażu górskiego. No i mieszkał w Zakopanem przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, a już przedtem napisał „Dziennik tatrzański” (prozą) i zawsze poświęcał dużo wierszy obcowaniu z przyrodą górską.

Mniej się wie o Lwowie, gdzie, straciwszy bardzo wcześnie własnego ojca, wychowywany był przez matkę, chodził do gimnazjum i - rzecz ważna: do konserwatorium. Początkowo miał być pianistą, nie poetą. Równie mało słychać o Wiedniu, w którym podczas pierwszej wojny światowej studiował filologię klasyczną, rozpaczliwie się bronił przed poborem do c.k. armii, opanował dobrze język niemiecki, zgromadził całą bibliotekę niemieckich książek oraz poznał pewną niebieskooką pensjonarkę z Podola Zachodniego. Panienka ta, na wszelki wypadek wyprawiona z domu do Wiednia w obawie przed możliwymi gwałtami nadciągających wojsk rosyjskich, miała w przyszłości zostać moją matką.

Pamięta się trochę o Lublinie. Lublin to już Polska, ale wciąż jeszcze młodość, lata dwudzieste. W tych czasach, jak na skalę lubelską, prosperował stosunkowo nieźle, uczył, pracował, coś bądź co bądź wydawał, na krótko stworzył nawet jakąś redakcję, recenzował przedstawienia teatralne, w ogóle działał.

Mało kto wie o Kazimierzu nad Wisłą, a nikt o Radomiu, gdzie w pewnym okresie zaglądał regularnie co sobota, bo znów się tam kochał, i to nie na żarty.

Wreszcie - o Krakowie. Tu, po rozwodzie z pierwszą żoną, ale jeszcze przed ostatecznym wyjazdem do Zakopanego, rozpoczął nowe życie z drugą żoną: tym razem czarnooką nauczycielką radomską, znacznie od niego młodszą i nie pozbawioną oryginalnej urody. Jednak miał z sobą także kogoś trzeciego: pięcioletniego wówczas syna, którego, prawdę mówiąc, wykradł był (wskazane plusquamperfectum) pierwszej żonie, a który w sześćdziesiąt lat później pisze właśnie to, co pisze.

Nie powinno się przesadnie wierzyć w związki ojca z Podhalem, Zakopanem i tradycją młodopolską, jeśli się przez te związki rozumie utożsamienie z lokalnym środowiskiem społecznym, tradycjami kulturalnymi, szczególnie stylami czy zgoła folklorem. W każdym takim wypadku chodzi o związki nieistotne albo pozorne, jak w ogóle we wszelkich przynależnościach ojca do regionów, zbiorowości, instytucji, do tradycji, mód, konwencji i kodów porozumiewawczych, z samym językiem polskim włącznie. Albowiem był to samotnik, egocentryk, autysta i unikat (on sam powiedziałby krótko: odmieniec). Z natury rzeczy nie chciał i nie mógł do niczego przynależeć.

Tak zwana nienormalność sprzyja czasem sztuce, ale na ogół nie ułatwia sukcesów za życia i tylko bardzo rzadko wynagradzana bywa po śmierci.

.

Tadeusz i Maria z Jankowskich Bocheńska - rodzice Jacka Bocheńskiego. Lata 20. XX w.

.

Odmieniec zdawał sobie sprawę ze swego nieprzystosowania do świata, choć uważał je raczej za nieprzystosowanie świata do niego. Wierzył mocno w wyższy sens postawy własnej i w odosobnieniu pokładał nadzieję. Zarazem czuł gorycz z powodu oczywistego faktu, że przez całe życie nie był dostatecznie uznawany. Co prawda, u nielicznych wielbicieli cieszył się respektem jako bez mała geniusz, lecz w opinii innych uchodził tylko za nieznośnego zarozumialca i grafomana.

Miał ogromne trudności wydawnicze. Pierwsze zbiory wierszy ukazały się „nakładem autora”. Potem funduszów zabrakło i po „Mojej kantyczce” (1926) nie wyszło już właściwie nic, jeśli nie liczyć dwóch zeszytów specjalnych Okolicy Poetów (1937 i 1938) poświęconych poezji rzymskiej i greckiej wyłącznie w przekładach ojca.

Publikacji książkowych doczekał się rzeczywiście dopiero po śmierci  - w Wydawnictwie Lubelskim („Smutek triumfalny”, 1971) i krakowskim Wydawnictwie Literackim („Ciemne Smreczyny”, 1985) - co wcale nie znaczy, że doczekał się uznania.

.

Ciąg dalszy – patrz część III

Odmieniec (Tadeusz Bocheński 1895-1962) - fragmenty (III)

 

„Zeszyty Literackie”

nr 41 / zima 1993

Co w ogóle zrobił? Stworzył język?

Opisanie, jak się z nim obchodził, zajmie tu trochę miejsca. Ale już czas, żebym to opisał.

Nie był, broń Boże, Zamenhofem. Używał przecież języka powstałego w naturze, jak najbardziej polskiego. Nie skonstruował samowolnie sztucznego zlepka, nie wymyślił esperanto. Nic w języku nie zrobił samowolnie. Był filologiem klasycznym i językoznawcą typu klasycznego, ze wspaniałej, jeszcze dziewiętnastowiecznej szkoły historyczno-porównawczej. Znał prawa rządzące językiem, które uważał nie tyle może za święte, ile za naturalne, a więc uzasadnione, dobre i właściwe. W twórczości językowej był legalistą, dokonywał jedynie aktów umotywowanych prawami. To różni go w sposób istotny od autorów młodopolskich. (…) Nikt z tamtych wielu przetwórców języka nie stosował się do praw, choćby z tego powodu, że ich nigdy nie wystudiował, jak ten wiedeńsko-zakopiański filolog.

Właściwie to było tak: Spostrzegł w języku, którym powszechnie mówiono i pisano, objaw przypominający niemożność zginania stawów, poruszania wszystkimi pięcioma palcami, i to takimi mniej używanymi, nawet nie u ręki, raczej u nogi. I pomyślał, że to dałoby się rozgimnastykować.

Dlaczego możemy śpiewać jedynie o kimś? A gdyby w tym wyrażeniu odpowiedni człon tak rozruszać, żebyśmy mogli śpiewać kogoś? Bo słowo śpiewać jest do tego zdolne, skoro ogólnie biorąc możemy śpiewać coś, na przykład piosenkę. Słowo jest przechodnie, ale nie dość dzielne, nie w pełni wyzyskuje swoje możliwości, zniedołężniało chyba, zatraciło chwytność, musi się posługiwać protezą przyimkową, tym „o”, bez „o” nie potrafi chwycić przedmiotu, to znaczy tematu śpiewania.

„Kogo śpiewają poeci?” - zapytał (w tytule wiersza).

Ale kiedy już odpowiedział, że „bogów śpiewają wieczystych” (dlaczego bogów, a nie przechodniów, krowę lub samolot, o tym później) i kiedy chciał w opisie dodać, że bogowie mają słońce za twarz, a orkany, czyli huraganowe wiatry, za ramiona, spostrzegł kolejną niesprawność języka i niepotrzebną protezę przy słowie mieć, tym razem w postaci przyimka „za”. Czy nie zdrowiej i prościej, zamiast mieć coś za twarz lub - jeszcze gorzej - mieć coś jako twarz, byłoby mieć coś twarzą? Napisał więc, że bogowie „twarzą mają słońce, a ramionami orkany”.

Co do słownictwa ustaliła się zasada: równouprawnione są wszystkie słowa, bez względu na epokę, zasięg terytorialny ich funkcjonowania i wartość znaczeniową w praktyce języka polskiego, a nawet niezależnie od obecności w spisie słownikowym. Zarejestrowanie w słowniku było pożądanym świadectwem, lecz nieobowiązkowym. Rozstrzygała inna legitymacja: prawowity rodowód oraz rozwój i budowa zgodne z naturą języka. Chodziło nie o to, czy słowo się w języku przyjęło, tylko czy teoretycznie spełnia warunki, by mogło w nim istnieć. Gontyna nie mogła się wylegitymować ani porządną etymologią (kącina?) ani odpowiednią dla polszczyzny postacią fonetyczną.

Na marginesie dodam, że częściowemu ograniczeniu podlegały słowa obcego pochodzenia. Nie powinny były zastępować bez wyraźnej potrzeby słów rodzimych. Niepotrzebne więc były pinezki, skoro w języku polskim istniały i całkiem dobrze sprawowały się pluskiewki. Ta norma nie odbiegała zresztą od zalecanej ogólnie przez językoznawców.

Słowa dawne, zapomniane, regionalne, gwarowe cieszyły się pełnią  praw obywatelskich, podobnie jak neologizmy (nie lubił tego terminu), jeśli tylko zostały utworzone pod względem morfologicznym poprawnie. Współczesne znaczenia słów nie przeszkadzały użyciu tych samych wyrazów w znaczeniu pierwotnym. Wprost przeciwnie. Skojarzenia, które wyraz budzi obecnie, tak samo jak jego konotacje historyczne i w ogóle wszelkie uwikłania frazeologiczne narosłe w języku używanym przez „ogół” („Ach, Norwidzie” […] nie «jak ogół» pisałeś”), były świadomie ignorowane. Dziewczyna, dziewka i dziewica znaczyło to samo, po prostu: dziewa, młoda osoba płci żeńskiej. Żadne względy semantyczne lub estetyczne niczego w tej sprawie nie utrudniały ani nie zabraniały.

       (…)

… stosy (…) przekładów z wielu literatur, od staroindyjskiej ”Rigwedy” po dziewiętnasto- i dwudziestowieczną lirykę ukraińską, nie doczekały się publikacji. Między „Rigwedą” a Ukraińcami są przełożone i nie wydane poezje Greków, Rzymian, Francuzów, Niemców, Włochów. Istnieją tylko w rozsypujących się z wolna rękopisach. Wszelkie znaki wskazują, że na tym się skończy. A chodzi o plon całego życia.

       (…)

.

Mówiąc o tym, świadomie nie robię rozróżnienia między twórczością oryginalną a przekładową. W obu istotny był język. Treść, którą język wyrażał, miała znaczenie drugorzędne. O prawdziwej oryginalności decydowała szczególna poetyka językoznawcza, dominująca jednako nad tekstami autorskimi i pozornie cudzymi. Pozornie, bo wszystkie te hymny „Rigwedy”, bukoliki Teokryta i sonety Heredii napisał po swojemu Tadeusz Bocheński.

Postępując tak wykraczał przeciw kanonowi. W myśl uznanego dziś kanonu jest kardynalnym obowiązkiem tłumacza przekazać styl oryginału, a samemu zniknąć w jego cieniu. Ten tłumacz tak nie robił, co rzucało się natychmiast w oczy pierwszemu lepszemu lektorowi w każdym wydawnictwie. Popełniał więcej rażących błędów, które musiały go dyskwalifikować w oczach wydawców. Wbrew zasadzie, że należy przekładać na język swojej epoki, bo tylko to nadaje przekładom świeżość i „świetność” (wskutek czego tłumacze dzieł klasycznych powinni się co pewien czas zmieniać, jak w biegu sztafetowym), ten tłumacz sprawiał wrażenie człowieka, który o języku swojej epoki w ogóle nie słyszał, a przekłada wszystko na język wszystkich epok albo żadnej.

Był taki naiwny czy tak mądry?

Nie wiem. Przez całe życie skłaniałem się to do jednej, to do drugiej odpowiedzi na to pytanie i wciąż jeszcze nie potrafię zdecydować się na ostateczny wybór.

Pytanie sięga głębiej, daleko poza sztukę przekładu, ociera się o sens i sposób egzystencji człowieka w historii.

Tak jak ojciec pisał, nie rozróżniając między językami epok i nie dbając o skuteczne porozumienie ze współczesnym środowiskiem ludzkim (dlaczego akurat z jakimś jednym?), tak też postrzegał świat i myślał. A właściwie tak żył. Diachronicznie, można by powiedzieć.

Jest to, jeżeli ktoś chce, zabawna cecha starożytników, którzy współistnieją jednocześnie z nami i z Peryklesem. Równie łatwo zresztą z Odysem-Ulissesem lub Afrodytą na przykład. Jest to też, być może, pewien ginący typ kultury, w której poeci raczej „bogów śpiewali wieczystych” niż przechodniów, krowę czy samolot. Śpiewali tych bogów dlatego, że nie odróżniając wprawdzie czasów, realiów i mitów, usiłowali jednak wybierać to, co ważniejsze i wartościowsze.

środa, 11 marca 2009
Książki dzieciństwa

"Dekada Litearcka"
nr 22/23, 1993

       Tomiki były cienkie, oprawne tylko w szorstki papier, rzadziej w karton. Kolorystyka uboga: głównie szarość, ale pamiętam i brudnawą zieleń, także granatowość, w jednym wypadku może ceglastość. Ponadto na okładkach zdarzały się grafiki, które wykonywał w latach dwudziestych pewien lubelski wuj. Niech i on będzie zapamiętany: Bohdan Kelles-Krauze, inżynier architekt, artysta-malarz.

       A więc naga kobieta z rośliną. To była „Olga”. I czarnobiały profil człowieka z dłutem. To był „Rzeźbiarz”. Książki miały takie tytuły. „Dzwony”. Również „Kościół”. Jednak na okładkach „Dzwonów” i „Kościoła” nie było rysunków. Rysunek był na „Hezjodowej Tarczy Heraklesa”. Tam niewątpliwie stał przechylony na bok Herakles, muskularny, z listkiem figowym, stylizowany, czy nie według wzoru… jak go nazywają?… farnezyjskiego? Czy nie oparty lewym ramieniem - o co?  O tarczę?

       Książki znaczyły w domu wiele, więcej od czegokolwiek innego, ale nie to, co na ogół znaczą w domach dzieciństwa. Z książkami działy się jednocześnie rzeczy różne, niezmiernie poważne, patetyczne, tragiczne, skandaliczne, poniżające i tajemnicze. Lecz najistotniejszą rzeczą wśród spraw, które książek dotyczyły, nie było zwyczajne czytanie, a już na pewno nie czytanie książek dla dzieci. Może dlatego, że wszyscy w domu od niepamiętnych czasów umieli czytać.

       Ja nauczyłem się chyba w czwartym, najpóźniej piątym roku życia i w dziwnej pozycji: stojąc na taborecie. Ojciec stawiał mnie w ten sposób naprzeciw siebie, za swym biurkiem podobnym do niskiego sekretarza, krytym, zaopatrzonym w podnośne wieko. Mógł siedzieć sam przy biurku i pisać wiersze, a ja dzięki podwyższeniu, które pozwalało mi umieszczać łokcie na poziomie wieka, też mogłem pod okiem ojca kreślić litery.

.

Czteroletni Jacek Bocheński

       Otóż - powtarzam - nie czytanie książek było najistotniejszą rzeczą, tylko fakt, że książki w domu powstawały, gdyż ojciec je właśnie pisał.

       I zarazem drugi fakt: że umierały jak w obozie zagłady, gdyż ojciec je systematycznie niszczył.

       A w ogóle to one powstawały – można by powiedzieć uczonym językiem - na poziomie ducha, ginęły na poziomie materii. Ja zaś dzięki taboretowi zostałem w to wszystko wciągnięty na poziomie wieka. Czyli alfabetu.

       Tomików oprawnych w szorstki papier, upchanych po szafach i szufladach domowych, było dużo, całe stosy. Musiały długo tak leżeć. Czas ich radosnego wzlotu, zapału i nadziei dawno minął, ja go nigdy nie przeżyłem, ja miałem być już tylko świadkiem czasu zagłady. Częściowo także oprawcą i katem, to znaczy niewinnym, bezwiednym, ślepym narzędziem, a jakże!

       Tomiki były dziełami ojca, które kiedyś wydano i których najwidoczniej nie udało się sprzedać. Nie wiem, czy spoczęły w szafach od razu po wydrukowaniu i nie dotarły w ogóle nigdy do księgarń, czy przynajmniej niektórymi próbował ktoś najpierw handlować, a potem zwrócił ojcu część lub wszystkie. O tym się nie mówiło. Przeszłość tomików była niejasna.

       Ale że książki są towarem, którego nikt nie chce kupić, choć z drugiej strony są skarbem, na którym nie zna się gawiedź bogata, pusta i głupia, to było jasne. To należało do porządku rzeczy, albowiem żyliśmy w kapitalizmie. Nie myślę wprawdzie, żeby on się wtedy tak nazywał. Oczywistości nie potrzebują nazw. Ta oczywistość była odwieczna, przykra, haniebna i normalna jak przeznaczenie.

       Nie pamiętam daty, ale na pewno umiałem już czytać, gdy dostałem do zabawy jakieś przypadkowe, wyjęte z szafy egzemplarze. Ojciec dał mi je osobiście. Nie wiem, kiedy rozpoczął regularne niszczenie swoich tomików poetyckich i innych („Olga” była prozą). Widzę, jak to robi. Bierze „Olgę” w dwie ręce i rozdziera na pół. A potem wyszarpuje poszczególne kartki, zwija w trąbki, lejki czy coś tam i zużywa do bliżej nieokreślonych celów domowych. Ja swoje egzemplarze też dostałem na zniszczenie. Z całą pewnością znalazła się między nimi „Hezjodowa Tarcza Heraklesa”.

       Spróbowałem czytać ten rymowany przekład greckiego poematu przypisywanego Hezjodowi. Nic nie rozumiałem. Ale doskonale słyszałem frapujące dźwięczenie słów. Jakiś Amfitrion szedł do jakiejś Alkmeny, a idąc podsycał w członkach miłosne pożądanie, bo z tą Alkmeną czekało go słodkie obcowanie. Cóż to mogło znaczyć? Wyobraziłem sobie towarzystwo tajemniczych członków, zgromadzone na polach i ochoczo pozdrawiające Amfitriona wzdłuż drogi. Panowała tam przepiękna, bardzo słoneczna pogoda. Zatrzymałem się chyba na drugiej stronicy. To, co z mężczyznami, Amfitrionem i Dzeusem (ojciec przestrzegł pisowni fonetycznej), wyprawiała Alkmena i dlaczego powstał z tego Herakles, było absolutnie ciemną zagadką. Jednak żadna lektura nie wywarła na mnie już nigdy potężniejszego wrażenia.

       Poza asemantyczną muzycznością słów i wizyjnością skojarzeń, które też nie wiadomo co znaczyły, ale dały się swobodnie wydobywać z tekstu i były niezwykłe, „Hezjodowa Tarcza Heraklesa” - na poziomie materii - odsłoniła mi swą marną i przemijającą anatomię fizyczną. Wedle wzoru podpatrzonego u ojca została okrutnie rozdarta na pół. Coś pękło i cichutko zachrzęściło w jej grzbiecie, coś pokruszyło się, posypało, jakiś zaschły klej, zerwały się ścięgna, wysupłały jakieś nitki i zapewne objawił się w samej swej metafizycznej istocie materialny los literatury. To objawienie łącznie z całą resztą doznanych przy okazji wtajemniczeń miało w przyszłości poważnie wpłynąć na moje życie, zajęcia, poglądy i decyzje. Doraźnie natomiast kartki wydarte w „Hezjodowej Tarczy Heraklesa” posłużyły mi, jak sądzę, do zbudowania serii papierowych okręcików.

       Ale nie powinna zostać tu przemilczana jeszcze jedna sprawa. Dlaczego ojciec niszczył swoje książki? Myślę, że zaczął to robić z bardzo prostego powodu. Zajmowały zbyt dużo miejsca w domu. Nie miał ich gdzie trzymać i chciał prawdopodobnie zredukować uciążliwy nadmiar. Tak jednak tylko zaczął, jeśli przypuszczenie jest w ogóle trafne.

       Z biegiem czasu selekcje stawały się częstsze i bezwzględniejsze, a zasięg ich ciągle się zwiększał. „Rzeźbiarz” nie „Rzeźbiarz”, „Kościół” nie „Kościół” - wszystko było rozszarpywane, cięte, miętoszone, szło na podpałkę albo kończyło w klozecie. A ja dojrzewałem i z rosnącą zgrozą patrzyłem na tę masową eksterminację. Aż sam dorosłem do odejścia z domu. Gdy to się stało, straciłem bezpośredni wgląd w dalsze dzieje tomików.

       Długo byłem pewny, że ojciec likwidował druki, a nie idee artystyczne. W moim pojęciu reagował z taką konsekwencją, a może skrytą irytacją, na niepowodzenie rynkowe swych wydań i tylko na niepowodzenie rynkowe, mało mające wspólnego z istotą sztuki, jak mnie sam nauczył. Myślałem mniej więcej tak: chce obniżyć liczbę przechowywanych egzemplarzy do niezbędnego minimum i nie zaprzestanie tej rzezi, póki nie osiągnie pewnego progu. Ale gdzie miał być próg?

       Otóż kiedy ojciec umarł, nie znalazłem w domu ani śladu po starych tomikach. Zniszczył je doszczętnie. Nic nie przekazał bibliotekom. Żadnego z wczesnych druków nie ofiarował za życia mnie. Z wyjątkiem tych, oczywiście, które zużyłem kiedyś na okręciki. Zostawił tylko opracowany w ostatnich latach przed śmiercią manuskrypt, pomyślany jako ostateczna redakcja całego dorobku poetyckiego od początku do końca. Pominął tam wszystkie wiersze z dawnych wydań poza bardzo nielicznymi wyjątkami.

       Zrozumiałem wtedy, że coś, co zdawało się pierwotnie eksterminacją - można powiedzieć - płytką, na poziomie materii, było w rzeczywistości likwidacją głęboką, na poziomie ducha. Książki mojego dzieciństwa wytępił sam autor, mój ojciec, niekoniecznie dlatego, że większości nie mógł sprzedać. Raczej dlatego, że mu się przestały podobać. Nie chciał już, by istniały.

       Niewątpliwie był to główny powód, zgodny z tym, czego nauczył mnie ojciec o istocie sztuki. Świadomość tej istoty uzbraja artystę przeciw różnym siłom, w szczególności dodaje otuchy w obliczu pieniądza i chamskiego kapitalizmu. Nie wiem jednak, czy był to jedyny powód niszczenia książek. Powiem inaczej. Czy bez niepowodzenia rynkowego byłby się ojciec w równie dramatyczny sposób wyrzekł dawnych upodobań estetycznych? Czy materia duchowi nie zadała gwałtu?

       Mimo nauk, jakie pobrałem stojąc jeszcze na taborecie, wciąż niewiele wiem o związkach między poziomami. Nie mam pewności, czy poziomy się gdzieś przecinają, czy nie, a jeśli tak, to czy wpływają na siebie i co z tego wynika.

piątek, 06 marca 2009
Joanna Guze (1917-2009) - pożegnanie

"Zeszyty Literackie"

Nr 105 / wiosna 2009

.

Czytelnikom książek nazwisko to kojarzy się w szczególności z Albertem Camusem. I słusznie. Od chwili, gdy Joanna Guze w roku 1957 objawiła po raz pierwszy swój nieprzeciętny talent tłumaczeniem "Dżumy" Camusa, ten właśnie pisarz pozostał już jej wybrańcem, moralnym autorytetem i bodaj stylistycznym ideałem. Między innymi udostępniła nam w przekładzie polskim jego najważniejsze eseje i rozproszone pisma publicystyczne, a pod koniec życia sama napisała o nim książkę. Oczywiście, było więcej pisarzy francuskich, których przekładała. Uczennica i kontynuatorka dzieła Tadeusza Żeleńskiego-Boya w powojennej Polsce, ogarniała swoim zainteresowaniami spektrum literackie o rozpiętości mieszczącej zarówno Chateaubrianda jak Paula Valéry'ego, ale też Aleksandra Dumasa. O "Trzech muszkieterach" w swoim dorobku przekładowym mówiła tak, jakby się ich wstydziła. Przetłumaczyła na nowo tę popularną powieść, wydawaną od półtora wieku w masowych nakładach, bo musiała z czegoś żyć, a z "Dżumy" czy tym bardziej z esejów filozoficznych Camusa wyżyć się nie dało. Jednak normą intelektualną i artystyczną był dla niej poziom Camusa. Co stało niżej, tolerowała z trudem. Uważała, że zadawanie się z Dumasem wymaga usprawiedliwienia.

.

.

Joanna Guze (1917-2009)

Pamiętam nasze rozmowy na ten i na podobne tematy w domu ZAiKSu w Konstancinie, gdzieśmy często bywali we troje: Joanna, moja zmarła żona i ja. Niezmierna powaga, z jaką Joanna traktowała obowiązek przestrzegania hierarchii w kulturze, nie pospolitowania się w niej z byle kim i byle czym, wydawała mi się przesadnie surowa. Byłbym wyrozumialszy dla rozrywki, lekkich gatunków i prostych umysłów. Ale może jednak Joanna Guze silniej niż ktokolwiek odczuwała, co się święci, i wrażliwiej reagowała. Dziś, gdy dominacja komercyjnej produkcji nad kulturą o wyższych wartościach wpływa coraz wyraźniej na zdziczenie współczesnej cywilizacji, na brutalność życia codziennego czy niezrozumiałe postawy młodzieży, myślę sobie, że Joanna Guze w swoim konsekwentnym, tak ostro manifestowanym rygoryzmie miała rację. Chciała nas zaalarmować.

Była to osoba pełna pasji, lecz bardzo skromna, nie przypisująca sobie samej żadnego szczególnego znaczenia w kulturze. Siebie nie doceniała, przeceniała innych. Nieustannie czekała, pełna wiary i nadziei, żeby ci jacyś inni, więksi i mądrzejsi, godni podziwu i zaufania, poparli Ją w Jej oczywistych przecież ocenach i niepokojach, żeby coś zrobili, jakoś przeciwstawili się codziennemu zastępowaniu wartości lichotą, piękna brzydotą, mądrości głupotą i - rzecz dla Joanny Guze nie najmniej ważna - elegancji prostactwem. Bo uważała, że jedno od drugiego możemy odróżnić, a więc powinniśmy odróżniać. Miała swoje niewzruszone kryteria i zasady, lecz potrzebowała pomocy autorytetów, by się w tej aksjologii z dnia na dzień utwierdzać. A raczej była przekonana, że świat tego potrzebuje i że trzeba to światu zapewnić.

Wszyscy jesteśmy dłużnikami Joanny Guze, ponieważ nie spełniliśmy jej oczekiwań. Świat, który wie swoje, pozostał głuchy na jej wymagania, oburzenia i zachwyty. Natomiast ona dała nam, ile mogła: poza przekładami również oryginalne książki o sztuce, począwszy od opublikowanych w roku 1964 "Impresjonistów".  Przekłady i to, co pisała o malarzach, łącznie dopiero składają się na jej osobowość twórczą. Ale gdy to mówię, czuję, że oprócz twórczości dawała nam coś innego jeszcze.

Kto znał osobiście Joannę Guze, mógł zauważyć, że zawsze przesadzała. Taka była Jej natura. Zawsze więcej - jakiś taki imperatyw rządził Jej charakterem, emocjami i uczynkami. Więcej czego? Zaangażowania. Więcej odpowiedzialności i więcej ekspresji, więcej altruizmu, troski, stanowczości, aprobaty, protestu, oddania, ofiarności, więcej zaangażowania w każdą, Jej zdaniem, godną zaangażowania rzecz. Językiem bardziej staroświeckim można by powiedzieć: więcej serca. I może to jest najwłaściwszy sposób nazwania tego czegoś niezwykłego, co przez 65 lat naszej znajomości wyczuwałem w Joannie, co mnie uderzało, wzruszało, zdumiewało i jakoś nadzwyczajnie zobowiązywało, od kiedy w Lublinie, mając 18 lat i będąc niby początkującym poetą, zostałem zaproszony przez wysoką, zamaszystą brunetkę do jej prywatnego, powiedzmy szumnie, salonu literackiego, aby w towarzystwie kilku pisarzy porozmawiać o literaturze. Oczywiście, Joanna wtedy przesadziła, tak mnie wyróżniając, i potem przesadzała przez całe życie.

A teraz ja, Jej dłużnik, Jej przyjaciel, bliski człowiek, wciąż jeszcze pozostający na tym świecie, dziękuję już tylko za przesadne dary i przepraszam za niedopełnione obowiązki. W imieniu własnym oraz w imieniu wszystkich dłużników, przyjaciół i bliskich ludzi, zasmuconych odejściem Joanny Guze, składam głęboki hołd Jej pamięci.