© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
niedziela, 23 czerwca 2013

 

 

Na 95-lecie ZAiKS-u

(przemówienie wygłoszone 21 czerwca 2013 w siedzibie ZAiKS-u w Warszawie)  

 

 

Panie Ministrze, Szanowni Państwo!

 

W imieniu Rady Stowarzyszenia ZAiKS mam zaszczyt powitać Państwa w naszym domu na tej jubileuszowej uroczystości z okazji 95-lecia naszej organizacji. Witam wszystkich gości, witam serdecznie wszystkie koleżanki i wszystkich  kolegów, członków i przyjaciół ZAiKS-u.

 

Rada Stowarzyszenia, którą reprezentuję, statutowo najwyższa władza ZAiKS-u, pełni w istocie funkcję symboliczną, ale jest to ważny symbol. Rada skupia mianowicie na równych prawach i w jednakowej proporcji przedstawicieli wszystkich rodzajów twórczości zrzeszonych w ZAiKS-ie, niezależnie od liczebności tych twórców w Stowarzyszeniu i dochodowości poszczególnych gatunków. Ten symbol, ta zasada równości i integracji, jest właśnie  najwyższą władzą ZAiKS-u. Dzięki niej ZAiKS od 95 lat istnieje, dzięki niej zdołał przetrwać historyczne kryzysy i - miejmy nadzieję - przetrwa przyszłe, jeśli pozostanie jej wierny.

 

Oglądamy się za siebie w przeszłość ze słuszną satysfakcją.  ZAiKS w swej 95-letniej historii niemało osiągnął. Realnie wspomagał polskich twórców i dobrze zasłużył się polskiej kulturze. Twórcy dobrze zasłużyli się ZAiKS-owi. Przecież to oni swoją twórczością zarabiali wszystkie te pieniądze, które ZAiKS gromadził i które wypłacał. Podziękujmy im za to z okazji tego jubileuszu.  Wielkie uznanie dla wybitnych twórców i zasłużonych działaczy ZAiKS-u znajdzie jeszcze odbicie w programie naszej uroczystości. Jej centralnym punktem będzie wręczenie odznaczeń.

 

Święcimy więc nasz jubileusz w atmosferze dumy i radości. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie zawisły nad twórcami i zapewne nie przestaną im zagrażać w bliskiej przyszłości. Najogólniej mówiąc, jest to przede wszystkim niebezpieczeństwo ograniczania lub wręcz odbierania twórcom praw autorskich w epoce tak zwanych nowych technologii. Godziłoby to nie tylko w interes materialny autorów, ale i w sam fundament nowożytnej kultury europejskiej, jakim była dotychczas indywidualność i suwerenność twórcy wobec własnego dzieła. ZAiKS robi, co może, by tym niebezpiecznym  tendencjom zapobiegać, i czyni to, jak do tej pory, z powodzeniem.  Życzmy sobie,  żeby także w przyszłości czynił to skutecznie.

      

Jako przewodniczący Rady Stowarzyszenia czuję się w obowiązku powiedzieć tu coś jeszcze. Obok wspaniałych sukcesów ZAiKS-u jestem świadom także pewnej bolączki odczuwanej przez wielu naszych członków, zwłaszcza starszych.

 

Ludzie pamiętają, że przez długie lata, jeśli mieli kłopot prawno-autorski z jakąś instytucją, producentem, wydawcą, kimś takim, mogli przyjść do ZAiKSu i uzyskać pomoc lub choćby pożyteczną wskazówkę, co robić. Od kiedy osiemnaście lat temu ZAiKS  stał się organizacją zbiorowego zarządzania, też oczywiście mogą przyjść, ale przeważnie usłyszą, że indywidualnymi sprawami  ZAiKS się nie zajmuje. Wskutek tego znaczna część członków nie czuje więzi z ZAiKS-em i nie sądzi, żeby z przynależności do niego mieli jakiś istotny pożytek. Hojność stypendialna nie jest dostateczną rekompensatą za brak pomocy w trudnościach zawodowych i za odsyłanie zdezorientowanych artystów do kancelarii prawnych czy sądów. A przecież wielu z nich cierpi dotkliwą biedę.   

 

ZAiKS jednak, mimo że obecnie jest organizacją zbiorowego zarządzania, nie przestał być stowarzyszeniem koleżeńskim, utworzonym 95 lat temu.  Oby umiał te dwie właściwości szczęśliwie godzić! Być rodzajem agencji finansowej ze znakomitymi menadżerami, ale i związkiem solidarnej samopomocy zawodowej. Zmuszony jestem  przyznać, że dostatecznego sposobu na to nie udaje się ZAiKS-owi w ostatnich latach znaleźć i  że ja osobiście jako przewodniczący Rady Stowarzyszenia nie odniosłem w tej dziedzinie sukcesów.           

 

Pogratulujmy więc sobie wszystkiego, cośmy przez 95 lat, częściowo w niezmiernie trudnych warunkach, potrafili ocalać, pomnażać, osiągać. Cieszmy się tym dorobkiem i miejmy nadzieję,  że w nowej epoce, pełnej coraz szybszych, zaskakujących przemian, potrafimy wyzwaniom czasu równie dobrze, jak w przeszłości, sprostać. Głęboko w to wierzę.

 

Kłaniam się Państwu i dziękuję.  

14:51, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lutego 2012
Polszczyzna czterech pokoleń

 

 

 

 

Moją osiemdziesięcioletnią polszczyznę uformowały do pewnego stopnia dwa czynniki, częściowo sprzeczne.

 

Po pierwsze, nauka wyniesiona z domu. Mój ojciec, filolog klasyczny i poeta, dziś niemal całkowicie zapomniany, Tadeusz Bocheński, którego pięćdziesięciolecie śmierci przypada w grudniu tego roku, nie uznawał w ogóle pojęcia przestarzałości w języku. Wszystko, co polszczyzna kiedykolwiek wytworzyła, jeśli tylko było tworem etymologicznie i gramatycznie poprawnym, nadawało się, jego zdaniem, do użycia w mowie i literaturze, a cieszyło jak rodowy klejnot, który przecież nigdy nie traci wartości.  

 

Po drugie, moja własna potrzeba zawodowa. Ja z polszczyzny żyję, bo po polsku piszę. Ale żeby to, co piszę, było rozumiane i akceptowane, muszę nasłuchiwać języka kolejnych pokoleń, dziś już czterech. Nie chcę rezygnować z czytelników żadnego pokolenia, zwłaszcza z ludzi młodych, których w miarę upływu czasu relatywnie przybywa, gdy starych z konieczności ubywa, muszę więc poniekąd pisać językiem wszystkich czterech pokoleń naraz. To jest bardzo trudne. Może jednak taki język istnieje, a może nie. Tego chcemy się dowiedzieć od naszej konferencji.  

 

Wpływ doświadczeń historycznych i ustrojowych sprzed roku 1989 na współczesną polszczyznę wydaje się niewielki. Spotykam rzadkie i powierzchowne ślady na ogół tylko w słownictwie. Słyszę na przykład, że Unia Europejska to europejski kołchoz, albo że w telewizji działa  politruk jakiejś partii. Są utrwalone, powszechnie używane rusycyzmy w rodzaju "stan na dzień dzisiejszy" zamiast  po prostu "stan dzisiejszy" czy "jak by nie było" w znaczeniu "jakkolwiek by było" i "bądź co bądź". Ale są też pozytywne skutki, na przykład przyjęta w dość szerokim zakresie zamiana rosyjskiego przymiotnika "sowiecki", uznanego za nacechowany nieprzychylnie wobec Rosji, na nasze rodzime słowo "radziecki" z korzyścią dla polszczyzny. To mi  się podoba.  

 

Czy istotne są różnice pochodzenia, społeczne, geograficzne, wykształcenia ludzi? Moim zdaniem, te relacje wymagają badań, między innymi statystycznych. Odnoszę wrażenie, że różnice pochodzenia, społeczne i geograficzne, chyba stopniowo zanikają i mniej znaczą , jednak slangi młodzieżowe istnieją i z pewnością polszczyzna inteligencji różni się wciąż od języka ludzi niewykształconych.

 

Gdybym miał wymienić grzech językowy z "moich czasów", dziś uznany za normę, wymieniłbym dla przykładu obowiązkową kiedyś, obecnie zarzuconą wymowę Ł przedniojęzykowego, której uczono mnie i aktorów w teatrze. Teraz dziewczyna mówi "miaam gupiego chopaka" i właśnie tak jest "o kej".

 

Co do anglicyzmów, mimo ich zatrzęsienia, szczególnie bym się nimi nie przejmował, póki dotyczą głównie słownictwa, a nie sięgają głębszych struktur językowych. Inwazje obcych słów, łacińskich, niemieckich, francuskich, nawet czeskich, przeżywała polszczyzna kilkakrotnie, i dawała sobie z nimi radę. Większość naleciałości wkrótce odrzucała, część potrafiła przystosować do własnych reguł, również fonetycznych. Niemiecki Schlosser stawał się  ślusarzem, polskim, że aż miło, i funkcjonuje do dzisiaj. Mam nadzieję, że to samo będzie z anglicyzmami. Ale to tylko nadzieja, bo warunki są inne.

       

Kto jest "pokoleniowym" autorytetem językowym? Dla mnie, ale to szczególny przypadek z przyczyny zawodu, moja własna świadomość językowa, zakorzeniona w literaturze ojczystej, słownikach i podsłuchująca żywą mowę ludzką. Dla dziewczyny, która "miaa gupiego chopaka" prawdopodobnie Internet czyli niespotykane w dziejach dobrodziejstwo łatwo dostępnej informacji, tekstów encyklopedycznych, naukowych, literackich, współczesnych i klasycznych, lecz jeszcze łatwiej dostępna komunikacja na prymitywnym poziomie, wulgarny, skrótowy bełkot forów i portali społecznościowych oraz komputerowy slang: z lekka, że tak się wyrażę, podpolszczony, ułomny język angielski.

 

Co może być największym zagrożeniem dla polszczyzny następnych pokoleń, obecnych pięcio-, dziesięciolatków?

 

Brak imponującego wzoru zachowań językowych, które warto byłoby sobie przyswoić, żeby dorównać innym i samemu coś znaczyć. Ogólnie: brak przywołanego przez redaktora Sosnowskiego we wstępie do naszej debaty kanonu kulturowego, nie tylko językowego. By w epoce coraz szybszych i zaskakujących przemian antropologicznych ocalić przyszłość polszczyzny, młodzież musiałaby znaki językowe kanonu kulturowego czytać jakoś tak: kultura sprawia trudności, ale się opłaca, bo pomaga mi wybić się ponad innych.      

 

Żeby nowy kanon w ogóle powstał i pociągnął pokolenie obecnych pięciolatków, kultura nie może reprezentować drugorzędności, upośledzenia i biedy. Trzeba w nią, jak od dawna już mówią pokolenia młodsze od mojego, inwestować, i to czym prędzej, gdzie tylko się da. Inaczej mój następca, obecny pięciolatek, nie napisze po polsku książek, bo polszczyzna przestanie być nadającym się do tego tworzywem, będzie tylko spadać na coraz "gupszy" lewel.    

(wypowiedź przygotowana z okazji debaty "Polszczyzna czterech pokoleń" 21 lutego 2012 w Pałacu Prezydenckim)

 

JACEK BOCHEŃSKI

12:02, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 sierpnia 2011
Nie żyje Lilka Szacka

Zmarła w Berlinie Helena Bohle-Szacka, przez przyjaciół nazywana Lilką, polska plastyczka-graficzka, emigrantka z roku 1968, przez wszystkich, którzy Ją znali, uwielbiana. Malowała i rysowała w nadzwyczaj osobisty, jej tylko właściwy sposób figury geometryczne i drzewa. Wykładała w szkołach artystycznych Łodzi i Berlina, stworzyła u siebie w mieszkaniu berlińskim rodzaj prywatnego ośrodka kultury polskiej, gdzie od końca lat 60. zeszłego wieku spotykali się przybysze z kraju, gościnnie podejmowani, przede wszystkim artyści, pisarze, plastycy, aktorzy, trafiali się filmowcy, muzycy i naukowcy. Z pisarzy za mojej pamięci byli w latach 70. i 80. Zbigniew Herbert, Witold Wirpsza i jego żona Maria Kurecka, Wiktor Woroszylski, Włodzimierz Odojewski, zaznaczyli się jakoś Sławomir Mrożek, Adam Zagajewski oraz Władysław Bartoszewski, ja też należałem do częstych gości Lilki, po raz ostatni w zeszłym roku.

.

.

Była uroczą kobietą z dramatycznym życiorysem, hitlerowskim obozem koncentracyjnym we wczesnej, dziewczęcej młodości,  burzliwymi przejściami w PRL aż do narzuconej emigracji, z przykrymi nieszczęściami osobistymi już po osiedleniu się w Berlinie, a mimo tego wszystkiego ze zdumiewającą pogodą usposobienia, życzliwością dla ludzi, gotowością udzielania pomocy i, co najdziwniejsze, z niekłamaną radością życia, chęcią podróżowania po świecie, żartowania i zabawy.

Zmarła nagle w ostatnią niedzielę (21 sierpnia 2011). Mieszkała samotnie. Znaleziono Ją martwą, siedzącą przy stole nad kolacją, przed włączonym telewizorem. Podobno taką śmiercią, lekką i nieświadomą samej siebie, Bóg nagradza dobrych ludzi.

 .

17:14, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010
Lida

        Lidia i Jacek Bocheńscy, rok 2007
.

Przed dwoma laty umarła Lida Bocheńska. Po nabożeństwie w kościele św. Marcina na Piwnej, żegnałam Ją w imieniu zebranych przyjaciół. Dziś chciałabym powtórzyć te słowa, bo nie potrzebują zmiany. Upłynęło tylko trochę czasu, nic więcej.

Chociaż jesteśmy z Lidą rówieśnicami i żyłyśmy w tym samym mieście nie znałam Jej bliżej w latach, kiedyśmy podejmowały najważniejsze decyzje i projektowały swoje życie. Poznałyśmy się lepiej – a może: zaprzyjaźniłyśmy się serdecznie wiele lat później, w okresie, nazywanym potocznie jesienią życia, okresie, którego się na ogół w młodości nie przewiduje.

Ale to nie była żadna jesień, to było lato, ciepłe i piękne, a szczególne przede wszystkim dlatego, że Lida, choć od dawna bardzo chora, podjęła ryzyko wyjazdu na niemal całkowite odludzie, do miejsca, gdzie nie było lekarza w pobliżu, prawdę mówiąc w pobliżu był tylko wielki las, a jedynym gościem, jaki ją odwiedzał, był mały, żółty lisek. Tam poznawałam z bliska Lidę – osobę niezwykłą tym szczególnym urokiem, który nie bierze się ani z urody – chociaż Lida była śliczna – ani z mądrości – chociaż Lida była mądra – ale z życia, którego fundamentem były dobre, szlachetne uczucia.

O chorobie nigdy się nie mówiło, bo gdzież by tam Lida miała się nad sobą litować... ale mówiło się o książkach, mówiło się o pisaniu i mówiło się o pisarstwie Jacka, kiedy zechciał nam przeczytać kilka kartek z książki, którą właśnie pisze. I patrzyłam na tę wspaniałą żonę pisarza, tak bardzo dumną z niego, ale rzadko mówiącą o tym głośno – i to właśnie chciałabym, żegnając się z Nią, zapamiętać.

I patrzyłam na tę dzielną, zdyscyplinowaną, niedawną konspiratorkę, żonę spiskowca – która nigdy o swoich zasługach dla przybranej ojczyzny nie mówiła, która teraz zwłaszcza, gdy tylu się namnożyło zasłużonych, kwitowała swój udział w tych działaniach milczeniem, a o ryzyku, jakie podejmowała wspólnie z mężem, o ryzyku, jakie podejmowała sama - mówiła z pobłażliwym uśmiechem. I to także pragnęłabym zapamiętać.

Małżeństwo Lidy i Jacka trwało przeszło pięćdziesiąt lat. Nie wszyscy w naszym pokoleniu pogruchotanym wojną i komunizmem mieli takie szczęście. Bardzo niewielu z nas udało się przeżyć całe, dojrzałe życie zachowując przekonanie, że czułość i opiekuńczość drugiego człowieka to najbardziej oczywiste składniki codziennego dnia, nawet po pięćdziesięciu latach. Takie wspaniałe życie przeżyła z Jackiem Lida – i o tym również chciałabym tu powiedzieć.

Wymknęła się cicho, niemal na palcach, jakby nie chciała robić wokół siebie wielkiego zamieszania. Twarda, dzielna, wspaniała. Żadnych mazgajstw. Zostawiła na ostatek, jak dobra gospodyni, dyspozycje: Jacek ma pisać, przyjaciele mają zająć się Jackiem. I tak ma być.

Opiekę nad Nią wziął teraz w ręce ktoś inny. Wierzę najgłębiej, że to nie są chłodne ręce księgowego, ale Tego, co i pierwszemu i ostatniemu ze swoich robotników dał równo, po denarze.

Dziś, po dwóch latach mogę tylko dodać: Śpij, Lido, spokojnie. Jest tak, jak chciałaś.

                                                            ANNA PRZEDPEŁSKA-TRZECIAKOWSKA

14:21, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »
Wspomnienie o Gracji

Los byłby sprawiedliwszy, gdyby o Gracji Kerényi mógł zamiast mnie mówić pewien bardziej powołany do tego pisarz polski, który w jej życiu i studiach literackich odegrał ważniejszą rolę. Myślę o Mironie Białoszewskim, poecie, prozaiku, twórcy oryginalnego języka poetyckiego i oryginalnego, własnego teatru. A na pewno znalazłoby się oprócz niego jeszcze kilku innych kandydatów do zabrania tu głosu, szczególnie godnych. Przychodzi mi na myśl co najmniej dwóch. Niestety, przemówić do nas nie mogą, bo już nie żyją. Nie żyje zaprzyjaźniony kiedyś blisko z Gracją Wiktor Woroszylski, który w swoim czasie bardzo ciepło o niej pisał. Nie żyje Artur Międzyrzecki, z którym Gracja przez lata regularnie współpracowała, służąc mu między innymi inspiracją i pomocą w tłumaczeniu poetów węgierskich na język polski. Ale przede wszystkim nie żyje ten wymieniony na początku, zupełnie wyjątkowy dla Gracji autor polski, do pewnego stopnia jej mistrz, przyjaciel i temat pracy doktorskiej: Miron Białoszewski.

O Mironie Białoszewskim napisała po polsku książkę. Ściślej biorąc, była to monografia o stworzonym przez Bialoszewskiego i czynnym przez dłuższy czas tylko u niego w domu, niezwykłym teatrze, dla którego zrazu sam pisał sztuki i w którym występował osobiście jako aktor przed wtajemniczoną publicznością. Teatr istniał w latach 1955-1963. O tym ciekawym zjawisku w kulturze polskiej Gracja napisała książkę pod koniec lat 60.

Pamiętam, że długo nie mogła się zdecydować, jak ją zatytułować, bo chciała już samym tytułem odzwierciedlić niezwykłość artystyczną teatru. W końcu wybrała określenie trochę dziwne i zarazem proste, jak wszystko, co tworzył Białoszewski: "Odtańcowywanie poezji". Można wyczuć w tym wyrażeniu, dalekim od konwencjonalnej polszczyzny, styl językowy Białoszewskiego. Sądzę, że wymyślili tytuł wspólnie, bo pracowali nad książką razem, a zapis komentarzy i najrozmaitszych wypowiedzi poety zajmuje w tekście Gracji pokaźne miejsce obok jej własnych, wnikliwych analiz.

Dzięki tej pracy doszło do dwóch rzeczy. Po pierwsze, Gracja uzyskała w roku 1973 doktorat z filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Po drugie, ja mogłem się upewnić w sprawie bardzo ważnej dla mnie osobiście. Jakiej, za chwilę powiem. Ale najpierw jeszcze kilka słów o doktoracie i książce.

Mam w domu fotografie z uroczystości nadania Gracji tego doktoratu. Gracja występuje tam, jak każe akademicki rytuał, w birecie i czarnej todze. Miron Białoszewski jest wśród gości. Ja z żoną też byłem zaproszony na uroczystość, a fotografie dostaliśmy potem od Gracji. Przede wszystkim jednak dostaliśmy książkę z dedykacją: "Dla Lidii i Jacka na pamiątkę moich lat «odtańcowywanych» w Warszawie - maj 1973 - Gracja". Znamienne jest powtórzenie słowa "odtańcowywać" w dedykacji. Gracja wpisała też własnoręcznie do książki pewne uzupełnienia. Jedno takie wpisane zdanie, najwyraźniej usunięte przedtem z druku przez cenzurę, zacytuję.

W tekście wydrukowanym mówi się o przedstawieniach teatru Białoszewskiego z października 1956 i stycznia 1957. Jest informacja, że za wejście do teatru widzowie nigdy nie płacili. Otóż "ostatnie dwa przedstawienia - dodaje Gracja w swoim odręcznym wpisie - nazywali «węgierskimi», bo wtedy na rzecz poszkodowanych przez wypadki październikowe Węgrów publiczność kupowała bilety wstępu po 25 złotych". Chodziło o zamanifestowanie solidarności z powstaniem węgierskim i pomoc materialną dla ofiar interwencji.

Gdy Gracja dedykowała mi książkę o Białoszewskim, przyjaźniliśmy się już mniej więcej od dziesięciu lat. A początek naszej przyjaźni był taki: Pewnego dnia w Warszawie - był to prawdopodobnie rok 1963 - dostałem list z Budapesztu od nieznajomej osoby. Znane było mi wprawdzie nazwisko, ale nie tej osoby, tylko wybitnego uczonego węgierskiego, filologa klasycznego, badacza kultury starożytnej, Karola Kerényi'ego, miedzy innymi korespondenta i doradcy Tomasza Manna w dziedzinie religioznawstwa i mitologii. Okazało się, że pisze do mnie po polsku jego córka, bo przetłumaczyła właśnie na język węgierski moją książkę o Juliuszu Cezarze, a wybiera się wkrótce do Warszawy i, jeśli to możliwe, chciałaby ze mną o kilku sprawach porozmawiać.     

Podczas spotkania, do którego niebawem doszło u nas w domu, moja żona i ja poznaliśmy uroczą panią o wielkich, niebieskich oczach i usłyszeliśmy w zarysie historię jej życia. Aresztowana przez Gestapo jako siedemnastoletnia dziewczyna podczas drugiej wojny światowej, zetknęła się w obozie koncentracyjnym z polskimi więźniarkami. Taki był jej pierwszy kontakt z językiem polskim. Potem opanowała go do tego stopnia, że nie tylko nauczyła się sama mówić i pisać po polsku, ale została bodaj najznakomitszą w tamtych czasach tłumaczką polskiej literatury pięknej na język węgierski. Że jednak jest tak świetna w pisarskiej pracy przekładowej, nie mogliśmy wtedy jeszcze wiedzieć, bo nie mieliśmy skąd. Mnie ucieszyło na razie coś innego: Gracja, córka Kerényi'ego, też była z wykształcenia filologiem klasycznym. Trafiła mi się więc tłumaczka rozumiejąca świat starożytny, który opisywałem. A dobre rozumienie świata opisywanego przez autora to wielki walor, nie zdarzający się u każdego tłumacza.

W chwili, gdy Gracja odwiedzała nas po raz pierwszy w Warszawie, miała już właściwie gotowy przekład mojego "Boskiego Juliusza" i tylko kilka niejasności językowych do uzgodnienia oraz jedną pretensję do autora - powiedziałbym - metafizyczną. Była osobą wierzącą, a ja, jej zdaniem, nie dość głęboko potraktowałem w zakończeniu książki problem nieśmiertelności duszy. Podyskutowaliśmy o tym przez chwilę i jakoś przypadliśmy sobie do gustu na resztę życia. 

Ja po pewnym czasie napisałem drugi tom przyszłej trylogii rzymskiej. Zorientowana w moich pracach literackich Gracja czekała na tę powieść o Owidiuszu (pod polskim tytułem Nazo poeta) i wkrótce przełożyła dla wydawnictwa Europa także tę książkę, niewątpliwie trudną w tłumaczeniu ze względu na rytm i miejscami poetycki styl. Niestety, wciąż nie mogłem ocenić wartości artystycznej przekładów Gracji, bo nie rozumiałem z nich, oczywiście, ani słowa. Ale dobrze już wiedziałem, że Gracja jest nie tylko filologiem klasycznym i tłumaczką z polskiego, lecz także poetką węgierską. Poznałem jej upodobania i wrażliwość estetyczną. Często bywała teraz w Polsce, przemieszkiwała długo w Warszawie, a więc odwiedzaliśmy się w naszych domach, rozmawiali godzinami o literaturze, a także o polityce, ludziach i - rzecz szczególna - o astrologii. To był stały temat Gracji.

Tymczasem zacząłem spotykać nie tylko w Polsce Węgrów, którzy czytali moje książki w swoim języku i byli pod ich wrażeniem, a skoro tak, musiały być dobrze napisane po węgiersku. O takim wrażeniu opowiadał mi na przykład znakomity pisarz Miklós Mészöly, z którym  poznaliśmy się przygodnie w Niemczech. Po chwili rozmowy rozjaśniła się jego pochmurna na ogół twarz, gdy skojarzył mnie ze znanymi mu rzymskimi powieściami w przekładach Gracji. Moja twarz też się zresztą rozjaśniła na wspomnienie jego czytanego nieco wcześniej Saula z Tarsu.      

Ostatecznie upewniłem się co do talentu translatorskiego Gracji, czyli co do tej szczególnie ważnej dla mnie osobiście sprawy, o której obiecałem jeszcze coś powiedzieć, dzięki książce Gracji o Białoszewskim. Zrozumiałem dzięki temu "odtańcowywaniu" nie tyle przez Białoszewskiego, ile przez Grację, jego "poezji", dlaczego u Gracji możliwy jest ponadprzeciętny poziom sztuki przekładowej. Ktoś, kto miał tak subtelne ucho na język, kto potrafił język tak analizować i miał dla oryginału językowego taki szacunek, jaki okazywała Gracja Białoszewskiemu, mógł być nadzwyczajnym tłumaczem.

Ale uderzało mnie w tym wszystkim coś dziwnego. Język polski, którym Gracja z nami mówiła, był spontaniczny, bogaty pod względem słownikowym, absolutnie naturalny, szybki i swobodny, a zarazem zdumiewająco niestaranny, jakby Gracja, filolog klasyczny i doktor filologii polskiej, nie chciała nic wiedzieć o istnieniu gramatyki. Dam drastyczny przykład. Córka Karola Kerényi'ego wiedziała przecież na pewno, że Wenus jest rodzaju żeńskiego. Jednak przedstawiając nam swoje horoskopy astrologiczne mówiła uporczywie "ten Wenus", jakby mówiła po polsku "ten Prus", "ten obrus" albo "ten garbus". Gracja czuła, że polszczyzna chce rodzaju męskiego dla rzeczowników kończących się na us. Co z tego, że chodzi o boginię czy planetę i że my mówimy inaczej! Ona będzie mówić "ten Wenus", bo tak czuje po polsku, tak też "odtańcowuje" po polsku swoja astrologię, i już.

Takie nastawienie do języka powodować mogło humorystyczne skutki w życiu towarzyskim cudzoziemki, a z drugiej strony wspaniałe efekty w dokonywanych przez nią przekładach literackich na jej ojczysty język, z którym była od dzieciństwa dostatecznie głęboko zżyta, by na gruncie swojego języka nie posuwać się za daleko w odstępstwach od normy, lecz zarazem nie popadać w oschły szablon. Nie mam na to żadnych dowodów, jednak przypuszczam, że coś takiego mogło decydować o znakomitości artystycznej jej tłumaczeń i na przykład umożliwić moim książkom dobre przyjęcie na Węgrzech.

Niestety Gracja nie przełoży już na węgierski Tyberiusza Cezara , trzeciego tomu, zamykającego całą moją trylogię  rzymską, bo się z tym zakończeniem spóźniłem. Trzeci tom wyszedł w Polsce rok temu i nie wiem, czy w ogóle ktoś go kiedyś wyda po węgiersku. A w Gracji byłbym miał wyjątkową tłumaczkę z jeszcze jednego, szczególnego powodu. Jest w Tyberiuszu Cezarze rozległy wątek astrologiczny: główny bohater interesuje się astrologią, uprawia, można powiedzieć, politykę astrologiczną, przez długie lata współpracuje z astrologiem i jednocześnie filozofem, Trazyllusem. Ach, jak byłaby mi się Gracja przydała już w tym czasie, gdy książkę pisałem! Korzystałem, co prawda, w Polsce z doradztwa pewnej uczonej w tej dziedzinie pani profesor, ale nie znającej się na starożytności, gdy tymczasem Gracja łączyła wiedzę o astrologii z wiedzą o antyku. I nie wątpię, że byłaby moją zapaloną konsultantką.

Jej przedwczesna śmierć sprawiła, że do tak specjalistycznej współpracy nie doszło, a z kolei mój wkład w studia astrologiczne Gracji ograniczył się do spełnienia jednej prośby, z jaką się do mnie kiedyś zwróciła, mianowicie żebym będąc w Wiedniu kupił przy okazji jakieś potrzebne jej pisma z tego zakresu i przywiózł. Oczywiście to zrobiłem. Różne usługi świadczyli sobie w tamtych czasach ludzie z tzw. krajów socjalistycznych, jeśli komuś udało się dostać paszport i wyjechać za granicę.

Astrologię Gracji można uważać jedynie za rozrywkowe hobby, ale w rzeczywistości sprawa była bardziej złożona, prawdopodobnie głębsza. W pewnej rozmowie powiedziała mi, że zainteresowanie układem gwiazd na niebie zaczęło się u niej podczas pobytu w obozie, gdy uwięziona z tłumem wycieńczonych kobiet szukała nadziei patrząc w niebo i wszelkimi sposobami usiłowała się dowiedzieć, co ją czeka. Miało to, moim zdaniem, związek z religijnością Gracji, potrzebą czegoś transcendentnego, doznaną najdobitniej też, być może, w Auschwitz, i nieśmiertelnością duszy, o którą Gracja przyjechała do Warszawy pospierać się ze mną na początek naszej wieloletniej przyjaźni.

JACEK BOCHEŃSKI

 

14:19, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009
Nad grobem Marka Edelmana

Jak mówić nad tym grobem?

Wobec śmierci Marka Edelmana nie ma odpowiednich słów, należałoby milczeć. Zmarł człowiek, który wszystkiego o śmierci dowiedział się za życia. Znał śmierć z doświadczenia, umiał ze śmiercią walczyć i umiał o niej mówić. Ja nie umiem. Ta naturalna umiejętność mówienia o śmierci uderzała mnie chyba najbardziej spośród wielu niezwykłych zdolności Marka Edelmana. To co mówił było proste, trzeźwe, uniwersalne i jakieś takie, że mróz chodził po plecach. To była mądrość, za którą kryło się doświadczenie ludobójstwa, doświadczenie tropionej ofiary, powstańca i żołnierza, a zarazem doświadczenie lekarza w zakresie biologicznym. Znał śmierć od różnych stron, obcował z nią przez całe życie i wiedział, jak ją traktować. Wiedział zwłaszcza, jak to jest, gdy z konieczności trzeba przed śmiercią kapitulować, albo, co gorsza, gdy trzeba kogoś ocalać, a kogoś innego poświęcić, gdy trzeba w przerażających sytuacjach moralnych dokonać wyboru. Sam takich wyborów dokonywał i wielokrotnie mówił o tym i pisał. Chyba o ten mus dokonywania potwornych wyborów, bardziej nawet niż o sam Holocaust, miał pretensję do niemieckich katów i do Boga. Cóż więc ja mogę Mu jeszcze nad grobem powiedzieć? Naprawdę lepiej byłoby milczeć.

.

.

Ale mam wobec Marka Edelmana pewien osobisty dług wdzięczności i może już tylko o tym długu powiem.

Był rok 1983, stan wojenny, zmarł pisarz Jerzy Andrzejewski, a ja tak jak dziś tutaj, poproszony przez przyjaciół, w tłumie ludzi mówiłem coś nad trumną pod czujnym okiem agentów SB. W istocie przez cały czas niepokoiłem się o zdrowie swojej pozostawionej w domu żony, której stan właśnie się pogorszył, a choroba wciąż nie była przez lekarzy rozpoznana. Po pogrzebie ktoś bliski doradził mi: "Tam stoi Marek Edelman. Podejdź do niego i poproś. Może on by ją zbadał?" Podszedłem, poprosiłem, zgodził się. Pojechał ze mną do naszego domu, ale nie miał nawet słuchawek, przyłożył ucho do pleców chorej. I zdecydował: "Nie ma na co czekać, zabieram ją do swojego szpitala w Łodzi. To może być rzecz poważna". Jak się wkrótce okazało, była to choroba śmiertelna, ale mówiąc językiem lekarskim, jeszcze operacyjna. Marek uratował mojej żonie życie w ostatniej chwili. Przedłużył je o 25 lat. Gdy w zeszłym roku umierała, sam już bardzo słaby dzwonił do mnie dwa razy dziennie i usiłował pomóc. Tym razem, niestety, nie mógł.

Tu kończę. I to jest też ostatnie moje słowo na pogrzebach. Nie chcę w przyszłości mówić na niczyim. Uważam, że temat został wyczerpany.

JACEK BOCHEŃSKI

Cmentarz Żydowski - Warszawa, 9 października 2009 r.

© Fot. Mariusz Kubik

.

.

20:45, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 sierpnia 2009
Nad trumną Leszka Kołakowskiego

Jestem bardzo wzruszony i bardzo zaszczycony. Poprosiła mnie Tamara, wdowa po Leszku Kołakowskim, żebym przemówił w imieniu przyjaciół. Uczyniła tak prawdopodobnie z jednego, zrozumiałego powodu: należę do nielicznej już garstki ludzi najstarszych, mogących powiedzieć, że dzielili ze Zmarłym jego młodość. Jednak przyjaciół miał i ma Leszek Kołakowski wielu. Nie ośmielę się występować w imieniu wszystkich. Ograniczę się do kategorii przyjaciół w pewnym znaczeniu, mianowicie tych, których On w jakiś specyficzny sposób do swojego życia zaprosił, zarówno starych jak młodych, znanych i nieznanych. Innymi słowy, mówiąc "przyjaciele", będę miał na myśli osoby, które w różnych momentach historycznych wsłuchały się w to, co mówił, spostrzegły, jak się zachowywał, i poszły albo przynajmniej usiłowały pójść za nim, jego drogą, a które pewnie czują, że część ich własnego życia, ich własne decyzje i losy ułożyłyby się może inaczej, gdyby Leszka Kołakowskiego nie było.

Trudno wiedzieć, ilu jednostek to dotyczy, ale też trudno przecenić wyjątkowy wpływ tego jednego, niezwykłego człowieka na wielu innych ludzi, niekiedy bardzo wybitnych, w konsekwencji zaś jego wpływ na bieg procesów historycznych drugiej połowy dwudziestego wieku w Polsce i na świecie. Niewątpliwie przyczynił się do tych procesów, niektóre wręcz zapoczątkował.

A przecież nie był żadnym autorytetem formalnym, przywódcą, prawodawcą, hierarchą jakiegoś obrządku, urzędowym potentatem, był tylko filozofem, pisarzem, obywatelem. Powiedziałbym, że skupił w sobie doświadczenie i zrozumienie diabelstwa epoki, nie pozostawiając wątpliwości, że diabelstwo jest diabelstwem, lecz i zwracając uwagę na inne, głębsze pytanie, czy diabeł może być zbawiony. Jeśli się nie mylę, nigdy nam wprost nie mówił, co mamy robić. Raz, podczas jakiegoś spaceru, chyba już w Oxfordzie, niebacznie go o to, wspartego na lasce, zapytałem: „No to co mamy robić?". Zdawał się zdziwiony i nic nie odpowiedział. Oczywiście, mieliśmy wiedzieć i decydować sami.

Dlaczego więc my, przyjaciele, w tajemniczy sposób do jego życia zaproszeni, słuchaliśmy Leszka Kołakowskiego? Bo był mądrzejszy? Oczywiście, lecz może przede wszystkim dlatego, że był zawsze autentyczny, zawsze wiarygodny we wszelkich swoich wypowiedziach i uczynkach. Czuliśmy się tą wiarygodnością zobowiązani, zechcieliśmy w niej i my na miarę naszych sił uczestniczyć. To nas połączyło.

Gdy odszedł, jest tak, jakby z nas samych coś wyrwano. Szukamy tego czegoś jak kawałka własnego ciała. Nie znajdujemy, czujemy tylko ból. Ból wspólny z Tobą, Tamaro, i Twoją córką Agnieszką.

JACEK BOCHEŃSKI

Tekst ukazał się także w "Gazecie Wyborczej", 30 lipca 2009 r.
18:09, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 kwietnia 2009
Skok z ósmego piętra

[Fragmenty książki „Kaprysy starszego pana”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004]

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych wyjechałem z Polski do Włoch.

Opuszczałem wtedy Polskę komunistyczną, skorumpowaną, pogodzoną z losem i senną, którą rządził wielkodusznie Pierwszy Sekretarz Gierek.  Po latach miało wielu wspominać jego rządy z nostalgią jako czasy pomyślności i spokoju. Pierwszy Sekretarz Gierek zrezygnował z opierania władzy głównie na ideologii komunistycznej i represjach. Zachował cenzurę, ponieważ tego wymagał Breżniew i nie można było inaczej (notabene, z podobnego powodu w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych Pierwszy Sekretarz Jaruzelski ogłosić miał  w Polsce stan wojenny i pewnej nocy internować mnie też wielkodusznie i na krótko, zamiast rozstrzelać). Gierek jednak pokładał główną nadzieję nie w cenzurze, lecz w rozmowie na migi z przekupnym ludem czyli z biedną i żądną konsumpcji masą frustratów. Zdawał się mówić do nich: Myślcie co chcecie, bylebyście trzymali język za zębami. Będzie wam wolno kraść, bylebyście kradli po cichu, i już wasza w tym głowa, co kto ukradnie, jak, a zwłaszcza z kim do spółki. Takie stosunki społeczne panowały, gdy wyjeżdżałem do Włoch. W kilka lat później Gierek upadł, ale jego pionierskie zasady przeszły zwycięsko próbę czasu. Proces transformacji od komunizmu do kapitalizmu rozpoczął w Polsce Gierek.

W demokratycznych, skorumpowanych i wiecznie podekscytowanych Włoszech działał terror, co mnie zdumiało. Tamtejszą ewolucję od pospolitego bandytyzmu do terroryzmu rozpoczęli porywacze ludzi.

Do redakcji pewnej gazety rzymskiej nadszedł list od bandytów. Z koperty wypadło obcięte ucho szesnastolatka, za którego nie zechciała wpłacić okupu jego bogata rodzina. Będziemy ciąć chłopca po kawałku, aż do skutku, grozili w liście porywacze.  Gazeta miała bombowy materiał i podwyższony nakład przez wiele tygodni. Wszystkie media prześcigały się w eksploatacji tak atrakcyjnego tematu.

Zrobiłem odkrycie. Bandytyzm był potrzebny mediom, bo na nim zarabiały. Media były potrzebne bandytom, bo tylko dzięki mediom ludzie mogli się dowiedzieć o żądaniach, groźbach, szantażach gangsterów i nalegać na ustąpienie przed nimi. Terror bez informacji i roztrzęsionej opinii publicznej nie działał.

Od przestępców pospolitych przejęli metodę porwań i współpracy z mediami włoscy terroryści polityczni lat siedemdziesiątych. Użyli jej do swoich celów, czyli do wojny klasowej z burżuazyjnym państwem, jak to nazywali. Komunistyczne „Czerwone Brygady” nie porywały dzieci, lecz polityków, aby w imieniu ludu wymierzać im sprawiedliwość.

W komunistycznej Polsce nie istnieli terroryści poza „nieznanymi sprawcami”, działającymi w pewnych wypadkach tajnie z polecenia władz. Gdyby w Polsce powstały mimo wszystko prawdziwe brygady terrorystyczne, nie zdołałyby uprowadzić, zamknąć w „ludowym więzieniu” i poddać samosądowi żadnego komunistycznego polityka. Ale gdyby im się to nawet jakimś cudem udało, lud nie miałby zielonego pojęcia o takich rozprawach, bo kontrolowane media milczałyby o nich jak zaklęte. Terroryzm rozwijać się może tylko w warunkach demokracji i wolności słowa, wśród łaknących sensacji mediów oraz lęków i spazmów znerwicowanego społeczeństwa.

Pewnej zimowej nocy w Rzymie, jednej z tych, kiedy bezsenność i samotność sprawiają, że w głowie zapala się złe światło i człowiek widzi przeraźliwe oczywistości, zobaczyłem nagle, gdzie jestem. Poczułem, że na bezdrożu. Byłem w dzielnicy Appio, na ósmym piętrze swego domu, zawieszony w sytuacji bez wyjścia. Blisko przed sobą miałem wolny świat, rejwach wolnych opinii, interesów, przestępczości i terroru. Daleko za sobą senny, pożal się Boże, komunizm głuchoniemych Polaków pod rządami Gierka. Co wybrać? Nie nadawało się do przyjęcia ani pierwsze, ani drugie, chociaż drugie było moje. Do drugiego należałem.

Tej nocy w Rzymie odbiła mi szajba. Tak Polacy mówili w tamtych latach: odbiła mu szajba. Dziś powiedzieliby, że świrowałem. Podszedłem do okna.  Chciałem  wybrać nie kapitalizm,  nie komunizm, lecz  coś trzeciego: samobójstwo.  Ale wychyliwszy się, poleżałem tylko chwilę na parapecie i rozmyśliłem się, naturalnie. Odłożyłem spełnienie zamiaru na kiedy indziej. Wróciłem po omacku do łóżka, a pół roku później do komunistycznej Polski. Tu napisałem książkę o gwałcie i bezsilności demokracji we Włoszech. Nikt nie rozumiał w jakim celu.

Jednak moja opowieść zaniepokoiła cenzorów, którzy prawdopodobnie zwietrzyli jakiś tajemniczy, ukryty w niej podstęp, bo próba druku „Krwawych specjałów włoskich” napotkała mnóstwo trudności. Żądano usuwania z tekstu rozdziałów, zdań i pojedynczych słów. W przypływie desperacji i szału sam zrezygnowałem z publikowania książki, nim jeszcze objęty zostałem karnym zakazem publikowania czegokolwiek.

A zaczęła się już druga połowa lat siedemdziesiątych. Wykonałem wreszcie swój samobójczy skok: przystąpiłem z kilkorgiem przyjaciół do tworzenia „Zapisu”, czasopisma literackiego, drukowanego w podziemiu na powielaczach.  Skok był samobójczy nie ze względu na represje grożące w państwie Pierwszego Sekretarza, lecz na zgubne skutki przyszłej wolności słowa, znane mi z Włoch. Wielkoduszny Pierwszy Sekretarz wszczął represje, lecz bardzo łagodne, choć zależało mu niewątpliwie na utrzymaniu języków za zębami. Tymczasem „Zapis” miał rozwiązywać języki. Czy Gierek nie wiedział, że skromny „Zapis” był początkiem jego upadku? Ale czy ja nie wiedziałem, że mojego też?

JACEK BOCHEŃSKI

 

16:45, jacekbochenski , Inne teksty
Link Dodaj komentarz »