© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
wtorek, 02 sierpnia 2016
DEGO DEGO



Konstancin. Mój osobisty real. Poszedłem na targ po owoce, bo tam podobno w dzień  targowy rolnicy przywożą świeże prosto ze swoich sadów. Minąłem eleganckie oczko wodne z pluszczącą fontanną pośrodku. Na ławce siedziały dwie starsze kobiety. Doleciał  mi do ucha głos jednej:

- Młode to chcą mieć złote, nie takie dziadostwo.                       

O cokolwiek chodziło, zamyśliłem się. Minąłem te kobiety i od razu wszedłem na prymitywny plac, wykładany częściowo wielkimi płytami betonowymi z czasów budownictwa socjalistycznego w PRL, częściowo kawałkami ówczesnych płyt chodnikowych, doszczętnie pogruchotanych, głównie jednak wysypany żwirem, piaskiem lub niczym. To był targ.

Na straganach biustonosze i sztućce, pieczywo  i koszule męskie, kapcie i akwarele. Obszedłem całe targowisko, spodobały mi się śliwki, ale kupiłem pół kilo czereśni, bo zobaczyłem, że jeszcze są.

Gdy opuszczałem targ innym wyjściem, z daleka już  doleciał mnie znowu głos. Błagalny, męski:

- Dego dego dego deg!

Na wózku inwalidzkim siedział niepełnosprawny mężczyzna w średnim wieku, trzymał na kolanach plastikowy talerzyk z kilkoma drobnymi  monetami i powtarzał to jedno tonem żałosnej prośby:

- Dego dego dego deg!  Dego dego dego deg!

Miałem dwa złote reszty wydanej mi przy zakupie czereśni. Trafiłem na nie gmerając palcami w kieszeni, wyjąłem i umieściłem na plastikowym talerzyku niepełnosprawnego mężczyzny. Odpowiedział mi zmienionym głosem, wyraźnie szybszym, ucieszonym i dziękczynnym:    

- Dego dego dego deg!  Dego dego dego deg!  Dego dego dego deg!

Uświadomiłem sobie, że nic innego powiedzieć nie może i że jego niepełnosprawność jest nie tylko ruchowa, ale polega też na ułomności mowy. A on ciągle jeszcze mi dziękował:

- Dego dego dego deg!! Dego dego dego deg!!

Chciałem dać znać, że wystarczy już tych podziękowań, że je przyjąłem i też mu dziękuję. Położyłem przyjaznym gestem rękę na jego barku. Wydał z siebie jeszcze inne, teraz absolutnie euforyczne "dego dego dego deg!!!". Zanim zorientowałem się, co robi, chwycił tę moją rękę i pocałował.     

- Dego dego dego deg!!!  Dego dego dego deg!!! Dego dego dego deg!!! - wołał. Wpadł jakby w ekstazę.

Zrozumiałem, że wcale nie pieniądze były tym, czego najbardziej potrzebował. Najbardziej potrzebował dotknięcia.

Czereśnie, gdy ich skosztowałem,  okazały się niesmaczne.     
 




 

21:18, jacekbochenski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 września 2015
AKTUALNOŚCI: wrzesień 2015 r.

 

Prawo do kultury


Z inicjatywy  Sejmowej  Komisji Kultury i Środków Przekazu odbyła się 24
września w Sejmie debata publiczna  "Prawo do kultury". Zaproszony gość,
Jacek Bocheński, mówił m.in. o realizowanym faktycznie prawie do braku
kultury w życiu prywatnym, polityce, mediach, Internecie, o "prawie do
grubiaństwa, lżenia i szczucia, mylonym  z demokracją i wolnością słowa",
także o "prawie do sobkostwa", które bywa mylone z liberalizmem.  Udało się
zrealizować "prawo do barbarzyństwa". Widzimy  to w kampanii wyborczej i
ostatnio w związku z uchodźcami. Ludzie czerpiący w walce politycznej
korzyść z  braku  kultury chcą w ten sposób robić  polityczne kariery.
"Życie pod  rządami takich ludzi będzie piekłem" zakończył Bocheński. 

 


 

12:42, jacekbochenski , Aktualności
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 sierpnia 2015
AKTUALNOŚCI: sierpień 2015 r.

 

 

21 sierpniaJacek Bocheńskiwystąpił na antenie Radia TOK FM  wraz z Haliną Bortnowską,  profesorem Michałem Kleiberemn  i prowadzącym audycję Stefanem Bratkowskik jako uczestnik rozmowy "o przyzwoitości ".

12:06, jacekbochenski , Aktualności
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 lipca 2015
AKTUALNOŚCI: lipiec 2015 r.

Podziękowanie

 

W związku z 89 rocznicą urodzinJacek Bocheńskinapisał na Facebooku:

 

DZIĘKUJJĘ

Drodzy Przyjaciele, Szanowni Znajomi z Facebooka,  Wszyscy Mili Ludzie! Nawet nie wiecie, jak jesteście mili. Serdecznie dziękuję Wam za to, że wyraziliście dobre uczucia i złożyli mi życzenia z  okazji kolejnych urodzin.  A było już tych urodzin tyle, że stały  się chyba  okropnie nudne. Dlatego jestem głęboko  wdzięcznym wszystkim osobom , które niczym nie zrażone objawiły pragnienie , żebym to nudziarstwo powtarzał w zdrowiu i nieustającej młodości do stu lat i dłużej. Ale szczególnie wdzięczny jestem tym, którzy dołączyli  pochwałę lub słowa otuchy, nawet inspiracji na te dalsze młode lata, jak między innymi lektor moich książekTomasz Fiałkowski, ksiądz Andrzej Luter, Robert Krzysztoń, Piotr Kwiatkowski , Nina i Gienek Smolarowie oraz pamiętająca o mnie zawsze  Irit  Amiel z Izraela. 

11:49, jacekbochenski , Aktualności
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 czerwca 2015
AKTUALNOŚCI: czerwiec 2015 r.

 

 Ojciec i syn

 "Garść wierszy" Tadeusza Bocheńskiego (1895-1962)  z "Komentarzem" syna Jacka i fragmentami eseju "Odmieniec" przedrukowanymi z książki  "Zapamiętani" (WAB 2013) opublikował portal  www.pisarze.pl

 * * *

 Jazda z dopalaczem (http://blogii.blox.pl/html)

ukazała się w "Gazecie Wyborczej"  11 czerwca.

20:21, jacekbochenski , Aktualności
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 maja 2015

Drugi Blog ( Blog II) zob.:

http://blogii.blox.pl/html

 

 

11:04, jacekbochenski , DRUGI BLOG
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 maja 2015
EPI(B)LOG

 

 Po powrocie ze Starego Cmentarza w Zakopanem na balkon w Warszawie musiałem spojrzeć faktom w oczy: większość petunii w zetknięciu z multi-kulti poległa. Stawiały opór, walczyły o piękno i prawdę, jak mój ojciec, ale przegrały z lebiodą, pokrzywami i egalitaryzmem. Pewnie im się wydawało, że piękno jest oczywistą właściwością samego bytu, niezależną od czyjejkolwiek aprobaty lub interesów, i że one, piękne petunie, są oczywiste i niezbędne jako składnik tego bytu, i że miejsce, na którym stoją, jest im od niego na zawsze dane, i już. W multi-kulti czy nie w multi-kulti, mają tylko być i niezłomnie spełniać piękno. A piękno absolutnie istnieje, a co istnieje, samo przez się jest prawdą.

 Niestety, drogie moje piękności, nie ma w naturze przywilejów dla piękna, dla pięknych kwiatów, a nawet pięknych cnót i dumy zwanej godnością, którą tak podziwiałem i sławiłem u  was, moje bohaterki. Nie ma, bo wiatr przywiewa prostacką lebiodę i przecież nie powiemy lebiodzie "ty, chwaście", tylko powiemy "siostro", a ona powie "przywileje? jakim prawem? należy się równość", a my przytakniemy. I będziemy dobrego mniemania o sobie dlatego, żeśmy się tak pięknie zachowali.

Nie jest bez podstaw ta nasza satysfakcja. Równość to bądź co bądź jakaś moralna wartość w cynicznych czasach, gdy  tak trudno o moralne wartości. Toteż cieszą nas siostrzano-braterskie prawa roślin, któreśmy zaprowadzili w muti-kulti.  Zarazem płakać się nam chce z  żalu nad pięknymi petuniami, niemiłosiernie rugowanymi przez siostrę lebiodę. Jednak nic nie dajemy po sobie poznać. Trzymamy pion moralny. Trochę czujemy, że wpadliśmy w pułapkę. Ale nie mamy wyjścia. Bo gdzież wyjdziemy? Chyba tylko na cmentarz.


 Byłem już na cmentarzu.  Kiedyś nawet mówiono o nim Cmentarz  Zasłużonych, ale teraz mówią raczej Stary Cmentarz albo jeszcze bardziej swojsko Cmentarz na Pęksowym Brzyzku, bo tak jest sprawiedliwiej dla wszystkich. Nie wyróżnia się elit i nie udziela nikomu przywileju wyjątkowości niczyim kosztem.

 

 A w ogóle cmentarz to ja mam u siebie na warszawskim balkonie. Szkielety zmarłych petunii sterczą, jeden obok drugiego.  Wszystkie piękności tak ostatecznie kończą w zimie. Ale i bezczelna hołota z lebiodą na czele, i czujna pokrzywa, i rozpustnik powój, i przyzwoity rdest, i elegantka trawka, i anonimowe maleństwa drobno kwitnące w ukryciu, wszystkie gatunki kończą tak samo, gdy przychodzi czas. 

 
Jednak w martwych badylach pozostaje ślad po hierarchii, której nie udało się znieść w multi-kulti. Te nieżywe szczątki są różnej wysokości. Różna także jest ich twardość, od wątłości, giętkości lub kruchości do sztywności i zdrewnienia na kość. A muszę przyznać, że pod każdym względem, czy to wzrostu czy to twardzizny, lebioda bije na głowę całe otoczenie. Jej więc okazuje się także za grobem zwycięstwo.

Powinienem zająć wobec tych faktów jakieś stanowisko, prawda? Nie wystarczy chyba skonstatować, że jest jak jest, i pójść spać. Z drugiej strony, czy po wszystkim, co zaszło, da się jeszcze mówić, że coś powinienem? Ogólne zrozumienie jest raczej dla mówienia "a co mnie obchodzi", ewentualnie dla przymusu.  Powinność, wydaje się, nie istnieje.

 
 No to co mam zrobić? 

Są pewne możliwości. Jako bądź co bądź artysta mogę się nabzdyczyć i obnosić z tym nabzdyczeniem. Taka poza uchodzi, ale nie przyciąga zbytnio uwagi. Są do dyspozycji atrakcyjniejsze popisy. Mogę wycharknąć z siebie potok wulgarnych słów. Mogę pokazać goły tyłek przed publicznością. Mogę ubliżyć prezydentowi. Mogę lekkim ukłonem przywitać kazirodztwo. Mogę pochwalić wieszanie ludzi na latarniach. Mogę się nawrócić albo odwrócić. Mogę, rzecz jasna, obrazić pierwsze lepsze uczucie religijne. Wszystko mogę, ale wszystko już jest zużyte. Nic dla mnie, zawiedzionego blogera, kończącego Blog w poczuciu klęski nad trupiarnią multi-kulti.

 
Całą zimę przesiedziałem tak bezradnie, patrząc na pobojowisko piękna i prawdy, sam nieco podobny  do zeschłej rośliny. A przecież to ja, może trochę pod wpływem innych, ale z własnego przekonania i porywu założyłem na balkonie multi-kulti.  I doczekałem skutków: zdrętwiałem podobnie do martwej  rośliny, zrównałem się z wami, bracia i siostry. Na znak solidarności i konsekwencji wciąż tak po waszemu sterczę i tyle. Takie  jest moje stanowisko, które zająłem wobec sprawy, czyli braku wyjścia. Takie wysoce moralne sterczenie, wspólne z badylami. 

 
 Gdyby chociaż jakiś ptak przyleciał i porwał mnie, aby użyć na materiał do budowy gniazda! Byłby z tego pożytek dla wrony, kawki, sroki, nie wiem dokładnie, dla którego ptaka, bo nie wiem, który jak buduje gniazda. Ale któryś zaopatruje się na pewno w budulec ze zwłok moich sióstr i braci w multi-kulti. Raz po raz widzę na balkonie  dowody, bo zmumiowanych trupów, zwłaszcza petunii, stopniowo ubywa. Niechybnie na zrobionym z nich rusztowaniu,  wymoszczonym zapewne jakąś misterną ściółką, będą leżeć jaja i wykluwać się pisklęta. Ja nie mam szansy na wzlot w dziobie ptaka. Jestem za duży, zbyt ciężki i niewygodny. Nie przyczynię się do lęgu nowego życia.


W rzeczywistości zdarzyło się coś innego. Pewnego dnia po długiej bezczynności poczułem wreszcie przypływ energii. Niszczycielskiej. Może tylko taka zdolna jest jeszcze działać.  

 

Ocknąłem się z bezwładu, zerwałem na równe nogi, zakasałem rękawy i ruszyłem na balkon. Dość tego! Zaraz tu zrobię porządek z wami wszystkimi! Koniec utopii! Koniec systemu, jeśli ktoś woli.

I rzuciłem się z gołymi rękami na szkielety. Nuże wyrywać je, wydzierać, wyszarpywać. A one, choć umarłe, jeszcze się broniły. Kłuły, cięły, niekiedy jakby  parzyły. Poraniłem sobie palce w tym zapamiętaniu i determinacji, z jaką przystąpiłem do starcia cmentarza z powierzchni ziemi, czyli z mojego balkonowego kwietnika. 

  

Ale źle mówię. Nie z powierzchni  ziemi, lecz spod powierzchni. Chodziło o coś głębszego, o korzenie, o wykorzenienie umocowań w glebie. A co się tyczy celu mojej złości, chodziło nawet o więcej: o wyplenienie samego projektu genetycznego do podstaw, do idei. Żeby ten  błąd nie odrósł, ta ułuda, to piękno, ta prawda, ta nadzieja, ta równość, ta siostrzaność i braterstwo, ta utopia, to fiasko, ten system, jeśli ktoś woli. Tego miałem dość, na to się zżymałem, wydzierając z ziemi trupa lebiody. A on się nie dawał. Petunie puściły dość łatwo. Ptaki nie miałyby z nimi kłopotu. Natomiast siostry i bracia parweniusze, a najbardziej lebioda, uczepili się gruntu z niesłychaną zawziętością, jakby się wgryźli tam zębami i zacisnęli mnóstwo szczęk na niewiadomo czym. A przecież nie mieli zwierzęcych zębów, szczęk ani zgryzu. Mieli tylko te swoje ślepe wypustki, te słabe świderki do wkręcania się w podłoże, te swoje słabosilne korzenie w nieprzychylnej obczyźnie. Mimo to potrafili trzymać się kurczowo jakiegoś zaczepu w ziemi i nie pozwalali od niego oderwać, choć napinałem się,  jak mogłem, i ciągnąłem z całej siły. Co to było? Dlaczego musiałem się tak męczyć, nim dopiąłem wreszcie celu?

 

Otóż w miarę, jak ostatecznie udawało mi się wydobyć jakiś pojedynczy korzeń i otrząsnąć z bryłek skamieniałego gruntu, który gdzieniegdzie przywarł do bocznych rozgałęzień korzennego rdzenia, wychodziły na jaw podziemne stosunki panujące w multi-kulti, zupełnie inne niż widoczne nad ziemią.         

 
 Nici! Za wydobytym już na pozór korzeniem wlokły się nici albo nawet grubsze sznurki, postronki, węzły,  i nie mogły skończyć. Korzeń pozostawał nimi nadal przywiązany do czegoś ukrytego pod spodem. Tam w głębi nie istniał jasny podział z powierzchni: tu petunie, ówdzie bezczelna  lebioda, osobno piękno, osobno barbarzyństwo, co zaś jedno, to nie drugie, chociaż w imię tolerancji i sprawiedliwości oboje na równi. A z góry ja oglądam ten widok i trzymam pion. 

 

Tymczasem w ziemi, gdzie nic nie widać, korzeń zahacza o  korzeń, wszystko się splata, obejmuje, wiąże z sobą, nic nie jest osobno, nic nie jest jedno i nic drugie, wszystko pomieszane, nic od niczego nie może się oddzielić, wszystko się wszystkiego trzyma i od wszystkiego zależy. Taki tam panuje system. Splot i chaos. Po samo dno. 

 Zostałem niszczycielem systemu. Głos wewnętrzny podpowiadał mi wprawdzie,    że to też jest rola cokolwiek zużyta, ale przeważyła furia. Zniszczę! Dokopię, uff, dokopię pięknu i tak dalej. Gołymi rękami, ale dokopię, ej dokopię. Po całości polecę, hip hip! Gruntownie, można powiedzieć,  do końca dokopię, przekopię, wykopię, kurwa jego mać, wypie …lę, żeby żaden korzonek nie przetrwał i nic nie zostało z cmentarza. Koniec! Koniec  multi-kulti. Koniec aspiracji. Koniec powinności. Koniec kultury. Koniec systemu, hurra! 

                        
 Koniec Blogu.                                                        

00:25, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 maja 2015
AKTUALNOŚCI: maj 2015r.

Zakończenie Blogu

  Blog Jacka Bocheńskiego publikowany z przerwami od roku 2009 został przez autora zamknięty. Rozdział końcowy pt. EPI(B)LOG  dostępny jest od  8 maja 2015.Kliknij Blog w menu na STRONIE GŁÓWNEJ.

 * * *

 Pierwsza jaskółka

 Zmartwionym sympatykom Blogu, którzy po jego zamknięciu okazali w różny sposób zaniepokojenie i żal,  wzruszony autor serdecznie dziękuje . Znany im dotychczas Blog został rzeczywiście zakończony "Epi(b)logiem" i w tej sprawie nic się już nie zmieni. Ale z wiosną budzi się zawsze możliwość jakiegoś nowego życia. Będzie inne nowe życie.  Oczywiście, jedna jaskółka nie czyni jeszcze wiosny.

* * *

Drugi Blog

 13 maja 2015 powstał Drugi Blog (Bog II) 

 Oto link do Blogu II

 http://blogii.blox.pl/html

Blogu II proszę nie szukać na STRONIE GŁÓWNEJ w poprzednim Blogu, obecnie zakończonym.

 * * *

Ikar 2015

 Honorowa Nagroda Warszawskich Targów Książki  została przyznana Jackowi Bocheńskiemu i wręczona mu podczas uroczystości otwarcia tegorocznych targów na Stadionie Narodowym 14 maja 2015.  

* * *

Wołanie topielicy

tak zatytułowaną, pochodzącą z roku 1997  wypowiedzią Jacka Bocheńskiego o etyce mediów otwiera swój najnowszy 250 numer porta www.pisarze.pl

 * * *

 Tekst z Drugiego  Blogu  w "Gazecie"

 "Jazda po pijanemu" (p. Blog II) ukazała się również w "Gazecie Wyborczej" z 22 maja 2015

* * *

 

Całość "Zadumy i tabu"

 

Pełny tekst eseju Jacka Bocheńskiego "Zaduma i tabu", wygłoszonego w skrócie na  konferencji  w listopadzie 2014, ukazał się obecnie w książce "Pamięć i odpowiedzialność - Dziedzictwo Jana Karskiego ". Jest to zbiór wszystkich tekstów konferencji , wydany przez Fundację Edukacyjną Jana Karskiego, pod redakcją Eugeniusza Smolara. 
 

 

 

 

14:51, jacekbochenski , Aktualności
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 listopada 2014
AKTUALNOŚCI: listopad 2014 r.

 

"Antyk po antyku" wznowiony



W serii  "Kolekcja 20-lecia" ukazało się nakładem "Świata Książki" nowe wydanie "Antyku po antyku" . Pierwsze w innej szacie  graficznej wyszło w roku 2010. 



* * *

Zaduma i tabu

 

"Gazeta Wyborcza" w sobotnio-niedzielnym  "Magazynie Świątecznym" z  8-9 listopada zamieściła esej Jacka Bocheńskiego "Zaduma i tabu" pod dodanym tytułem redakcyjnym "Ta wina nie ciąży na Polsce". Tekst został uprzednio odczytany przez autora na konferencji "Jan Karski - pamięć i odpowiedzialność" , zorganizowanej przez Fundację Edukacyjna Jana Karskiego i Muzeum Historii Polski na Uniwersytecie Warszawskim 5-6 listopada. Jest to część obszerniejszego eseju , który ukaże się w książce przygotowywanej przez Fundację do druku

14:27, jacekbochenski , Aktualności
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 września 2014
WERYFIKACJA

 

O nazwisku było wprawdzie słychno, ale rzecz jest  mglista. Nie ma pewności,  kto jest kto. Stróż przyszedł zorientować się w tej kwestii. Zaczyna jednak od przeprosin. Powinien był onegdaj pójść ze mną do komórki i poszukać takiej motyczki, jak przyniosłem, widzi właśnie. Bo taka była tam schowana, tylko trzeba było wiedzieć gdzie.

 A potem czyta już tekst wyryty  na głazie.

- Rzeczywiście - mówi - poeta. Widzę, napisane, że poeta i  społecznik.  O! Walczył o prawdę i piękno.  No tak. To ten pisarz. On jest ojcem pana?

- Oczywiście.

- Przepraszam, a co znaczy ignis ardens?  Bo tak tu jeszcze napisali.   

- Płonący ogień.

- A, płonący ogień! Bocheński. Ogień to na pewno o nim. O tym pisarzu. I mówi pan, że to jest pana ojciec? 

- Tak, tak.

Przychodzi mi do głowy pewna refleksja. Czy jednak "Janura" nie miała racji, usuwając z grobu tekst Platona i zastępując opisem, który, jak widać, trafia do przekonania stróżowi. Skoro jemu, to pewnie większości ludzi. Zwykły człowiek rozumie taki opis, jaki właśnie jest, nawet płonący ogień w moim konwencjonalnym tłumaczeniu rozumie, a co rozumiałby z Platona w przekładzie Wladysława Witwickiego,  gdyby czytał tamten tekst? 

Ponadto  zauważam, że stróż przyjmuje opis, jaki jest, w sposób naturalny za świadectwo rzeczywistości, jej miarodajne potwierdzenie i objaśnienie.  Społecznik walczył o prawdę i piękno? Istotnie więc był  pisarzem, o którym słychno.

- A tamci to rodzina? - pyta.

- Jacy tamci?

- Ci Bocheńscy, którzy leżą dalej.

Uświadamiam sobie, że przecież był w Zakopanem Bocheński, dyrektor szpitala.

- Ach, lekarz! Oczywiście.

- To rodzina?

- Nie, nie .

- Tamci to inna rodzina?

- Tak.

- Aha - stróż kiwa głową . - Nie rodzina.

Chwilę jeszcze stoi przy mnie, potem żegna się i  odchodzi. Gdybym czegoś potrzebował, on będzie przy bramie - rzuca mi na odchodnym.

Wkopałem wrzośce, podlałem, ubiłem dokoła ziemię, Idę teraz popatrzeć na grób lekarza. Jest w pobliżu. Grób rodzinny tamtych. Ale osobno leży w indywidualnym grobie jeszcze jeden zmarły: Jacek Bocheński. Może dziesięć metrów od głazu. Jednak to nie ja. 

Wracam do ojca. Znów kładę swoim zwyczajem rękę na głazie.
 
- Tato - mówię w milczeniu - nie wiem, czy o tobie słychno.  Raczej nawet wiem. Nie słychno. I już nie będzie słychno. I o mnie coraz mniej słychno. I niedługo nie będzie ani trochę słychno. Ale wszystko teraz jest na świecie inaczej, niż miało być.  A jeszcze inaczej będzie. Na przykład zupełnie bez poetów. I wiesz, tato, ja chciałem zdążyć. Żeby mi się udało w ostatniej chwili być poetą.  Dlatego przyszedłem do ciebie z tym pisanym na starość wierszem o liściach łopianu. Bo ty uważałeś, że prawdziwym pisarzem jest zawsze poeta. Bo tylko poezja ma formę. Nie mówiłeś tego, ale tak uważałeś, wiem. Blog nie ma formy z założenia. Blog też nie ma rzeczy od tysiącleci fundamentalnej: nie ma rękopisu, jedynie zapis elektroniczny.  Nie zostawię Blogu w rękopisie, jak ty zostawiłeś gnomy indyjskie, które przyniosła mi pani Maria Święcicka , od czego zaczął się Blog. A jednak … Blog instynktownie dąży do przybrania formy. Przez cały czas dążył. Zatoczył koło  i wrócił do ciebie. 

- Do widzenia, tato - mówię ojcu.

Zbliżam się do bramy cmentarza i do końca Blogu.

- Do widzenia panu - mówię stróżowi.

14:31, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 września 2014
GRÓB

Wypożyczyłem w "Halamie", domu pracy twórczej ZAiKS-u, niewielką motyczkę ogrodową zamiast łopatki i poszedłem jeszcze raz na Stary Cmentarz. 

Kiedy ponad pół wieku temu ojciec umarł (nagle i młodo; miał sześćdziesiąt siedem lat), musiałem szybko rozstrzygnąć, jak on - bezwyznaniowiec ma być pochowany. Zakopiańskie władze miejskie zdecydowały, że tu na Pęksowym Brzyzku wśród zasłużonych. Rozwiązanie innych kwestii spadło niespodzianie na głowę syna. Wdowa "Janura" (Janina Bocheńska, która od roku 2009 leży obok ojca) była w szoku, zamknięta w sobie, niezdolna ogarnąć w ogóle świadomością, o co chodzi.

Oczywiście, pogrzeb mógł być tylko świecki. Trudno sobie nawet wyobrazić, by ojciec, bardzo uczulony  pod tym względem, zgodził się na inny.

A jednak w roku 1930, mimo że nie uznawał żadnych sakramentów, wziął ślub kościelny z moją matką po przeżyciu z nią dwunastu lat w śmiałym, jak na tamte czasy, związku partnerskim, którego nikt wtedy partnerskim nie nazywał, a z którego ja się urodziłem w roku 1926. Jednak wkrótce po ślubie ojciec rozwiódł się (formalnie uzyskał unieważnienie pierwszego małżeństwa), by zawrzeć możliwy dzięki temu drugi ślub kościelny z poznaną w Tatrach Janurą. Był więc zdolny do kompromisów, jeśli nie z wyznaniami, to ze zwyczajami religijnymi, choć przyznaję, że sensu ślubu i niemal natychmiastowego rozwodu rodziców nie rozumiem. Tej zagadki nigdy mi nie wyjaśniono.

Ale czy na grobie ojca powinien stanąć krzyż?  Z motywów religijnych - nie , to byłoby wbrew ojcu. Grób jednak, myślałem sobie,  będzie nie tylko miejscem jego spoczynku, będzie również informacją dla środowiska żyjących.  Z motywów "kulturowych" krzyż powinien stanąć , bo w środowisku jest to zrozumiały sam przez się znak przypisany śmierci, podobnie jak ślub kościelny był w latach trzydziestych zeszłego wieku znakiem aprobującym rodzicielstwo. Może mnie chciano publicznie aprobować i dlatego ojciec zgodził się na kościelno-ślubny kompromis?

Z podobnie "kulturowych" względów ja zgodziłem się na krzyż cmentarny, gdy ktoś zapytał, czy powinien stanąć. I powiedziałem od razu, że napisane ma być o zmarłym "Tadeusz Bocheński, poeta",  nic więcej.

Przygotowano więc prosty, drewniany krzyż informacyjny, bez odniesień do metafizyki. Ale przecież w swojej poezji ojciec do metafizyki po swojemu się odnosił. Był to charakterystyczny element jego twórczości, co też wymagało informacji. Czułem jej brak, podobnie jak brakowało mi odniesienia do gór, starożytności i oryginalnej ascezy, w której ojciec żył przez lata. 

Otóż przy krzyżu była tabliczka z miejscem na jakiś okolicznościowy tekst. Należało go szybko wymyślić. Janura z rodziną powierzyli to zadanie mnie poniekąd automatycznie.

Byłem wtedy autorem wydanego dopiero co "Boskiego Juliusza" i miałem względnie świeżo w głowie platońskiego "Fedona", do którego książka nawiązuje pod koniec. Kierowała mną poza tym jedna tylko myśl: powiedzieć najzwięźlej to, czego brakowało, i uniknąć banału retoryki nagrobkowej. Nic sam nie pisałem. Wybrałem z "Fedona" zdanie o duszach w Hadesie i zacytowałem w przekładzie Władysława Witwickiego, skądinąd szkolnego nauczyciela ojca, bliskiego mu także stylistycznie.    

Oto cytat, jaki widniał potem na krzyżu, podpisany "Platon":

"A których życie wyda się osobliwie zbożne, ci będą wyzwoleni z tych czeluści podziemnych i wzięci stamtąd, jak z więzienia, w górę i pójdą mieszkać w czystych stronach, na szczytach ziemi". 

Krzyż i tekst Platona przetrwały kilka lat do chwili, gdy zostały usunięte i  wedle pomysłu wdowy Janiny zastąpione granitowym głazem z wyrytym w kamieniu innym napisem. Tak zmieniony wygląd grobu utrzymał  się bardo długo,  taki też opisałem w "Odmieńcu", eseju z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, poświęconym ojcu, a publikowanym w  "Zeszytach Literackich" (lecz tam skróconym; całość jest w "Zapamiętanych").

Ten utrwalony już stan rzeczy zmienił się po śmierci  żony Janiny, która spoczęła obok głazu. Rodzina znów postawiła na grobie krzyż w stylu podhalańskim z jej imieniem i nazwiskiem.   

Pod tym krzyżem znalazłem wolne miejsce na wrzośce.  Pochłonięty wspomnieniami, próbuję je wkopać, gdy ktoś pojawia się przy grobie.  Stróż cmentarza. Widział
mnie wchodzącego przez bramę i przyszedł porozmawiać.

- To ten Bocheński? - pyta. -  To ten pisarz?

11:11, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 września 2014
LIŚCIE ŁOPIANU

przywracają należyty porządek spraw.
Stoją wiernie na straży dzieciństwa, wciąż  tam gdzie powinny, jakie rzetelne! 
Udzielają mi zarazem ważnych lekcji na starość o ziemi, wodzie, słońcu i przemianie materii, a gorzkawy sok ostro paruje z ich naczyń krwionośnych. To dobrze.  
Są także społeczeństwem, liść przy liściu.
A jednak nie tworzą partii politycznych.
Dają się głaskać jak skóra kobiety.
Mają ciała cienkie i wklęsłe, lecz żyłki rozpostarte, pod spodem nabrzmiałe.
Przypominają zielony pergamin, z którego czytam de natura rerum.
Są skromne, bo nieśmiertelne do pewnego stopnia.    
Nie walczą o władzę.
Nie oskarżają o zdradę.
Nie chciałyby wystąpić w telewizji.
Nie mają ideologii, doktryn i światopoglądów.
Podobno nie mają duszy.
Być może jednak wierzą w Boga.
 Być może się modlą, liść przy liściu, wcale bym nie wykluczał,
ale:
To ich sprawa, nie kościoła.
Nie każą mi klęczeć na grochu.
Nie ranią ostrymi brzegami, nie kłują .
Mimo pozorów kolczastości są miękkie.
Trudzą się nad osmozą i wytwarzają pilnie chlorofil.
Zgiełk pomijają milczeniem.
Wiele dzięki nim skorzystałem w Dolinie Strążyskiej.

 

11:26, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 września 2014
BEZWYZNANIOWOŚĆ

 

Ojciec mówił o sobie, że  jest "bezwyznaniowcem". Słyszałem w życiu tylko dwóch ludzi, którzy tym słowem określali swój stosunek do religii, choć znałem wiele osób niewierzących. Ale słowo  "bezwyznaniowiec" znaczy coś trochę innego, a tak  właśnie nazywali siebie ci dwaj. Pierwszym był mój ojciec, drugim Leszek Kołakowski . Od obu sam sporo przejąłem. 

Leszek złożył po raz pierwszy deklarację bezwyznaniowości w latach trzydziestych zeszłego wieku przed nauczycielką  w szkole, za co  został wobec klasy wydrwiony jako "filozof" i  ze szkoły wyrzucony. Przytaczałem już za nim tę jego chętnie opowiadaną anegdotę w moich "Zapamiętanych".

Także ojca, przynajmniej najistotniejsze rzeczy dotyczące go, opisałem dość obszernie w "Zapamiętanych" i nie będę wracał do nich w Blogu. Czuję potrzebę uzupełnienia tematu czymś innym.  

Przyszedłem z wrzoścami do granitowego głazu na Pęksowym Brzyzku, ale chwilowo postawiłem je na ziemi pod głazem, wkopać nie mam czym, bo w komórce nie znalazłem łopatki. Wkopię kiedy indziej. Teraz  tylko przywitam się z ojcem.

Ludzie religijni, a najczęściej nie tyle religijni, ile przywiązani "kulturowo" do znanego im rytuału, odprawiają go nad grobami swoich zmarłych niejako  automatycznie. Zmawiają pacierze, żegnają się, mają narzędzie komunikacji ze zmarłymi zrozumiałe samo przez się. Ja nie mam.

A przecież kładę rękę na głazie i w milczeniu rozmawiam z ojcem. W milczeniu mówię, to znaczy  z pamięci czytam wiersz o liściach łopianu, ten nieskończony, jaki powstał dwadzieścia lub nawet nieco więcej lat temu. Nic już nie dodaję,  może nigdy nie dodam.

23:28, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 września 2014
SŁYCHNO

Będzie mi potrzebna łopatka. Skąd wziąć łopatkę? Może stróż ma? Stoi przed bramą. 

Ale gdy podchodzę, pyta mnie o bilet. 

- Jaki bilet? 

- Normalny za dwa złote. Ulgowy za złotówkę.

Dowiaduje się, że od trzech miesięcy obowiązują na Pęksowym Brzyzku płatne bilety wstępu. Wisi ogłoszenie.

- To jaki będzie? Normalny czy ulgowy? 

- Wszystko jedno. Ale proszę powiedzieć: nie macie tu jakiejś malej łopatki do kwiatów? Mógłbym wypożyczyć? Wychodząc zwrócę. Idę do ojca.

- Do ojca? Pana ojciec tu leży? To nic pan nie płaci za wejście. A jak nazwisko?

- Bocheński.

- A, jest taki. Jest Bocheński. O tym nazwisku było słychno. Ale co on robił?

- Pisał.

- Aha, pisarz. Dobrze , niech pan wchodzi.

- A, przepraszam, co z łopatką?

- Nie, takiej małej nie mamy. Tylko duże łopaty są w komórce. O, tam pod płotem. Ale jak pan chce, niech pan zajrzy, może pan sobie coś znajdzie. 

18:01, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 września 2014
KWIATY

 

Chciałbym ojcu zanieść kwiaty. Ale nie cięte, nie salonowe, na przykład bukiet róż, tylko takie z korzeniami w donicy, żeby rosły, nie więdły zaraz, i jakieś trochę górskie, jeśli są w sprzedaży, jakieś trochę leśne, żeby to odpowiadało naturze i gustowi ojca.

Tłumaczę z grubsza kwiaciarce, czego potrzebuję.

- Z doniczkowych mam azalie - mówi.
 
- Nie, azalie nie. Za  delikatne, szybko przekwitną

- To tylko wrzosy albo wrzośce. 

Jedne i drugie są do siebie podobne. Wrzośce bujniejsze od wrzosów i jakby żywsze w kolorze. Decyduję: 

- Niech będą wrzośce. Ale nie podobają mi się te plastikowe doniczki. I widzi pani, łatwo się przewracają, za lekkie są, za bardzo chwiejne. 

- Można czymś obciążyć albo włożyć je do ceramicznych donic, większych i cięższych. Ale to jest dodatkowy koszt. 

- Dobrze. Poproszę dwie ceramiczne i do obu wrzośce.
 
- Oczywiście - mówi kwiaciarka. 

Wspina się na taboret i pokazuje wyższą półkę, gdzie stoją ceramiczne donice różnych kolorów i wielkości.

- Które? -  pyta.

- Te szare.

Zdejmuje z półki szare i wstawia do nich plastikowe z wrzoścami, osadzone dodatkowo w koszykach. Teraz tkwią szczelnie w dość masywnych ceramicznych niby garncach i trzymają pion. Ale czy nie będą za ciężkie? Potrafię takie zanieść?

- Dam je panu w dwóch reklamówkach, każdą osobno. Ze względu na kręgosłup - mówi kwiaciarka
 
Stwierdzam, że ciężar jest umiarkowany. Uniosę bez problemu.
  
- A wie pani - zwierzam się kwiaciarce - pomyślałem sobie, że takie solidne donice będę mógł nawet wkopać w ziemię, prawda? Choćby do połowy, żeby na pewno wiatr nie przewrócił.

Na to ona:

- Tylko jak pan będzie wkopywał, proszę nie pochylać się tułowiem do przodu, stojąc, o tak, z rękami do ziemi - kwiaciarka markuje sposób, w jaki nie powinienem się pochylać. - Ja - mówi - nigdy się tak nie pochylam. Ze względu na kręgosłup.  Ja przykucam, o tak  - i rzeczywiście przykuca z kolanami w pozycji "kwiat lotosu". - Dlatego zawsze chodzę w spodniach. A jeśli wyjątkowo w spódnicy, to  potrafię ją odpowiednio wciągnąć.
    

18:36, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 sierpnia 2014
BAT

 

Demokracja, zdaniem rosnącej masy obywateli, okazuje się nic niewarta. Unia Europejska męczy ludzi, uchodzi za perfidną i zarazem głupkowatą. Polski rząd -  szkoda gadać, nigdy nie było gorszego. Parlament - wiadomo, banda darmozjadów i cyrk. Do czego to w ogóle komu potrzebne? Rozpędzić!

Cały demokratyczny system współżycia ludzi i godzenia konfliktów, oparty na prawie głosu,  umowie społecznej i gotowości negocjowania wszystkiego ze wszystkimi, stworzony z namysłem i trudem przez nowożytną cywilizację, chwieje się w posadach. 

Odbył się protest ekologów. Chcą pracę koni padających z wysiłku na drodze do Morskiego Oka zastąpić elektrycznymi pojazdami typu meleks. Wymagałoby to zapewne przekonstruowania i udoskonalenia meleksów. Ale skoro potrafimy tworzyć łaziki marsjańskie, potrafilibyśmy może zrobić meleksy zdolne do przewozu turystów na krótkiej trasie w górskich warunkach ziemskich.

Chwilowo dyskusję w sprawie przeciążonych koni rozstrzygnęli swoją interwencją góralscy woźnice. Pojawili się na miejscu i pobili ekologów batami.

Bat albo demokracja i humanitaryzm -  taka jest alternatywa. Zdaje się, że rosnąca masa obywateli nie miałaby nic przeciwko temu, żeby porządził bat, żeby ktoś wziął go do ręki i wysmagał nie ich, oczywiście, ale innych. Bat jest zawsze do smagania innych. Cudowne narzędzie zaspokojenia marzeń, zwłaszcza skrytych osobistych, i rozwiązanie problemów politycznych.  Byłaby wymierzona sprawiedliwość i byłby "porządek".

 

10:17, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 sierpnia 2014
WIERSZ

Droga Żelazna. Tak Ścieżkę pod Reglami nazywano przed wiekami. Bo żelaza transportowano tamtędy z  huty w Kościeliskiej na wschód do Kuźnic, gdzie je kuto, o czym sama nazwa mówi.   

Dzisiaj starą Drogą Żelazną ciągnie tłum,  mniejszy jednak niż przez Krupówki, a ja z nim w kierunku Strążyskiej do ojca i trochę do siebie.

Wiatrołomów po huraganie, który powalił w reglach tysiące drzew, nie ma na tej trasie, leżą na stokach, sczepione gałęziami, zaklinowane między drzewami-ocaleńcami. Niżej wszystko, co mogło zagradzać drogę, zostało odpiłowane i wywiezione. Widać świeże jeszcze ślady: wzdłuż traktu patrzą na przechodniów okrągłe tarcze pni po amputacji, blade jak księżyce.

Przechodniami, a częściowo osobami w przejeździe są na ogół zwarte gromady młodzieży, indywidualnie wędrują emeryci, pełni prawdopodobnie wspomnień i dolegliwości, jadą rowerzyści i niezmiennie wózki z dziećmi. Pchają je tu częściej ojcowie niż matki, bo droga nierówna, miejscami kamienista, jak na wózki, ciężka. Liczne pieski maszerują, prowadzone na smyczach. Już trzeci maltańczyk. Z kokardką. Ten i jego pan odpoczywają na ławie zrobionej pod lasem z przepołowionego pnia. 

Przysiadam się, bo wciąż mam w głowie pytanie, dlaczego poprzedni pan nie odpowiedział na "przepraszam" pani "proszę", jak odpowiedziałbym ja, ale zawołał "spokojnie!". Czyli wziął pod uwagę , że może być niespokojnie. Na przykład ona może się teraz bać obszczekania przez niego i na wszelki wypadek sama go obszczekać. Bądź co bądź czasy są takie, że nie powinno się obejść bez wzajemnego obszczekania. Chcę wypytać, jak to z tym jest wśród maltańczyków i w ogóle, nim jednak dochodzę do sedna, pan i piesek z kokardką opuszczają ławę. Idą w stronę, z której właśnie przyszedłem. Ruszam w przeciwną.
      
Mało handlu przydrożnego w porównaniu z Krupówkami. Tylko jedno stoisko z lodami, dwa z pamiątkami, tylko trzy małe gospody, włączając tę przy Dolinie Białego i słynną bacówkę opodal, gdzie można kupić oscypki i bundz. Ale nie liczę starej "Romy" u wejścia do Doliny Strążyskiej, z przybudówkami, parkingiem na może sto samochodów i galerią straganów.

W Dolinie to samo, co pod reglami. Tłum i wszystko nie takie, jak wtedy, kiedy byłem poetą siedemdziesiąt lat temu i więcej. Droga inna, mostki inne, ludzie inni, ja inny, drzewa inne, tylko łopiany zawsze wierne, niczym się nie różnią od tamtych.

Piszę na starość jeszcze jeden wiersz o wiernych łopianach w Dolinie Strążyskiej. Piszę go już przez dwadzieścia lat i wciąż jest nieskończony. Ale cóż to znaczy dwadzieścia lat! Skoro moja "Trylogia rzymską" powstawała przez ile? Od "Boskiego Juliusza" (1961) do "Tyberiusza Cezara" (2009)  czterdzieści osiem? Dobrze liczę? Jeśli tak, to dwadzieścia na koronny wiersz  życia o wiernych łopianach wcale nie jest dużo.

Zawracam. Do ojca. Teraz ja lekko w dół, tłum z przeciwka pod góre. KiIku z plecakami jak wtedy, kiedy byłem poetą. Większość przygotowana raczej na lody z dziećmi w gospodzie. Mężczyźni, trzydziestolatkowie na oko, w  T-shirtach,  ostrzyżeni do łysa jak ja.  Młode kobiety ubrane byle jak, ale wygodnie, wśród starszych zdarzają się panie w klapkach na bosą stopę z polakierowanymi paznokciami.  Pytają, kiedy ta okropna  droga się  skończy, męcząca i wciąż pod górę. Za nimi jakaś ambitna młoda pcha po kamieniach wózek podwójny, z bliźniaczkami. Osłabły mężczyzna towarzyszy jej w milczeniu.

U wylotu doliny, gdzie samochody i stragany, rozpościera się widok na Księży Las, ogrodzenia "Wesołej" i zniżający się ku ulicy Strążyskiej rządek domów. To tam jest "Osa", na Bogdańskiego 4. Tam byłem poetą. Ale przecież ojca tam nie ma.
 

13:07, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
SPOTKANIE

 

Można inaczej pójść do ojca, niekoniecznie na dół  przez Krupówki. Można w górę Ścieżką pod Reglami, jak wiele razy chodziłem, właściwie najczęściej.

A więc krótko lasem do szlabanu przy Dolinie Białego, ale bez wchodzenia za szlaban, tylko od razu obok gospody w prawo, na zachód, jeśli ktoś woli.

Tu spotkanie. Przed gospodą siedzi i coś je pani z  pieskiem maltańczykiem. Ścieżką pod Reglami nadchodzi pan. Prowadzi takiego samego pieska. Oba podobne są do siebie kubek w kubek 

Nagle ten z gospody zrywa się razem ze smyczą i pędzi obszczekać sobowtóra. Pani za nim.  Przywołuje go do porządku, ale oba pieski wszczęły już awanturę na całego i ani myślą przestać. Wreszcie interweniującej pani udaje się przydeptać smycz swojego pieska. Mały pyskacz zostaje schwytany i odciągnięty od też nie dającego sobie w kaszę dmuchać przeciwnika

- Przepraszam - mówi pani do pana. 

Na to on do niej:

-  Spokojnie!

Odwracają się od siebie i rozchodzą.

A ja skręcam w prawo i zastanawiam się, co z takiego współczesnego dialogu Polki z Polakiem zrozumiałby ojciec i co znaczyło w tym wypadku "spokojnie". Kto po kim spodziewał się agresji i kto czyje podejrzenia chciał uprzedzić.

 

11:53, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 sierpnia 2014
OBIADY

 

Na postoju dorożek wieszają koniowi na łbie worek z sianem, ale w taki sposób, że koń może zgarnąć tylko górną warstwę zawartości worka, reszty mimo rozpaczliwych wysiłków nie dosięga pyskiem. Stara się wstrząsnąć workiem, raz po raz usiłuje go możliwie wysoko podrzucić i coś przechwycić, gdy worek opada. Na próżno.

Krótka uprząż nie pozwala mu także zniżyć łba, żeby worek oparł się o ziemię i dało się zjeść więcej siana. Nic z  tych wszystkich prób nie wynika.

Koń cierpiący męki Tantala traci jedynie energię na bezskuteczną szarpaninę. Musi być w nie lada stresie. Podrzucanie worka sprawia zapewne, że wewnątrz kłębi się pył, koń prycha nieustannie, a myślę, że z trudem w ogóle oddycha w worku.

Taka jest powszechna metoda karmienia koni, nie tylko na postoju przy Krupówkach. Konie potrząsają więc  beznadziejnie workami, a dorożkarze w góralskich kapeluszach i cyfrowanych portkach stoją i gwarzą leniwie jeden z drugim albo siedzą w swoich fiakrach i drzemią.    

Podczas obiadu opowiadam towarzyszce przy stole o posiłku koni.

- Zwróciłam kiedyś uwagę takiemu dorożkarzowi, że przecież koń się niepotrzebnie męczy. Wpadł tylko w złość i strasznie mnie zwymyślał - powiedziała.

11:17, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 sierpnia 2014
GNIOT

 

Moja droga w niedzielne popołudnie do ojca w Zakopanem prowadzi przez Krupówki.

Wyobraziłem sobie, że szybko nimi zbiegnę, jak wiele razy zbiegałem.  A tu naprzeciw mnie żywa ściana. Tłum gęsty na chodnikach i pośrodku jezdni, zakleszczony w sobie, bo dwukierunkowy, lecz wskutek przeciwstawnych kierunków i wypoczynkowej ociężałości prawie nieruchomy. Tylko młodzież grupowo i parami przebija się i wprawia go w niejaki ruch. Ale zatrzymuje go znów jarmark z obu stron ulicy: nieskończone ciągi kramów i handlujących górali (często w służbie zamiejscowych przedsiębiorców).

Ci, którzy od nich to i owo kupują lub tylko się na to i owo gapią, a przeważają w tłumie, mogliby, sądząc z wyglądu i odzywek, sami handlować na przykład jarzynami gdzieś w miastach. Nowe drobnomieszczaństwo Trzeciej Rzeczypospolitej pełznie przez Krupówki wśród kramarskiego kiczu, oscypków, kolorowych krokodyli tańczących na bruku z kostki Bauma i pseudogranitowych inkrustacji, wśród zapiekanek w kartonach, ciupag na żerdkach, warkoczyków różnej barwy do damskich fryzur, kapeluszy góralskich, portretów sporządzanych na poczekaniu, wśród przebierańców-niedźwiedzi, ptaków, smoków, różnokształtnych balonów, kotków, piesków, myszek na uwięzi,  i transparentów z reklamami w powietrzu.

Także wśród dudnienia megafonów. Z  nich nagłe wybuchy obwieszczeń reklamowych i wszelakiej muzyki. Te głosy górą nad głowami i z boków. A dołem, na ulicy własny zgiełk tłumu, w  tym krzyki mnóstwa dzieci, którym kupuje się lody i zabawki.
 
Matki za matkami pchają po jezdni wózki dziecięce, ojcowie  za ojcami niosą dzieci "na barana". Młodzi Romowie i Romki wręczają komu się da róże. W ten tłok wjeżdżają konie dorożkarskie z pustymi już przeważnie dorożkami. Zmierzają do postoju przy Krupówkach. 

Dodać trzeba pewien element przestrzenny: ogólny zapach podtatrzański smażonych kebabów, kiełbas i frytek na oleju.  Snuje się dyskretnie, bo to są pieniądze, a w Polsce zawsze lepiej, żeby pieniądze były dyskretne. 

 I drugi element przestrzenny, też ogólny, a przecież tak bije w oczy, że zamiast iść do ojca stoję z rozdziawioną gębą: język angielski. Już wcześniej na ulicy Makuszyńskiego, przecznicy Piłsudskiego, gdy dopiero zaczynałem próbę zbiegnięcia w dół na Krupówki, zauważyłem, że stary "Rzemieślnik",  kiedyś dom wczasowy tak zwanych "prywaciarzy" w PRL, ma nową nazwę, dodaną do starej: "Diamond's Hotel".   

Teraz widzę szyldy "Mc Donald's", "Mc Arthur", "Fashion Street Krupówki" i dziwotwór językowo-folklorystyczny "Stek Chałupa", a wszędzie SALE, koniecznie SALE, nie "wyprzedaż", SALE, jak w całej Trzeciej Rzeczypospolitej. To i owo "for sale".

Wszystko zbite w jeden gniot. Tłum, harmider, dzieci, romskie róże, zapachy, wiśta wio, i SALE.  Trochę przypomina to mullti-kulti na moim warszawskim balkonie. Bo w gęstwinie ludzkiej, między nadmuchanymi  figurami z plastiku, tańcami krokodyli, sztuczną małpką grającą na fortepianie, piskami, miaukami zabawek, rodzimą polszczyzną i wszechobecną angielszczyzną objawiają się jeszcze cudzoziemcy mówiący  językami, których nie potrafię zidentyfikować.  

Wielkie dzieło demokracji, kapitalizmu i globalizmu na Krupówkach.

15:19, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »

 

13:29, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 sierpnia 2014
PROTEST

Idąc do ojca, a to będzie dłuższa droga, zobaczyłem na ulicy Zamoyskiego, powyżej Krupówek, mundurowego strażnika i zagadnąłem go o planowaną demonstrację narodowców. Nic nie wiedział o tym. Nie słyszał.

- Protest ma być - powiedział - ale w Białce, nie w Zakopanem.    

- Protest? Przeciw czemu?

- Ekologowie, panie. O konie.

- Ach, bo znów padł koń na drodze  do Morskiego Oka, i ten protest to pewnie w sprawie koni, które nie mogą uciągnąć furmanek przeładowanych turystami, tak?
 
- Ekologów trzeba, panie, zaprząc, kurwa, do tych wozów i niech sami je, cholery, ciągną - odpowiedział wściekły strażnik z trudem się hamując. 

W zakopiańskim "Tygodniku Podhalańskim" mignął mi tytuł: "Zarobił milion złotych na pracy konia w Morskim Oku". 

12:10, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 sierpnia 2014
PROGNOSTYK

 

Polscy narodowcy, współczesne wydanie dzielnych  młodzieńców, o których pisałem w Blogu, mieli razem z węgierskimi nacjonalistami, włoskimi neofaszystami i jakimiś jeszcze Hiszpanami  przemaszerować przez Zakopane. Tak zapowiedzieli. Ale się rozmyślili. Nie przemaszerowali i obeszło się bez bijatyki na Krupówkach. 

Czyżby to był prognostyk, że faszyzm "nie przejdzie", jak niestety nadaremnie obiecywano sobie w pierwszej połowie dwudziestego wieku? W rzeczywistości przeszedł.

Oby wątek faszyzmu w Blogu dało się z większym prawdopodobieństwem racji zakończyć przepowiednią, że w dwudziestym pierwszym wieku faszyzm jednak nie przejdzie.     

09:52, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 sierpnia 2014
ANTROPOLOGIA

 

Na ulicy Piłsudskiego w Zakopanem stoi (plecami do mnie, twarzy nie widać) dziewczyna w maksymalnie kusych, wzorowo wytartych i postrzępionych spodenkach typu "hot pants". Patrzy przez lunetę na Giewont. 
 
- Widzę krzyż - mówi do drugiej.

Ta, która to mówi, ma na obu podudziach tatuaże. Każdy wyobraża jak gdyby parę wężyków podążających w górę ku troczkom szortów.     

Jednak może nie są to wężyki. Może kijanki. Ze względu na spore dość łebki.

Ale żabie kijanki? Nie. Raczej ludzkie, powiększone do kolosalnych rozmiarów plemniki. Wiedzą, gdzie się śpieszą. 

11:30, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 sierpnia 2014
BOTANIKA

Nie sposób dłużej zwlekać. Od dawna brak w Blogu najnowszych wiadomości z życia petunii czyli z integracji roślin w multi-kulti. Zaniedbałem ten temat, a czas biegnie, zmiana goni zmianę, słowem, sprawa jest rozwojowa i dynamiczna. Żeby jak najkrócej scharakteryzować aktualny stan rzeczy, powiem tak: na balkonowym kwietniku wyrosła zwarta gęstwina. Co nie znaczy, że wszystkie równouprawnione rośliny, gospodarze- petunie i przywiani wiatrem obcy, korzystają jednakowo z teoretycznie równych praw.   
  
Ot, taka pokrzywa pod murkiem! Chyba zdaje sobie sprawę ze swojej fatalnej opinii i panicznych uczuć, jakie budzi, dlatego woli się nikomu nie narzucać. Stanęła możliwie na uboczu, niemal przywiera do ściany, czujna i sama w strachu. Ale rośnie, bo taką ma naturę. Pewnego ranka zobaczyłem ją z niewiadomego powodu leżącą. Czyżby padła ofiara przemocy? Jednak po kilku dniach podniosła się z upadku. 
   
Albo znów trawka, smukła elegantka, w kąciku po przeciwnej stronie. Zajęła skromnie to miejsce z niewątpliwą gracją, trzeba przyznać.  
 
Co innego lebioda. Jej bezczelność nie zna granic. Nieprzyzwoicie rozsiadła się na połowie kwietnika, po chamsku rozepchała gęstwinę petunii, ruszyła ostro w górę i puszy się na wysokościach lichymi niby to kwiatuszkami.

Kolejny przybysz: rdest. Co do kwitnienia, potrafi niewiele więcej, wytwarza takie tam kłoski natkane mizerotą kwiatuszkową, ale ma lepsze maniery niż lebioda. Pod względem wzrostu nie przekracza ogólnie przyjętego poziomu, egalitarysta konsekwentny i lojalny wobec otoczenia. Wypuszcza wprawdzie długie, pokryte malutkimi włoskami pędy, ale robi to delikatnie między petuniami, można powiedzieć, grzecznie. Pędy zamienia w łodygi z niezbędnymi liśćmi i z tymi niepozornie ukwieconymi kłoskami na czubkach łodyg. Jednak nie usiłuje zatłamsić petunii, przeciwnie: uchyla się przed nimi, gotów gałązki własne spuścić, wręcz  położyć, ustępuje miejsca z kulturą, nie wiadomo gdzie nabytą. Nie wywyższa się prostacko i głupio jak nieobyty parweniusz, nie wyzłośliwia się jak zawistnik i w ogóle nikogo się nie czepia, a przecież miałby czym.
 
To właśnie robi powój. Ten wypuszcza jeszcze dłuższe,  jakby falliczne pędy i wywija nimi w powietrzu na wszystkie strony, co może wyglądać na pornograficzny "show" celebryty (już piszą "szoł" przez "ł"). Ale w tym wywijaniu nie ma żadnego szołu. Jest poszukiwanie celu, by go opleść. W pewnej chwili powój spada na upatrzony obiekt. Przeważnie molestuje jakąś piękną petunię. Droczy się z nią przez pewien czas, wyprawia Bóg wie co i na ogół rzuca, po czym dobiera się do innej.   

Na najniższym poziomie multi-kulti, niejako w podziemiu, nielegalnie żyją anonimowe maleństwa. Nikt nie wie, jak się nazywają, a im wcale nie zależy na tym, by ktoś wiedział. Są małe i zielone. Niektórym tylko trafiają się kwiatki, nawet ładne, bardzo drobne, ale białe, dlatego wśród zieleni rzucają się w oczy, być może ku niezadowoleniu karłowatych imigrantów.

A jak w tym wszystkim czują się petunie? Cóż, czują się jak elity we współczesnej demokracji. Prawdę powiedziawszy, ledwo dyszą. Wyraźnie zmizerniały. Ale nadrabiają miną, mają etos i postępowe poglądy. Trochę tak jak w Polsce dawna inteligencja. Myślę, że sobieo mim wszystko poradzą. 

 

  

09:59, jacekbochenski , Blog
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18