© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
Blog > Komentarze do wpisu
Wiesław Kot - "Rekolekcje w szpitalnym brulionie" (2)

.

Szpital rozrośnięty do rozmiarów ojczyzny Bocheński rekonstruuje mozolnie, ze ściśniętym gardłem, zdanie po zdaniu. Kondensacja cierpienia tworzy polskie inferno - nieustanny szum, szelest, jęki, dudnienie, łomot i charkot. Opis sal szpitalnych przekazuje w mowie przesadnie rozwlekłej, w gadaniu o niczym i międleniu słów, co odpowiada atmosferze sennego poruszania się w lepkiej rzeczywistości. Wszyscy cierpią na niedowład woli, myślenia, zbiorowego działania. Chorym trudno porozumieć się z zabieganym personelem, który jest nie tyle inny, ile uwikłany w sytuację przymusowego absurdu. Trwa chocholi taniec Polski lat osiemdziesiątych. W krótkich odsłonach pojawiają się polskie zmory: dzieci, które czekają przy łóżku umierającego ojca, aby go obrabować z kosztowności, obcy i nieczuli opiekunowie, odsunięci i gwałtownie postarzali aktywiści o grubo ciosanych, chłopskich twarzach.

Szpitalnym życiem rządzi plotka, oszczerstwo, intryga. Jeżeli konspiracja, to żałosna i licha - palenie papierosów cichcem w ubikacji, drobne kradzieże „na państwowym". Opisywane w języku potoczystym rozmowy rwą się niechlujne, zachwaszczone. Układa się z nich narodowa kabała, gdzie śmieszność przylega do podłości, a wzniosłość do banału. Taka jest Polska, gdzie wszystko „dalej się; kręci, miele w młynie dookoła Wojtek, huczy, łomocze po piętrach, otchłaniach", A przede wszystkim szumi i szumi w ludzkich głowach. I ten szum właśnie powinien pisarz wytłumić, złagodzić -

STAN POURAZOWY.

Zaczyna od siebie, od upartego przepowiadania sobie prawd podstawowych, które rejestruje na kartkach, pisząc z mozołem, jakby na czworakach szedł".

Jako zasadniczy pojawia się problem wiary - tej osobistej, przeżytej i odczutej, odniesionej do Boga i drugiego człowieka. I rozrachunek z wypełniania obowiązków wobec niego. Mimo woli układa się w spowiedź, np. z grzechu obojętności. „Może do wyspowiadania jest grzech taki: ja, właśnie ja, żyłem, widziałem, słyszałem, i milczałem. Teraz na przykład milczę, Bo nie wiem, co mówić, nie mam do kogo, nie mogę, bo spętany jestem, jak wszyscy", A także z wielu innych grzechów, a właściwie całego, nieskończenie długiego ich katalogu, którymi obciążony jest naród. Jednocześnie pisarz nie jest ani bohaterem, ani świętym, „tylko robakiem, jak większość. Chociaż ja wiem - pisze - że nie powinno się być robakiem, ale że właśnie powinno się być bohaterem i świętym. Może tylko tą wiedzą różnię się od większości". I dlatego z taką skrupulatnością odnotowuje w tych czeluściach i otchłaniach każdy odruch dobra. Podnosi go, oświetla i błogosławi, bo będzie on potrzebny już jutro, aby budować nowe życie, które niewątpliwie zaraz się zacznie.

Jak teraz, w nowej już, wyczekanej rzeczywistości ocenić powieść Bocheńskiego? Najpierw oddać jej trzeba tę sprawiedliwość, że do opisania polskiej rzeczywistości nie brakło tu ani talentu, ani odwagi autora, który nie dał się omotać bogoojczyżnianej tonacji i w surowości swego opisu zawarł prawdę o naszej powszedniości, którą nie każdy zawodowy piewca wolności narodowej chce w ogóle dostrzegać. Sprawa druga to jednak symptomy

PORAŻENIA.

Najczęściej syndromem komunizmu, który wciąga autora hipnotyczną siłą - nie jako przedmiot obserwacji i analizy, ale jako zagrożenie, oblepiające całego człowieka. Gdyby był on zrównoważony jakąś dawką pogody życia, powiedzmy, w formie plebejskiej równowagi życiowej, do której tak wielu się w tamtych czasach odwoływało, pewno nie byłby tak groźny i nieustępliwy, Ale autor oddaje mu należne miejsce, nie szuka taniej pociechy i kompensacji.

Jeżeli mam nadzieję, to budowaną na ludzkim porozumieniu. Wprawdzie tak przelotnym, krótkim, nietrwałym, jakie można wiązać w szpitalnej sali, jakie można przywołać we wspomnieniu bodaj, gdzie swoje ciepłe miejsce mają ludzie innych narodów, teraz oddzieleni murem urzędowej niechęci. Nazwałbym to trwałą nieustępliwością i równomiernością nadziei, która jest jedynym remedium na powszechną dolegliwość.

I jeszcze jedna sprawa. Tryb przypuszczający, w jakim autor formułuje swoje sądy o ludziach i świecie, „Powiedzmy, że to tak jest, powiedzmy. Delikatność i dyskrecjonalność literatury. Odwaga, która samą siebie powściąga i ogranicza. Sądy o ludziach pewne, a jednocześnie zawieszone do czasu rozstrzygnięć ostatecznych, które nie są z tego świata. I niechęć do wymierzania doraźnej sprawiedliwości. „Dla cudzych, czyli naszych (grzechów - W.K.) powinienem tylko prosić o miłosierdzie! Tylko z taką intencją wolno mi o nich mówić. Inaczej wyznanie będzie denuncjacją. I uchowaj mnie. Boże od pokusy demaskatorstwa! Niskie, wstrętne. Popisy w literaturze".

W ostateczności to, co Bocheński ma do powiedzenia o ludziach, przechodzi w modlitwę. Nieraz tak piękną, że warto jej fragment zacytować: „Przebacz już wszystkim Ukraińcom i Polakom, Chryste Panie. Już odcierpieli dość. Okaż łaskę tym umęczonym narodom, zmyj z nich krew, zasklep ich rany, zasyp ich pogorzeliska, oświeć Panie te narody, daj im sprawiedliwe sumienie, daj im rozum, przywróć im zdrowie! I przywróć im jeszcze kiedyś te cudowności, które były ich! Na przykład sady owocowe, wody czyste, miód i mleko i trzmiele nad gorącymi łąkami. Zrób ten cud, Panie".

Amen.

WIESŁAW KOT

Wszystkie cytaty za wydaniem ANEKS-u, Londyn 1988.

poniedziałek, 22 lutego 2010, jacekbochenski

Polecane wpisy