© Jacek Bocheński
Warszawa 2009 - 2014
All rights reserved

e-mail



By odszukać konkretny tekst znajdujący się w serwisie, prosimy korzystać z menu kategorii, znajdującego się u góry, na początku strony internetowej

* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).

Użycie treści strony "jacekbochenski.blox.pl", poza materiałem zdjęciowym jest dozwolone i pożądane. Każde inne niż prawnie dozwolone użycie treści (np. prawo cytatu lub powielanie do celów prywatnych), również w formie elektronicznej wymaga wcześniejszej pisemnej zgody posiadacza praw. Zapytania w tej sprawie należy kierować do administratora strony.
Blog > Komentarze do wpisu
"Cenzura torpeduje wątek polski" - recenzja książki "Krwawe specjały włoskie" (2009) (1)

„Gazeta Wyborcza” (Warszawa)

Nr … / 15.06.2009 r.

Może nawet i ta zachodnia demokracja jest paskudna, ale alternatywy, jakie się dla niej rysują, też nie wyglądają wesoło.

Wznowione właśnie "Krwawe specjały włoskie" Jacka Bocheńskiego zyskały na aktualności, o jakiej autorowi zapewne się nie śniło. No bo kto w Polsce w środku epoki Gierka, kiedy książka powstała, czy na początku stanu wojennego, kiedy ją wydano, mógł przypuszczać, że niebawem na własnej skórze będziemy testować wady parlamentarnej demokracji, oglądać jej bezsilność wobec przemocy i szantażu, a też jej toksyczny związek z wolnymi mediami.

Książka urodziła się właściwie przypadkiem, na marginesie całkiem innego pisarskiego projektu, w związku z którym Bocheński dwukrotnie w latach 70. przebywał we Włoszech. Był już wtedy autorem rozgrywających się w starożytności powieści "Boski Juliusz" i "Nazo poeta", które traktowały o problemach starych jak świat: o mechanizmach władzy i jej przeradzaniu się w tyranię, o fundamentalnej sprzeczności między moralnością, która nie cierpi kompromisu, i polityką, która bez niego obejść się nie może, o relacji władca - niepokorny twórca. Zarówno czytelnicy, jak i krytycy literaccy odczytali je w sposób absolutnie jednoznaczny - jako literaturę kostiumową, dla której antyczne historie są jedynie pretekstem, by dobrać się do skóry aktualnie rządzącym nad Wisłą. Autora musiało to chyba irytować, no bo w końcu trzeba znać proporcję: gdzie Juliusz Cezar, a gdzie Gomułka?

- Jakoś nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że gdyby moim celem było wyłącznie zagranie na nosie władzy komunistycznej - opowiadał mi Bocheński - mógłbym zrobić to bez badań, lektur, bez studiowania źródeł. Mógłbym sobie przecież historię starożytną po prostu zmyślić, wykreować jakiś fikcyjny antyczny świat, co zresztą najczęściej robią pisarze.

Przystępując do pracy nad trzecią książką z antycznego tryptyku, Bocheński postanowił uniemożliwić jednostronne rozumienie powieści jako krytyki reżimu komunistycznego pod pozorem opowiadania o starożytnym Rzymie. "Tyberiusz Cezar" miał być już wyraźnie opowieścią dwuwątkową o ludziach z dwóch różnych epok: z historii antycznej i z bardzo konkretnej, nie alegorycznej czy aluzyjnej, rzeczywistości dzisiejszej. Nawiasem mówiąc, pisarz porzucił tę książkę na lat ponad trzydzieści, teraz dopiero ją ukończył i właśnie się ukazała.

Na początek jednak - w 1970 r. - pojechał do Włoch, by tam zwiedzić historyczne miejsca i wykopaliska, zapoznać się ze źródłami w bibliotece rzymskiego Instytutu Archeologicznego, a zwłaszcza śladem Tyberiusza powędrować na Capri, gdzie ten spędził ostatnie lata życia.

Gdy już w Polsce zabrał się do pisania, zdał sobie sprawę z tego, że musi wrócić do Włoch, bo potrzebuje współczesnego tła, a za pierwszym pobytem jego myśl i wyobraźnia całkowicie pogrążone były w antyku. Wrócił akurat na porwanie Paula Getty'ego III, wnuka jednego z najbogatszych wówczas ludzi na świecie, a ściśle mówiąc, na moment, kiedy porywacze, sfrustrowani, że rodzina nie kwapi się z wypłaceniem okupu, przesłali dziennikarzom odcięte ucho chłopca. Kiedy po roku opuszczał Włochy, miał jeszcze zdokumentowane dwie inne sprawy, które wstrząsnęły włoską opinią publiczną: bunt w więzieniu w Alessandrii zakończony masakrą zakładników i porwanie przez terrorystów z Czerwonych Brygad prokuratora Mario Sossiego, które co prawda dla porwanego skończyło się happy endem, ale jednocześnie obnażyło nieudolność rządu, administracji publicznej i wymiaru sprawiedliwości.

Było jasne, że zebrany materiał nie ma szans zmieścić się w powieści o Tyberiuszu. Kiedy więc redaktor "Literatury" Gustaw Gottesman zaproponował, by Bocheński napisał coś z podróży do Włoch, ten od razu się zgodził. Na pierwszy ogień poszło opowiadanie o porwaniu Paula Getty'ego. Autor obmyślił sobie, że napisze je w dwu planach - jako reportażową niemal relację z wydarzeń i jako coś w rodzaju fantazji na temat, co by było, gdyby akurat to porwanie zdarzyło się w Polsce. Niestety, szybko okazało się, że cenzura skreśla i wyrzuca, jednym słowem - torpeduje pomysł.

Powtarzana przez Bocheńskiego myśl, że w Polsce coś takiego jak porwanie dla pieniędzy nie mogłoby się zdarzyć, jakoś nie uśpiła czujności cenzorów. Wietrzyli podstęp, i słusznie. Bo też ta niby-pochwała bezpieczeństwa w PRL-u była mocno przewrotna. Nie wiadomo, jak porywacze porozumiewaliby się z rodziną porwanego, ale raczej nie przez telefon, bo telefonów publicznych jest niewiele, a prywatne mogą być na podsłuchu. Nie mogliby też najpewniej wysługiwać się mediami, bo państwowe gazety nie poświęcałyby sprawie tyle czasu i miejsca. I tak dalej. Może nawet i ta zachodnia demokracja jest paskudna, ale alternatywy, jakie się dla niej rysują, też nie wyglądają wesoło.

Ciąg dalszy – część II

 

wtorek, 14 lipca 2009, jacekbochenski

Polecane wpisy